Oglądając, skądinąd bardzo ważny i potrzebny, serial Netflixa, który należał się najważniejszemu i najbardziej wpływowemu od lat środowisku polskiej muzyki, przypominałem sobie skecz Monty Pythona z Hollywood Bowl.
Mówili tam, że 30 lat wcześniej nie przyszłoby im do głowy, że będą występować w jednym z najbardziej prestiżowych amfiteatrów świata, sącząc Chateau de Chaselet. I przywoływali żarty o artystach nakręcających się wspomnieniami o cierpieniach młodości. Licytujących się, kto miał gorzej: mieszkając w jednym pokoju, w 26 osób, bez mebli, z oberwaną połową podłogi albo zawinięty przez trzy miesiące w gazetę w rurze kanalizacyjnej, ewentualnie pod jeziorem.