Na finał Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych w Łodzi zobaczymy 26 czerwca prapremierę „Meczycha” pana autorstwa w reżyserii Tomasza Karolaka, zaś dzień później odbędzie się debata 27 czerwca (sobota) o 13:00 „Machulski dobrem narodowym? Fenomen komedii Juliusza Machulskiego". W dużej części napisanał je pan dla łódzkiego Teatru Powszechnego, gdzie działa Centrum Polskiej Komedii i odbywa się konkurs Komediopisanie. Czy pisząc „Meczycho”, chciał się pan wpisać w nadzieję na udział polskiej reprezentacji w mundialu? Czy bardziej interesowały pana stereotypy związane z LGBT oraz ksenofobią, w tym coraz silniejsza obsesja antyniemiecka, mimo 86 lat, jakie upłynęły od zakończenia wojny?
Trudno byłoby celować z prapremierą dokładnie w czas mistrzostw świata — gdybym chciał, pewnie by się nie udało. Szczerze mówiąc, w ogóle o tym nie myślałem. Chciałem napisać sztukę o futbolu, bo jestem jego fanem. Dołożyłem do tego tematy, o których pan wspomina: ksenofobię i antyniemieckość, nasilającą się, mimo że Niemcy są dziś naszymi przyjaciółmi, czego niektórzy, niestety, nie zauważyli. Wplotłem też kilka historii z życia, bo zawsze opieram się na czymś, co nie dawało mi spokoju albo zapadło w pamięć. Mam fantastyczną relację z Ewą Pilawską, dyrektorką Teatru Powszechnego w Łodzi, która mówi: „Tylko pisz, ja to wystawię”, i rzeczywiście czeka na moje teksty. „Meczycho” pisałem bardzo długo. Złożyło się tak, że termin prapremiery ustalony przez Ewę Pilawską zbiegł się z finałem festiwalu i trwaniem mundialu. Dodam, że dobrze, iż nasza drużyna nie gra w Ameryce — znów byłaby to tortura nadziei. Przez lata kibicowałem naszym piłkarzom całym sercem. Jednak kibice nie wystarczą: trzeba umieć grać. Mnie zaś musi wystarczyć, że miałem okazję przeżywać sukcesy dwóch wielkich drużyn: Kazimierza Górskiego w 1974 oraz Antoniego Piechniczka w 1982.
Jestem też chyba jednym z niewielu Polaków, którzy widzieli finał Anglia–Niemcy w 1966 r. — jako jedenastoletni chłopak na wakacjach w Bułgarii.
W tamtych czasach w hotelach nie było telewizorów, więc ojciec wpadł na pomysł, by jechać do Warny, a gdy usłyszymy odgłosy transmisji – zapukać do mieszkania, żeby nas wpuścili. Tak się stało. Bułgarzy przyjęli nas bardzo serdecznie — to jeden z najbardziej gościnnych narodów, jakie znam. Trafiliśmy do grupy może piętnastu osób. Przyjęto nas do wielkiej futbolowej rodziny.
Dodam, że dobrze, iż nasza drużyna nie gra w Ameryce — znów byłaby to tortura nadziei. Przez lata kibicowałem naszym piłkarzom całym sercem. Jednak kibice nie wystarczą: trzeba umieć grać. Mnie zaś musi wystarczyć, że miałem okazję przeżywać sukcesy dwóch wielkich drużyn: Kazimierza Górskiego w 1974 oraz Antoniego Piechniczka w 1982.
„Meczycho” Juliusza Machulskiego w reżyserii Tomasza Karolaka
To doświadczenie wykorzystał pan we wspomnieniu jednego z bohaterów „Meczycha”. A czy przeżył pan wtedy również inicjację alkoholową?
To już licentia poetica. Pamiętam, że poczęstowano nas ciastem. To moja „bułgarska magdalenka”, której smak — po latach — zainspirował mnie do napisania „Meczycha”. Oczywiście kibicowaliśmy Anglii.
Czyli fobia niemiecka jednak była!
To było 21 lat po wojnie… Niemcy wychodzili z powojennej traumy również dzięki piłce. Zdobyli mistrzostwo już w 1954 r.. Proszę zauważyć, że niewiele jest książek o okresie upokorzenia Niemców tuż po wojnie.
Czytaj więcej
Po 15 października cieszyłem się, że wreszcie idziemy w dobrą stronę. Ale to wszystko zostało zniweczone przez nieudolność, zaniechanie, niekompete...
W.G. Sebald napisał „Wojnę powietrzną i literaturę” o takich książkach.
