„Gdybyś dowiedział się, że nie jesteśmy sami, gdyby ktoś ci to pokazał i udowodnił to, czy przestraszyłbyś się? Tego lata prawda należy do siedmiu miliardów ludzi. Zbliżamy się do... »Dnia objawienia«”. Tak brzmi oficjalny logline nowego filmu Spielberga.
Daniel Kellner (w tej roli Josh O’Connor) przez wiele lat pracował dla wielkiej korporacji Wardex, która skrywa tajemnice na temat obecności „obcych” na Ziemi. Przybysze z wszechświata nie mają wrogiego nastawienia do ludzi, ale dysponują środkami i zdolnościami, które w niepożądanych rękach mogą wyrządzić ogromne szkody. Kellner kradnie z Wardexu zapisy świadczące o obecności obcych i urządzenie dające jego właścicielowi ogromne możliwości, m.in. teleportacji czy wnikania w umysły innych ludzi. Towarzyszy mu partnerka, była nowicjuszka, która choć nadal jest osobą głęboko wierzącą, straciła zakonne powołanie.
Kellner kierowany jest przez „mózg” całej operacji Hugo Wakefielda (Colman Domingo), jednego z wysoko postawionych urzędników Wardexu, który głęboko wierzy, że prawda o obecności „obcych” na Ziemi powinna zostać ujawniona.
Ich zamiary chce uniemożliwić szef Wardexu Noah Scanlon (Colin Firth), dysponujący trzecim urządzeniem dającym ogromną siłę pozyskaną od obcych, pozwalającym kontrolować i sprawować władzę nad umysłami innych ludzi. I to on zrobi wszystko, by zatrzymać akcję swoich zbuntowanych pracowników. Tak: jest w filmie rodzajem czarnego charakteru, ale ma głębokie przekonanie, że ujawnienie prawdy zamiast kooperacji z innymi światami przyniesie Ziemianom ogromne szkody i społeczne zawirowania.
I wreszcie ostatnia, bardzo ważna postać tego dramatu – grana przez Emily Blunt popularna prezenterka pogody Margaret Fairchild, która w czasie nagrania zaczyna się dziwnie zachowywać i bełkotać w niezrozumiałym języku. Szpitalne testy niczego nie wykazują. Tymczasem Margaret nieświadomie potrafi rozmawiać w wielu językach, nawet koreańskim, i wie wszystko o swoich rozmówcach – o ich przeszłości, rodzinie, głęboko ukrytych traumach i lękach. Coś będzie ją pchało ku spotkaniu z Kellnerem.
Tyle tylko można powiedzieć o tym filmie, nie zdradzając jego idei, suspensów, puent.
Steven Spielberg raz jeszcze
Steven Spielberg podarował światu Indianę Jonesa, krwiożerczego rekina z kalifornijskiej plaży, park jurajski, przypomniał kapitana Hooka i Piotrusia Pana. Potem zatęsknił za poważną rozmową, gdy w „Kolorze purpury” opowiedział o rasizmie i upokorzeniach czarnoskórej kobiety na amerykańskim południu na początku XX wieku. Gdy w „Liście Schindlera” pokazał piekło Holocaustu i zbrukanie ludzkiej godności, ale też człowieka, który wszystko postawił na szali, by ratować ludzkie życie. Gdy w „Szeregowcu Ryanie”, opowiadając o II wojnie światowej, śmierci, strachu, bólu i koszmarze, pokazał amerykańskich chłopców, którzy w imię cudzej wolności ginęli z dala od ojczyzny. Czy nawet wtedy, gdy w „Fabelmanach” wracał do własnego dzieciństwa.
Ale jest jeszcze jeden temat zawłaszczony przez Stevena Spielberga: ten, w którym mierzy się z tajemnicami wszechświata i życia pozaziemskiego. To „Bliskie spotkania trzeciego stopnia” (1977), pełne uroku „E.T.” (1982) czy „Wojna światów” (2005). Teraz jednak zbliżający się do osiemdziesiątki reżyser na pozaziemską rzeczywistość spojrzał z nowej perspektywy.
– Do tej pory uruchamiałem swoją wyobraźnię – mówi reżyser. – W „Dniu objawienia” opieram się na tym, czego naprawdę doświadczyli różni ludzie w wielu krajach na całym świecie.
