To mógł być znakomity film. Co najmniej taki jak „Bohemian Rhapsody” o Freddiem Mercurym i Queen czy „Elvis”: biografia, temat i piosenki nie są przecież gorsze.
Tyle tylko, że twórcy kinowych hitów o Mercurym i Presleyu nie przesadzając z wywlekaniem życiowych brudów, nie mieli wątpliwości, że kłamać i przemilczać problematycznych historii, jakie zdarzają się przecież w życiu każdego człowieka, co dopiero gwiazdom ze świecznika – nie wypada. Zwłaszcza że widzowie i fani na taki fałszywy portret idola nie będą chcieli patrzeć. Jak zwykle, rzecz jest w proporcjach. Bo jak mówił Ryszard Ochódzki, prezes Klubu Tęcza, chodzi o to, by plusy nie przesłoniły minusów. Bez tego nie ma wielkiego dramatu. Bez tego nie ma prawdy.
„Michael" o Jacksonie pomija zarzuty o pod adresem artysty
Tymczasem spadkobiercy Jacksona wraz z jego prawnikiem Johnem Branca, który w przeciwieństwie do swojego klienta przeżył i nawet dał sobie wysmażyć laurkę w filmie, uznali, że cały świat może mówić i pisać o zarzutach pedofilii wobec ich Michaela – oni zaś absolutnie to pominą. I pominęli.
Włożyli w to sporo podejrzanego sprytu. Po pierwsze wypichcono scenariusz (John Logan) obejmujący okres, w którym prawie wszyscy uważali, że Michael jest „cool”. Że to on jako dziecko i niedojrzały emocjonalnie mężczyzna jest ofiarą wielkiej sławy i rodziny, głównie apodyktycznego ojca Josepha – a nie zwykłe dzieciaki spoza gwiazdorskiej bańki, które Michael miał wykorzystać seksualnie.
Efekt starań autorów jest znikomy. Szczerze? Pierwsza godzina „Michaela” to drętwa socrealistyczna bajeczka o rodzince hutnika w kapitalistycznej Ameryce, który w dobrej intencji, aby jego synkowie nie musieli wytapiać żelaza dniami i nocami tak jak on – robi im w domku na przedmieściach muzyczny obóz koncentracyjny od rana do wieczora. Z myślą o sformowaniu bandu pod nazwą Jackson 5.
Czytaj więcej
Pandemia zresetowała system. Przez pewien czas byliśmy biznesem generującym zerowe przychody. Widzowie odzwyczaili się od chodzenia do kina, a gwał...
Już wtedy scenarzysta tworzy pozycję wyjściową do współczucia małemu Michaelowi (czemu nie?), który opierając się brutalnemu ojcu – dostawał lanie pasem. Zwłaszcza w świecie dzisiejszych standardów walki z przemocą – zrobi to z pewnością wielkie wrażenie. Szkoda tylko, że Joseph (Colman Domingo) ucharakteryzowany jest i grany jak Gepetto z „Pinokia” w stylu XIX-wiecznej włoskiej farsy.
Michael zaś nie ma wyjścia: ucieka ze strasznej rodzinnej codzienności w świat bajek do Nibylandii. Siebie wyobraża sobie jako Piotrusia Pana, a ojca jako Kapitana Haka. Bajeczki przegląda również na tournée, co pokazywane jest w formie teledysków i kalejdoskopu.
„Michael" i kontrakt muzyczny Jacksona
Aż przychodzi ten moment, gdy na koncercie pojawia się łowczyni talentów z legendarnej firmy Motown i kariera Jackson 5 oraz Michaela nabiera impetu. Niestety, nagromadzenie zachwytów nad Michaelem jest przesadne: ze spojrzeń i wyrazu twarzy, tych, którzy spotkali Jacksona zawsze wyczytamy tylko bezsprzeczny zachwyt i umiłowanie. Monetyzują się one w postaci luksusu, w jaki opływają Jacksonowie (dom, samochody), tyle że główny jego sprawca wycofuje się coraz bardziej do świata bajek, ulubionych filmów (Charlie Chaplin). Kupuje sobie szympansa i żyrafę, gdy bracia biegają na randki.