Tak. Ale my nie byliśmy za Niemcami nie tylko ze względu na wojnę — woleliśmy Anglię, choć w końcu wojny też nie potraktowała nas najlepiej. Krótko mówiąc: byliśmy za Anglią, a gospodarze sprawiali wrażenie, że są za Niemcami. Gdy Niemcy strzelili pierwszą bramkę, przeżyliśmy dysonans poznawczy. Kiedy Anglicy wyrównali, nie bardzo mogliśmy cieszyć się na całego. Okazało się, że to był błąd naszej obserwacji: gospodarze kibicowali po prostu futbolowi i cieszyli się z każdej bramki. Znam taką postawę z Hiszpanii, gdzie czasem przebywam zimą. Oczywiście zdarzają się tam animozje między klubami, ale generalnie kibicuje się piłce.
Dodam, że „Meczycho” pisałem z duszą na ramieniu. Kibicowała mi żona Ewa.
I co z tymi Niemcami, przeciwko którym PiS i obie Konfederacje podgrzewają wraz z prawicowymi telewizjami i portalami – złe emocje?
Ja i pan sobie z tym poradzimy, ale zastanawia to, że dużo młodsi od nas, bez osobistych doświadczeń historycznych, plują jadem na współczesne Niemcy. Tło czasowe jest ważne. Ja też miałem problem z wojną i niemiecką okupacją, zwłaszcza w PRL-u, gdy mieszkałem w nie do końca odbudowanej Warszawie, gdzie straszyły jeszcze ruiny. Taki widok ożywiał we mnie historyczne resentymenty. Dodatkowo moja żona jest Warszawianką od wielu pokoleń, a jej mama — jako dziewczynka — przeszła przez obóz w Pruszkowie.
Wiem, co to znaczy z opowieści mojej mamy.
Przeżyła też rzeź Woli, której szczęśliwie uniknęła po ucieczce do Śródmieścia.
O rzezi wspomina pan również w „Meczychu”.
Wspominają ludzie, którzy w 2026 r. nie potrafią odróżnić historii od współczesności. Ja, kiedy jeżdżę do Niemiec, do Berlina, nie czuję wrogości u młodych Niemców. Bardziej boję się faszyzujących ruchów u nas.
Ale nie zapominajmy o niemieckiej AfD.
Miejmy nadzieję, że jej elektorat jest głównie poenerdowski i nie ma znaczenia w młodszych pokoleniach. Często zdarzały mi się rozmowy, w których Niemcy wyrażali ubolewanie i przepraszali za to, czego dokonali w Polsce ich ojcowie i dziadkowie. Miałem takie rozmowy na festiwalach czy w samolocie.
Ja też miałem problem z wojną i niemiecką okupacją, zwłaszcza w PRL-u, gdy mieszkałem w nie do końca odbudowanej Warszawie, gdzie straszyły jeszcze ruiny. Taki widok ożywiał we mnie historyczne resentymenty. Dodatkowo moja żona jest warszawianką od wielu pokoleń, a jej mama — jako dziewczynka — przeszła przez obóz w Pruszkowie.Mach
„Meczycho” Juliusza Machulskiego i Megan Rapinoe
Drugi ważny wątek „Meczycha” to LGBT, które też przeszkadza prawicowemu elektoratowi.
Wprowadziłem go już we wcześniejszej sztuce „Rybka Canero”, choć z inną płcią. O czym my w ogóle rozmawiamy? LGBT jest na świecie naturalne, a u nas bywa problemem. Dlaczego? Bo wciąż jesteśmy zacofani? Nigdy nie miałem z tym problemu, choć przyznam, że nazbyt nachalne reprezentowanie wszystkich grup — na przykład w Netflixie — bywa dla mnie męczące.
Nie chcę spoilerować „Meczycha”, ale wprowadził pan do sztuki dwie piłkarki oraz pojawiającą się w rozmowach postać Megan Rapinoe.
Tak, bo to jedna z najważniejszych zawodniczek reprezentacji USA. Jednocześnie nie kryje swojej orientacji i wielokrotnie walczyła o prawa człowieka: o wolność bycia sobą, równouprawnienie płci w sporcie oraz prawa społeczności LGBTQ+. Angażowała się w walkę z rasizmem i niesprawiedliwością społeczną, otwarcie krytykując administrację Donalda Trumpa. Była świetną napastniczką — przeczytałem jej biografię. Musiała pokonać wiele przeszkód. Zaczynała na podwórku, jak wiele dzisiejszych gwiazd. I nie ograniczała się do sportu — miała odwagę zabierać głos w ważnych sprawach społecznych.
