Czytaj też - Spielberg wskazał następcę
J.J. Abrams jest jedną z najważniejszych postaci amerykańskiego show-biznesu. To on wymyślił popularny serial „Agentka o stu twarzach", a później nadzorował produkcję „Zagubionych". Reaktywował także filmowy cykl o „Star Treku". Nie było w Ameryce równie utalentowanego twórcy kina science fiction od czasu Stevena Spielberga. „Super 8" potwierdza, że Abrams jest jego godnym następcą.
Tytuł może sugerować jakiś tajny projekt. Zwłaszcza że kampania promocyjna filmu polegała na kreowaniu wokół niego aury tajemnicy. Tymczasem „Super 8" to po prostu nazwa taśmy ośmiomilimetrowej, na której dawniej nastoletni zapaleńcy kręcili amatorskie produkcje. Tak na początku lat 60. zaczynał karierę Steven Spielberg, a dekadę później J.J. Abrams.
W „Super 8" połączyli siły – pierwszy został producentem. Stworzyli opowieść nasycona ich doświadczeniami z młodości, przepełniona miłością do kina i tęsknotą za czasem, gdy filmy robiło się z dziecięcym entuzjazmem.
Akcja rozgrywa się w 1979 roku w jednym z miasteczek Ohio. W miejscowej szkole zbliżają się wakacje. Tymczasem Joe wraz z kolegami jest pochłonięty kręceniem filmu o zombi. Mają już niemal wszystko, co potrzebne: kamerę, materiały pirotechniczne, odpowiednią charakteryzację i pierwszoplanowego aktora. Brakuje tylko jego partnerki.
Ostatecznie propozycję składają szkolnej koleżance, której ojciec był związany z tragiczną śmiercią matki Joego. Ojciec chłopca, policjant służbista, zabrania mu kontaktów z dziewczyną. Ale Joe się w niej zakochuje.
Pewnej nocy, gdy kręcą scenę na stacji kolejowej, dochodzi do przerażającej katastrofy pociągu, a później w miasteczku zaczynają dziać się dziwne rzeczy...
Początkowo „Super 8" to nostalgiczny film obyczajowy o życiu i marzeniach nastolatków z prowincji. A potem... Nie zdradzę. Warto zobaczyć, jak Abrams błyskotliwie nawiązuje do klasyki s.f. Śmieszy i wzrusza. Dawno się tak w kinie nie bawiłem.
Science fiction, USA 2011, reż. J.J. Abrams, wyk. Joel Coutnay, Elle Fanning