W konwencji konfliktu z ojcem rozegrany jest wątek rozpoczęcia solowej kariery płytą „Off The Wall”. Wtedy Michael, schowany za czarne okulary lustrzanki oraz kostium stylizowany na mundur paradny – zaczyna wydawać pierwsze rozkazy prawnikom i wydawcom: zwolnić ojca z funkcji menedżera, MTV promujące tylko białych artystów niech zagra „Billie Jean”. I rozkaz nr 1: chcę być największą gwiazdą na świecie.
Wszystkie te decyzje są realizowane. Szkoda tylko, że szef CBC Walter Yetnikoff – Mike Myers podobnie jak prawnik Johna Branca – Miles Teller noszą najtańsze peruki. Jednocześnie film przypomina, że Michael nawet gdy był stanowczy – zawsze mówił delikatnym, dziecięcym (czytaj: niemęskim głosem), co budziło również niewybredne żarty.
Oglądamy też niegasnące zamiłowanie do zabawek, czy wreszcie „charytatywne” wizyty w szpitalach oraz rozmowy z dziećmi, w których Michael odnajduje godnych siebie rozmówców, gdy rówieśnicy ze szkoły i sąsiedztwa widzieli w nim tylko małego lub dużego już celebrytę. Jednocześnie w sytuacji, gdy była okazja do rozpoczęcia prawdziwego dramatu, pokazującego, że rozmowy z dziećmi były bramą do piekła niedojrzałości seksualnej – twórcy ponownie kreują Michaela na ofiarę.
Czytaj więcej
Ye, czyli Kanye West, mający na koncie nazistowskie i antysemickie ekscesy, nie wystąpi w Polsce, mimo przeprosin i wyznania o dwubiegunowej chorob...
Oto zmuszony przez ojca do nagrania reklamy Pepsi z braćmi oraz wspólnego tournée – po wybuchu oświetlenia mało co nie traci życia w ogniu. Szczęśliwie kończy się tylko na utracie części włosów, zaś ta część scenariusza sugeruje, że Michael nie chciał nigdy brać środków uśmierzających ból (od których śmiertelnie się uzależniał), ale musiał. Jest też budowanie alibi w sprawie operacji plastycznych i wybielania skóry: Michael chorował na bielactwo i chciał mieć ładniejszy nos.
„Michael" imponuje sekwencjami teledysków i koncertów
Największym atutem filmu Antoine’a Fuqua są sceny koncertów, realizacji teledysków oraz niezmiennie imponujące choreografie Jacksona z nieodłącznym moonwalk, który grający główną rolę Jaafar Jackson opanował perfekcyjnie w „Billie Jean” i „Thrillerze”.
Szczególną rolę gra finałowy „Bad”. Oglądamy oszałamiający koncert w Wielkiej Brytanii, zaś ci, którzy będą krytykować „Michaela” za przemilczenie kontrowersji słyszą przecież wyznanie artysty: „Jestem zły”. Można wtedy prowokacyjnie spytać: czy w świecie, w którym rządzą bardzo mętne figury – obowiązuje jeszcze moralna sankcja tłumaczenia się z własnych grzeszków? Jeśli prezydent nie musi?
Taką linię obrony mogą przyjąć spadkobiercy muzyka, którzy zaraz zmierzą się z procesami wytoczonymi przez osoby uważające się za ofiary Jacksona.
Spadkobiercy pozostawili sobie też furtkę do przyszłości. Film wieńczy napis „Ta historia wciąż trwa”. Można na to odpowiedzieć następującą refleksją: żyjący bracia króla popu pokazali, jak straszny był ich ojciec, zachowują się jednak tak samo jak Joseph, który nazywał Michaela maszynką do robienia pieniędzy. Jeśli więc znowu coś dla rodziny zarobi i film uzyska popularność – powstanie pewnie sequel, zaś Jaafar Jackson, być może, pojedzie na tournée z tribute/cover bandem.
Co jednak, gdy film poniesie klapę, na którą mocno zapracował?