Nie sprawdziłem jeszcze, jakie zdanie ma w tej sprawie Christopher Nolan, ale dla mnie nie było nigdy ważniejszej, bardziej dramatycznej i rozstrzygającej przygody Odyseusza, niż ta pierwsza. Pierwsza z tych, które opowiada nam Homer. Bohatera spod Troi, najsprytniejszego z przebiegłych spotykamy zalanego łzami, nad brzegiem morza. Ta epopeja zaczyna się od tęsknoty – i tęsknota jest jej tematem bardziej niż cokolwiek innego. Pierwsza runda, otwierająca starcie, nie jest walką z cyklopem, wiedźmą czy morskim potworem. W drugim narożniku stoi nieludzko piękna nimfa i najbardziej kusząca z obietnic. Na wyspie Kalipso nie tylko ona się nie starzeje, także Odyseusz pozostanie wiecznie młody. Niewiędnący wieniec pokus – być może na początku król Itaki faktycznie mu uległ. Nie ma też co przesadnie idealizować jego postawy. Nie wyrywał się od pierwszej nocy z objęć nimfy, krzycząc imię wiernej Penelopy. Ale ile lat z wieczności był w stanie wytrzymać? Po roku, dwóch stał się bardziej milczący. Trzech, czterech – przyznał się przed samym sobą do tęsknoty. Spotykamy go w siódmym roku tego, co już otwarcie nazywa uwięzieniem.