O stanie finansów publicznych alarmuje także najnowszy raport Instytutu Finansów Publicznych, który „Rzeczpospolita” opisała jako pierwsza. Jego autorzy ostrzegają, że przy obecnym tempie zadłużania Polska może w ciągu najbliższych lat przekroczyć konstytucyjny próg długu publicznego, a koszty jego obsługi będą coraz silniej ograniczać możliwości finansowania kluczowych wydatków państwa. Wnioski raportu wpisują się w ocenę przedstawianą przez Sławomira Dudka, który przekonuje, że bez wiarygodnego planu konsolidacji finansów publicznych dalsze odkładanie decyzji będzie tylko zwiększać skalę problemu.

Mamy deficyt sektora finansów publicznych na poziomie 7,3 proc. To drugi najwyższy w UE, za Rumunią. Jak długo możemy utrzymywać taki poziom i kiedy zaczyna on być niebezpieczny dla stabilności finansów publicznych?

Łączne wydatki publiczne w Polsce wynoszą dziś około 51 proc. PKB, co daje nam szóste miejsce w Unii Europejskiej. To oznacza, że mamy jedne z najwyższych wydatków publicznych – wyższe niż m.in. w Niemczech. Już wcześniej wyprzedziliśmy takie kraje jak Dania, kojarzona z rozbudowanym systemem transferów socjalnych, a także Luksemburg, Grecję, Hiszpanię czy państwa naszego regionu, które pod tym względem zostają daleko w tyle. Ba, właśnie przegoniliśmy Szwecję, kraj powszechnie postrzegany jako przykład dobrobytu społecznego.

Czyli Polska znalazła się w ścisłej czołówce krajów UE pod względem skali wydatków publicznych.

Około jedna czwarta wzrostu tych wydatków w ostatnich kilku latach to nakłady na zbrojenia, a pozostała część wynika z innych kategorii wydatkowych. Jednocześnie dochody publiczne wzrosły znacznie wolniej i wynoszą dziś około 43,5 proc. PKB.

To właśnie ta różnica – między bardzo wysokimi wydatkami a niższymi dochodami – generuje deficyt na poziomie ponad 7 proc. PKB. Taki poziom jest trudny do utrzymania w dłuższym okresie. Wskazuje na to wielu ekonomistów, jednak mimo powtarzanych ostrzeżeń, problem wciąż nie przebija się wystarczająco mocno do debaty publicznej.

Czytaj więcej

Prognozy EKF dla gospodarki. Największe ryzyko to zbyt wysoki deficyt

Czyli chce pan powiedzieć, że obecnie nie mamy już buforów bezpieczeństwa?

Tak, w tej chwili ich nie mamy. Wskazują na to zarówno agencje ratingowe, Międzynarodowy Fundusz Walutowy, jak i ekonomiści. Również Rada Fiskalna w swoim stanowisku podkreśliła brak przestrzeni fiskalnej.

Czy w takiej sytuacji nie powinniśmy mieć kilkuletniego planu działania dla finansów publicznych? Bo z tego, co pan mówi, takiego planu dziś brakuje, a polityka rządu sprowadza się raczej do pasywnej konsolidacji?

To, co dziś obserwujemy, rzeczywiście można określić jako pasywną konsolidację finansów publicznych. Polega ona nie tyle na aktywnych działaniach rządu, ile na wykorzystaniu mechanizmów już wbudowanych w system.

Po pierwsze, mamy zamrożone progi podatkowe, co oznacza, że wraz ze wzrostem wynagrodzeń coraz więcej osób wpada w wyższy, 32-procentowy próg PIT. To automatycznie zwiększa dochody państwa – i jest to główne działanie raportowane do Komisji Europejskiej. Szacunkowo przynosi ono około 0,3 proc. PKB rocznie.

Po drugie, realnie zamrożone są wynagrodzenia w sferze budżetowej – rosną nominalnie, ale tylko o inflację. W efekcie ich udział w PKB stopniowo maleje.

Po trzecie, ograniczana jest dynamika wydatków socjalnych. Kluczowym przykładem jest świadczenie 800+, które kosztuje dziś około 60 mld zł rocznie. Jeśli nie będzie waloryzowane, jego realna wartość – w relacji do PKB – będzie stopniowo spadać.

Czy taka pasywna konsolidacja może wystarczyć, by ustabilizować finanse publiczne?

Problem w tym, że według wyliczeń Międzynarodowego Funduszu Walutowego przyniesie ona w perspektywie kilku lat efekt rzędu około 2 proc. PKB. Tymczasem, aby ustabilizować finanse publiczne i odzyskać realną przestrzeń fiskalną, potrzebna byłaby konsolidacja na poziomie około 4 proc. PKB. Innymi słowy, brakuje dodatkowych działań odpowiadających mniej więcej 80 miliardom złotych w dzisiejszych cenach.

Czytaj więcej:

Raporty ekonomiczne Ekonomiści biją na alarm w sprawie długu publicznego. „Sytuacja wygląda groźnie”

Pro

Kluczowym problemem przestaje być dziś sam poziom długu, a jego dynamika. Tempo jego przyrostu jest na tyle wysokie, że nawet przy solidnym wzroście gospodarczym nie jesteśmy w stanie go zatrzymać. Co więcej, potwierdzają to same dokumenty rządowe – w strategii zarządzania długiem, przy założeniu wzrostu PKB na poziomie około 3 proc. rocznie, relacja długu do PKB i tak rośnie do około 75 proc.

Ale to, co pan mówi, podważa tezę, że „wyrośniemy z długu”?

