Człowiek wraz z wiekiem zaczyna zauważać, że jego świat powoli się kończy. Znikają miejsca, które odwiedzał, aktywności, które lubił, przestają mieć rację bytu. Nie dzieje się to na drodze rewolucji, niebo się nie rozdziera i nie słychać gromów. Po prostu świat się zmienia i trzeba się jakoś do tego dostosować. Innymi słowy: na początku z tym się nie walczy, a potem dochodzi do nas, że stary świat faktycznie odchodzi do lamusa. To doświadczenie stało się moim udziałem, gdy usłyszałam, że Sony od 2028 r. rezygnuje z wydawania swoich gier na fizycznych nośnikach. Znikną moje ukochane pudełka, które z dumą mogłam postawić na półce. A wraz z nimi coś jeszcze – sklepy z grami. Sklep z grami to było niesamowite miejsce. W podstawówce moim ulubionym momentem dnia był oczywiście koniec lekcji i możliwość zatrzymania się po szkole w lokalnym sklepie z grami. Mimo że znajdował się w niewielkim mieście, był duży, przestronny, nowoczesny. Tu obcowało się z nowoczesnymi technologiami. Pod sufit był też wypełniony sprzętem komputerowym – myszkami, klawiaturami, głośnikami itd. Chociaż należałam do tych szczęśliwców, którzy mieli w domu komputer, to na większość gier mogłam sobie jedynie popatrzeć. Były za drogie, ale za to w każdej można było znaleźć jakieś dodatki – książeczki z poradnikami przejścia, podkładki pod myszkę, plakaty, mapy, płytę ze ścieżką dźwiękową. Prawdziwe eldorado dla dzieciaka lubującego się w gadżetach.