Pięć miesięcy przed ostatecznym zamknięciem rozliczeń unijnych funduszy na lata 2004 – 2006 Ministerstwo Rozwoju Regionalnego postanowiło zmienić dotychczasową metodę liczenia poziomu ich wykorzystania. Urzędnicy uznali, że ze względu na duże wahania kursu euro dotychczasowa metoda była niewystarczająco precyzyjna. Dopiero nowy sposób ma dać dokładną wiedzę na temat ilości dostępnych jeszcze środków.
Różnica w liczeniu, ile tak naprawdę pieniędzy mamy jeszcze do dyspozycji, ma fundamentalne znaczenie. Szybkie umacnianie się złotego w ostatnich miesiącach powoduje bowiem, że rośnie ryzyko, iż beneficjenci zgłoszą się po więcej pieniędzy, niż faktycznie dostaliśmy z UE. – O tym, by odmówić im dofinansowania, nie ma mowy. W podpisanych umowach mają zagwarantowaną wypłatę określonego w złotych poziomu środków – podkreśla Mirosław Marek, wiceprezes firmy doradczej DGA SA i były prezes Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości.
Wartość podpisanych do tej pory umów to 33 mld zł. Ze wskaźników Ministerstwa Finansów wynika, że to tylko o 5 proc. więcej niż od dostępnej kwoty pomocy z UE. Dlatego zagrożenie, że ją przekroczymy, jest niewielkie. Ale według danych resortu rozwoju wartość podpisanych umów jest aż o 14 proc. większa niż dostępne środki. Gdyby te szacunki się potwierdziły, z budżetu trzeba by wydać dodatkowo nawet 3 mld zł.
– To brzmi absurdalnie – komentuje Ryszard Petru, główny ekonomista BPH. – Choć nie śledzę szczegółowo unijnych spraw, wygląda to na błąd urzędnika. Przecież metoda liczenie musi być jedna, Bruksela zapewne dała nam w tej sprawie dokładne wytyczne.
Ten „błąd urzędnika” może być spory. Jak wynika z obecnych danych Ministerstwa Rozwoju Regionalnego, wartość pomocy, jaką dostaliśmy z unijnego budżetu na lata 2004–2006 w przeliczeniu na złote to ok. 28,8 mld. Ponieważ wykorzystaliśmy już 26,9 mld, do wydania zostaje 1,8 mld zł. Zupełnie co innego wynika z danych, które przedstawiło „Rz” Ministerstwo Finansów. Pula pieniędzy, jaką otrzymaliśmy, to 31 mld zł, więc do wydania zostało 4,1 mld zł. – Nie potrafię wytłumaczyć, skąd tak ogromne różnice w danych dwóch resortów – mówi Jerzy Kwieciński, były wiceminister rozwoju regionalnego. – Ale to pokazuje brak koordynacji w rządzie. Wszystkie dane ministra rozwoju są akceptowane przez Radę Ministrów. Nie zdarzyło się, by były kwestionowane przez ministra finansów.