Krzysztof Bondaryk był w kręgu Donalda Tuska osobą szczególnie zaufaną. Na stanowisko szefa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego przyszedł z zewnątrz, z biznesu, po kilkuletniej absencji w służbach. Nie imały się go publiczne awantury wywołane przez ataki prasowe. Premier jego służbę oceniał i wciąż ocenia wzorcowo.
A jednak Bondaryk odchodzi. Dlaczego? Czyżby rzeczywiście chodziło o rozbieżność zdań w sprawie reformy ABW? Niewątpliwie koncepcja zmian jest daleka od wizji Bondaryka. Pozbawienie uprawnień śledczych i podporządkowanie szefa Agencji ministrowi spraw wewnętrznych to degradacja służby i skazanie jej przełożonego na wyczekiwanie w ministerialnych poczekalniach, podczas gdy dziś ma bezpośredni dostęp do szefa rządu. To jednak mało. Gdyby chodziło tylko o to, człowiekowi tak zaufanemu jak Bondaryk znaleziono by inne miejsce. A zatem musi chodzić o coś innego.