Czytaj więcej
„Przerwanie działań wojennych” Juliusza Machulskiego ze świetną rolą Piotra Fronczewskiego przedstawia mało znane wydarzenia z finału powstania war...
Zaskakująca jest w „Meczychu” historia Polaka, który ratuje Niemców z rozbitego przez Rosjan oddziału w zajętej przez nich Łodzi.
Ta historia zdarzyła się naprawdę. Zwróciła też uwagę Tomka Karolaka. Jego babcia, podczas Powstania Warszawskiego sanitariuszka AK, tuż przed zejściem do kanału na warszawskiej Starówce zobaczyła niemieckiego żołnierza z rozprutym brzuchem, z wnętrznościami na wierzchu. Podpełzła do niego, opatrzyła go bandażami, zrobiła, co do niej należało, i dopiero wtedy zeszła do kanału. Ten żołnierz przeżył. Mało tego — po wojnie odnalazł babcię Tomka i nieraz okazał swoją wdzięczność. To historia, która rymuje się z opowieścią o moim ojcu.
To znaczy, że z jego życia zaczerpnął pan wątek wykorzystany w „Meczychu”?
Tak.
To on szedł przez Łódź z dwoma niemieckimi żołnierzami trzymanymi na muszce, na widok sowieckich żołnierzy, krzycząc „Jebat Hitlera”?
Szli, ale okrzyk dopisałem. Mój ojciec miał wtedy 17 lat.
Mówił panu, dlaczego uratował przedstawicieli narodu, który chwilę wcześniej był brutalnym okupantem?
To nie było myślenie na tym poziomie. Mój ojciec ratował ludzi — przerażonych, trzęsących się ze strachu. Nigdy szerzej o tym nie opowiadał, ale ja z tą opowieścią dorastałem. Łódź nie była Warszawą. Ojciec pracował w niemieckiej fabryce. Nauczył się niemieckiego od rówieśnika. Pewnie jego szef nie był najgorszy. To zawsze były indywidualne sytuacje. Przecież polscy żołnierze po Monte Cassino jeńców już nie brali, bo tysiąc ich kolegów zginęło w ataku na klasztor.
Juliusz Machulski: „Odwieczny PiS”
Czytając „Meczycho” kilkanaście godzin po tym, jak prezydent RP odebrał Order Orła Białego prezydentowi Zełenskiemu, i obserwując narastającą falę hejtu wobec Ukraińców, miałem wrażenie, że te nastroje wkrótce będą równie wrogie jak wobec Niemców. Pomimo wojny z Rosją i tego, co się dzieje na froncie.
To przerażające. Przerażające, że człowiek, który jest prezydentem — choć ja go za prezydenta nie uważam — nie zauważa złożoności sytuacji tych, którzy teraz walczą „za wolność naszą i waszą” w Ukrainie. Dlaczego? Bo to wygodne politycznie, ale bardzo ograniczone myślenie kategoriami polityki wewnętrznej, które będzie miało, niestety, zewnętrzne konsekwencje. To też kwestia naszego polskiego mentalu. Jest ciekawa broszura Andrzeja Romanowskiego „Odwieczny PiS”. Cokolwiek dobrego się u nas zaczyna — potrafimy sami popsuć. Są nacje, które wspierają się za granicą. My jesteśmy tą, która się zwalcza. Oczywiście decyzja Zełenskiego o upamiętnieniu bohaterów UPA była co najmniej niezręczna, żeby nie powiedzieć mocniej, ale takie sprawy załatwia się inaczej — od tego jest dyplomacja.
Czytaj więcej
Spektakle m. in. Warlikowskiego, Klaty, Kalwat, Bogajewskiej, Karolaka, Skrzywanka, spotkania z twórcami, panele dyskusyjne, Pokazy Mistrzowskie i...
Jak to się stało, że pan, znany przede wszystkim jako reżyser i scenarzysta filmowy, napisał już 11 sztuk, zebranych teraz w tomie wydanym przez Sonię Dragę pod tytułem „19 Południk inne sztuki”?
Dość wcześnie zacząłem robić filmy, ale czułem się bardziej scenarzystą niż reżyserem. Najpierw napisałem scenariusz „Vabanku”, a potem go zrealizowałem, bo Janusz Majewski na szczęście był zajęty. Po ponad czterdziestu latach ciężkiej pracy reżyserskiej, kiedy nigdy nie wiemy, czy film wyjdzie — czasem nagrodą jest aplauz publiczności, ale przy dzisiejszym zalewie filmów trudno się przebić.