Spielberg wymyślił historię po przeczytaniu raportu „New York Timesa” w 2017 r. o tajnym programie Pentagonu UAP (najnowszy termin dla UFO – Unidentified Anomalous Phenomena), ale też odtajnione raporty wojskowe na temat niezidentyfikowanych obiektów czy zeznania sygnalistów w Kongresie. W wywiadach mówił, że przez lata nagromadziło się bardzo wiele świadectw i relacji, ale zwykle były one ukrywane i nieupowszechniane w obawie przed reakcjami ludzi.
Do tej pory uruchamiałem swoją wyobraźnię. W „Dniu objawienia” opieram się na tym, czego naprawdę doświadczyli różni ludzie w wielu krajach na całym świecie
A jednocześnie współscenarzysta Spielberga, autor m.in. jego filmów z serii „Indiana Jones” czy „Jurassic Park” zapewnia, że pisząc „Dzień objawienia” bardziej niż o science-fiction myślał o thrillerze szpiegowskim z 1975 r. „Trzy dni Kondora”, choć nie sposób nie pomyśleć też o kilku innych hollywoodzkich blockbusterach na czele z „Facetami w czerni”, gdzie agenci tajnej organizacji mieli chronić ludzkość przed przybyszami z Kosmosu. I tu chyba tkwi sedno sprawy.
„Dzień objawienia” jak z dawnego Hollywood
Nowy film Spielberga przypomina wielkie opowieści hollywoodzkie z trzech ostatnich dekad XX wieku. Rozmach realizacyjny, tempo, kilka ciekawych rozmów, brawurowe sceny ucieczek i pościgów. Samochód rozbijający ściany i z hukiem wypadający z salonu po drugiej stronie domu, bohaterowie próbujący zaczepić się o drabinki pędzącego pociągu. Przeciwnicy toczący walkę albo o władzę, albo o prawdę. Do tego dochodzą niesamowite zdjęcia Janusza Kamińskiego i muzyka zdobywcy pięciu Oscarów Johna Williamsa, który mimo 92 lat jest w imponującej formie. I świetni aktorzy. O Emily Blunt, która gra Margaret, już dzisiaj mówi się jako o kandydatce do oscarowej nominacji, a świetne role tworzą Josh O’Connor jako Kellner, Colman Domingo jako Hugo, a wreszcie Colin Firth jako szef Wardexu – czarny charakter, który też ma tu swoje racje.
Czytaj więcej
To smutne, że festiwale filmowe stają się ostatnim miejscem, gdzie rozmawia się o wojnach i konfliktach. Artyści nie zastąpią polityków, a festiwal...
Steven Spielberg dodaje do tej historii z pogranicza rzeczywistości i science-fiction wątki religijne. Czy wiara i Kościół, do którego należy partnerka Kellnera mogą tu cokolwiek zmienić? Trochę to sztuczne dokopywanie się do „głębi”. Ważniejsze wydają się pytania w rodzaju: czy jesteśmy gotowi, by zrozumieć, że może nie żyjemy we wszechświecie sami? Jaką odpowiedzialność biorą na siebie ci, którzy chcieliby ujawnić ściśle tajne informacje o pobycie „obcych” na Ziemi? Czy dorośliśmy do tego, by zaakceptować inność? Wreszcie: czy nie nadużywamy
Jednak oglądając „Dzień objawienia” czułam się trochę tak, jakbym cofnęła się w czasie. Zabawa jest przednia, choć może trwający 2 godziny i 20 minut film mógłby być trochę krótszy. Tyle że to jest wspaniałe kino „starego mistrza”. Dawny Hollywood w najlepszym wydaniu. Mimo nowoczesności realizacyjnej – należy on już do trochę innej epoki.
Ale może tęsknimy za spielbergowskim kinem? Dzisiaj Oscary zbierają dzieła tak gorzkie i mocne jak „Jedna bitwa po drugiej”, „Nomadland”, „Green Book”, „Parasite”, „Moonlight” czy „Spotlight”. Za jeden z najlepszych filmów ostatniego czasu uważam nominowany do dwóch Oscarów i nagrodzony w Cannes „Sirat” Olivera Laxe’a, pełną bólu opowieść o kondycji współczesnego człowieka, o samotności, o wątłej nadziei, którą niesie tylko przeświadczenie, że przecież trzeba jakoś po wielkiej stracie żyć.
Może więc ten „Dzień odkupienia” – perfekcyjnie zrealizowana opowieść starego mistrza – niesie wytchnienie? Przyciąga swoją pozytywną energią i wiarą w to, że w niespokojnym świecie można solidarnie walczyć o prawdę i porozumienie?