Tak, rzekomy efekt „wyrośnięcia z długu” to mit. Prognozy Komisji Europejskiej wskazują, że poziom 75 proc. PKB możemy osiągnąć już w 2029 roku , a w kolejnych latach dług może dalej rosnąć – nawet w kierunku 90 proc. czy 100 proc. PKB. Z kolei Międzynarodowy Fundusz Walutowy szacuje, że może on sięgnąć około 80 proc.

Skoro mówi pan, że rząd prowadzi dziś politykę pasywnej konsolidacji, to co musiałoby się wydarzyć, aby wyjść z tego impasu?

Po pierwsze, musi wreszcie powstać wieloletni plan działania. Nie wystarczy perspektywa jednego roku, bo finanse publiczne są procesem dynamicznym i wieloletnim.

Najważniejszym celem powinno być spowolnienie narastania długu. Musimy ustabilizować jego dynamikę, doprowadzić do tego, by dług przestał rosnąć, a następnie stopniowo wracał do bezpiecznych poziomów.

Nie jest rolą Rady wskazywanie, który konkretnie podatek należy podnieść albo które wydatki obciąć. Możemy raczej pokazać menu możliwych działań. Jeśli chcemy mieć wydatki na poziomie szwedzkim, musimy liczyć się z podatkami na poziomie szwedzkim. Jeśli chcemy mieć podatki na poziomie irlandzkim, musimy mieć także wydatki na poziomie irlandzkim. Rozwiązanie prawdopodobnie leży gdzieś pośrodku. Trzeba przy tym realistycznie założyć, że taki plan wymaga rozmowy ze społeczeństwem i szerokiego konsensusu politycznego.

Skąd więc wziąć brakujące pieniądze? Czy wystarczy strona dochodowa?

Można oczywiście dyskutować o podatkach majątkowych czy zmianach w systemie podatkowym, ale to wymaga dokładnych analiz – także pod kątem skutków gospodarczych. Równolegle trzeba spojrzeć na stronę wydatkową.

W wielu krajach, jak choćby w Irlandii, część usług publicznych jest współfinansowana przez obywateli. Czy w Polsce jesteśmy gotowi na podobne rozwiązania? Czy powinniśmy szerzej wprowadzać współpłacenie za niektóre usługi publiczne?

Czytaj więcej

Rada Fiskalna punktuje luki w rządowych prognozach gospodarczych

Kolejna kwestia to transfery społeczne. Czy nie powinniśmy w większym stopniu uzależniać ich od kryteriów dochodowych? Co by się stało, gdyby takie kryterium wprowadzić na przykład w programie 800+? Jak wpłynęłoby to na finanse publiczne?

Czy chce pan powiedzieć, że czas prostych rozwiązań już się skończył? Że te najłatwiejsze działania – te „nisko wiszące owoce”, które można było szybko zebrać – zostały już wykorzystane?

Potrzebny jest nowy pomysł, nowy model prowadzenia polityki fiskalnej. Bo dziś tej przestrzeni po prostu już nie ma – i to nie jest tylko moja opinia.

Na ile powinniśmy się obawiać reakcji rynków i agencji ratingowych?

One bardzo uważnie przyglądają się Polsce. Na razie chroni nas relatywnie wysoki wzrost gospodarczy. Ale wystarczy spojrzeć na inne kraje regionu – kiedy spowolnił wzrost w Rumunii, rynki natychmiast wymusiły konsolidację. Podobnie było na Słowacji – po pogorszeniu perspektyw wzrostu kilka dni temu obniżono jej rating.

My wciąż mamy solidny wzrost, ale pytanie brzmi: jak długo? Przed nami stoją poważne wyzwania – niekorzystna demografia, transformacja energetyczna, rosnące wydatki na bezpieczeństwo i obronność.

Czy problemem nie jest dziś także brak zgody politycznej co do kierunku reform?

Same agencje wskazują, że w warunkach silnego sporu politycznego przeprowadzenie takiej konsolidacji będzie wyjątkowo trudne. Z jednej strony mamy presję na zwiększanie wydatków, z drugiej – brak porozumienia co do ich ograniczania czy zmian po stronie dochodów.

W efekcie pojawiają się decyzje wymuszane pułapką bieżącej polityki, często kosztowne i krótkoterminowe, które nie rozwiązują systemowych problemów.

Jaką szkolną ocenę wystawiłby pan ministrowi Andrzejowi Domańskiemu?

Na to nie dam się namówić.

Czytaj więcej

Nie jesteśmy od przejmowania steru. Jesteśmy od ostrzegania przed mieliznami

Ale rozumiem, że sytuacja nie wygląda tak, jak powinna? Minister jest oczywiście w pewnym sensie zakładnikiem uwarunkowań politycznych, presji sondaży i populizmu, o którym mówimy. Z drugiej strony spoczywa na nim ogromna odpowiedzialność – nie tylko za stan finansów publicznych dziś, ale też za to, gdzie będziemy za pięć, dziesięć czy dwadzieścia lat. Czy problemem nie jest też brak uczciwej debaty o finansach publicznych?

Zdecydowanie. Dziś tej debaty po prostu nie ma. Zamiast niej mamy polityczną „nawalankę” i uproszczone narracje: czy jest zapaść, czy jej nie ma. A potrzebna jest spokojna, merytoryczna rozmowa, która rozłoży problem na czynniki pierwsze i pokaże realne wyzwania.

Kto powinien ją zainicjować?

Rząd ma do tego narzędzia i powinien przygotować plan działań. Ale jeśli opozycja czy środowisko prezydenckie rzeczywiście martwią się o stan finansów publicznych, to również powinny przedstawić własne propozycje – kontrplany. Bez tego trudno o poważną dyskusję.

Rząd utracił sprawczość i kontrolę nad finansami publicznymi?

W pewnym sensie stał się pasywny. A jednocześnie zbliżamy się do kolejnych wyborów, co dodatkowo ogranicza skłonność do podejmowania trudnych decyzji.