Pisanie sztuk to dla mnie naturalna kolej rzeczy. Jeśli zrobię jeszcze jakiś film, to może ostatni — według mojej książki „Wisząca małpa”. Jeśli zdobędę pieniądze, bo już przy „Vinci 2” zwątpiłem, czy warto o to walczyć. Tymczasem mam satysfakcję z pisania do teatru, zwłaszcza że nie ja reżyseruję i mam dodatkowy bonus: niespodziankę, widząc, jak ktoś moją sztukę zinterpretował. Kilka tygodni temu w Radomiu wystawiono „Next Ex”, jedną z moich pierwszych obyczajowych sztuk — wyszła całkiem nieźle.
Uwielbiam tradycyjną scenę, gdzie najważniejsi są aktorzy i tekst. Lubię, gdy ludzie o sobie na scenie rozmawiają. Najbardziej cenię intrygę, scenariusz, dialogi, role i postaci — bardziej niż piękną muzykę i wspaniałe zdjęcia. A do tego dziś często sprowadza się kino.
Czy nie miał pan obaw — ze swoim nazwiskiem i dorobkiem — gdy Ewa Pilawska zapraszała pana do konkursu Komediopisanie w Centrum Polskiej Komedii przy Teatrze Powszechnym, gdzie ma pan już na koncie pięć premier?
To był konkurs anonimowy, więc gdyby się nie udało, nic by się nie stało. „Next Ex” było drugie, a pierwszą nagrodę dostał Dominik Rettinger. Moja sztuka była jednak długo grana w łódzkim Teatrze Powszechnym. Dużo satysfakcji przyniosła mi też „Machia”, którą napisałem dla Teatru im. Juliusza Osterwy w Lublinie na prośbę dyrektorki Karoliny Rozwód — grana przez dziewięć sezonów, ze świetną rolą Adama Ferencego i udziałem Piotra Głowackiego oraz Marty Ledwoń. Przed premierą „Meczycha” szczególnie dziękuję Ewie Pilawskiej — to ona mnie zmobilizowała i zaprosiła na nowe pole do popisu.
Przerażające, że człowiek, który jest prezydentem — choć ja go za prezydenta nie uważam — nie zauważa złożoności sytuacji tych, którzy teraz walczą „za wolność naszą i waszą” w Ukrainie. Dlaczego? Bo to wygodne politycznie, ale bardzo ograniczone myślenie kategoriami polityki wewnętrznej, które będzie miało, niestety, zewnętrzne konsekwencje.
Juliusz Machulski i „19. Południk”
Nie możemy pominąć sukcesu powtórki „19. Południka” w Teatrze Telewizji, który ma najwyższą oglądalność w tym roku. A przecież w roku premiery, w 2005, sztuka miała już opinię „pułkownika”.
Ówczesny dyrektor Teatru Telewizji, Jacek Weksler, dał mi wtedy wolną rękę. To mnie inspiruje — zaczynam pisać, jakbym dostał ostrogę. Powodem mojej niezgody na rzeczywistość było wtedy to, że Andrzej Lepper został wicemarszałkiem Sejmu. Postanowiłem stworzyć political fiction o tym, co się stanie, gdy prezydentem zostanie cham, bigot i ksenofob. Wydawało mi się: gorzej już nie będzie. Okazało się, że może — i to o wiele gorzej. Dziś Andrzej Lepper jest mężem stanu przy tym, który siedzi w Pałacu Prezydenckim. Sztukę napisałem „jadąc po bandzie”. Mój ojciec, który ją przeczytał, powiedział: „Przesadzasz, przesadzasz”.
A potem okazało się, że rzeczywistość przesadziła. Czy to prawda, że premier Miller i prezydent Kwaśniewski oglądali spektakl, decydując o emisji?
Podobno. Ale do premiery doszło, demokracja zadziałała. Gdy zapis wychodził na DVD, a moja córka projektowała okładkę, przedstawiła prezydenta jako kartofla z szarfą.
Gdy w tym roku spektakl powtórzono w styczniu, miał rzeczywiście największą widownię — 563 tysiące. Jesienią zaś w Teatrze Telewizji ma się odbyć prapremiera mojej nowej sztuki „Wnuczki Picassa”, która uczci 70-lecie sceny sensacji, czyli „Kobry”. Właśnie na tej scenie debiutowałem w 1974 r. sztuką „Śmierć w najszczęśliwszym dniu”, pod pseudonimem Jerry MacKee. Premierę miała trzy dni przed moimi dziewiętnastymi urodzinami, 7 marca 1974 r.