Nadia Tereszkiewicz: Kobieta z brodą marzy o miłości i ma piękną duszę

Nadia Tereszkiewicz, aktorska o polskich korzeniach, gra tytułową bohaterkę w filmie francusko-belgijskim „Rosalie” zmuszającym do zadania pytania o istotę kobiecości, ale też o miejsce kobiety w społeczeństwie

Publikacja: 06.04.2024 11:33

Kadr z filmu

Kadr z filmu

Foto: materiały prasowe

Będziemy rozmawiać po polsku?

Niestety, nie. A żałuję bardzo, obiecałam mojemu dziadkowi, że kiedyś nauczę się jego ojczystego języka. I może jeszcze kiedyś uda mi się tę obietnicę spełnić.

No właśnie. Podobno jest pani poliglotką.

W czterech językach mówię biegle. Czuję się obywatelką Europy. Urodziłam się we Francji, mieszkam w Paryżu, ale przez wiele lat chodziłam do włoskiej szkoły. Mama, która pochodzi z Finlandii, nauczyła mnie fińskiego, mówię też po angielsku. Gdy grałam w serialu izraelskim, zaczęłam się na planie porozumiewać po hebrajsku. A w czasie zdjęć do „The Last Queen” łyknęłam trochę arabskiego. Szybko chwytam języki. Mam nadzieję, że poznam kolejne, bo to one są kluczem do kultury. 

Taniec nie był takim kluczem? Może nawet bardziej uniwersalnym?

Uczyłam się tańczyć od czwartego roku życia i długo wiązałam z tańcem swoją przyszłość. Ale po kilkunastu latach, kiedy trafiłam do szkoły baletowej w Kanadzie, zrozumiałam, że nie jestem dostatecznie dobra, żeby poświęcić sztuce tańca życie. Zwróciłam się wtedy ku mojej drugiej wielkiej pasji – zaczęłam studiować literaturę, chciałam zostać nauczycielką francuskiego. 

To skąd wzięło się kino?

Przypadek. Żyłam wśród książek i ono mnie tak naprawdę nie interesowało.  Poszłam na casting do „Tancerki” Stephanie di Giusto, bo chciałam zarobić. Miałam baletowe wykształcenie, więc dostałam się. Zagrałam jakiś drobiazg, baletnicę z trzeciego planu, bez jednej linijki tekstu. Właściwie byłam statystką. Ale to była historia Loie Fuller, tancerki amerykańskiego pochodzenia, która zrobiła wielką karierę w Paryżu. Początek XX wieku, niebywałe kostiumy, wspaniałe dekoracje. Zakochałam się w sztuce, w której można wykreować i ożywić takie światy. Zaczęłam chodzić na kolejne próbne zdjęcia i jakoś poszło. 

Pamiętam, że kiedy przypięto mi brodę, od razu poczułam się jak Clementine Delait

W „Rosalie” pani kariera zatoczyła koło. Siedem lat po debiucie w „Tancerce” znów wystąpiła pani w filmie Stephanie di Giusto. Tym razem już w głównej roli.

Spotkałyśmy się w czasie pandemii na ulicy. Miałam na twarzy maseczkę, ale Stephanie spojrzała mi w oczy i powiedziała: „Mam dla ciebie robotę”. Stawiłam się na zdjęcia próbne, miałam zagrać kobietę owłosioną jak mężczyzna. Pierwowzorem tej bohaterki była Clementine Delait, brodata kobieta, która razem z mężem prowadziła bar i na przełomie XIX i XX wieku stała się sławna. Pamiętam, że kiedy przypięto mi brodę, od razu poczułam się jak ona.

Ale w przeciwieństwie do Clementine Delait, która celebrowała swoją inność, Rosalie jest obolała. To wspaniała, wrażliwa kobieta, której natura spłatała figla, narażając ją na wykluczenie i wstyd. 

Tak, Rosalie żyje z ojcem, goli twarz, ciało przykrywa suknią i nikt w miasteczku nie wie o jej tragedii, dopóki ojciec nie wyda jej za mąż. Bierze ją dla posagu właściciel upadającego baru. I pierwszej nocy ją odpycha. Czuje do niej wstręt. A ona marzy o miłości, dziecku i ma piękną duszę. Bardzo chciałam zrozumieć jej uczucia. Dostrzegłam w niej siłę i dumę. Jej ogromną potrzebę kochania i bycia kochaną. Ta postać zmusza do zadania pytania o istotę kobiecości, ale też o miejsce kobiety w społeczeństwie.

W ciągu siedmiu lat, które dzielą te dwa filmy Stephanie di Giusto, stała się pani gwiazdą. „Tylko zwierzęta nie błądzą” Dominika Molla, „Tom” Fabienne Berthaud, a przede wszystkim „Forever young” Valerii Bruni Tedeschi i „Moja zbrodnia” Francois Ozona przyniosły pani bardzo interesujące role. 

Miałam ogromne szczęście, a może też pewną determinację. Jeszcze przed tymi tytułami zagrałam w filmie „Wild” Denisa Berry’ego, który był kręcony w Portugalii, chyba tam ostatecznie połknęłam haczyk. Fantastycznie się poczułam na planie. Dziś kino pozwala mi podróżować w czasie, zmieniać miejsca, poznawać nowych ludzi i doświadczać tylu różnych uczuć. Możliwość wzięcia udziału w produkcjach, które pani wymieniła, to naprawdę duży przywilej. Podobnie jak spotkanie z ich twórcami. 

Dziś kino pozwala mi podróżować w czasie, zmieniać miejsca, poznawać nowych ludzi i doświadczać tylu różnych uczuć

Za rolę w „Forever young” dostała pani w ubiegłym roku Cezara dla aktorskiej nadziei. Zagrała tam pani dziewczynę gotową na wszystko, by dostać się do wymarzonej szkoły aktorskiej Patrice’a Chereau. To była opowieść o latach 80., o sztuce, wielkich namiętnościach, marzeniach, ale też heroinowych transach, tłumaczonych „W każdej chwili mogę przestać”, tragedii AIDS. Jest też w tym filmie grupa „pięknych dwudziestoletnich” z ich marzeniami, pierwszymi klęskami i tragedią, której trzeba stawić czoło. Gdyby urodziła się pani czterdzieści lat wcześniej, historia pani bohaterki mogłaby się przydarzyć pani.

To był zupełnie inny czas. Jeszcze bez telefonów komórkowych, Facebooka, ale też bez setek stacji telewizyjnych i eksplozji seriali, bez filmów kręconych wyłącznie dla streamingu. Konkurencja w zawodzie aktorskim była pewnie znacznie większa, wybór mniejszy, intensywność pracy ogromna. Także nieco inny styl gry: Valeria Bruni-Tedeschi dała nam do obejrzenia rejestracje sztuk Czechowa z tamtego czasu. Ale przecież namiętności, nadzieje, ambicje i marzenia młodych artystów były podobne. Tego czas tak bardzo nie zmienia. 

Czytaj więcej

Valeria Bruni Tedeschi: Ocalić romantyczność

A co dzisiaj jest dla pani w zawodzie ważne?

Wciąż to samo: poznawanie świata. W dzieciństwie dużo podróżowałam z rodzicami, poznawałam inne kultury. Dziś kino otwiera przede mną nowe horyzonty, pomaga zrozumieć złożoność świata i namiętności ludzi. Odkrywać dla siebie wspaniałych artystów. Ja nie mam ambicji, by występować w amerykańskich superprodukcjach. Jeśli marzę o jakichś filmowych spotkaniach, to myślę o autorze „„Compartment No 6” Juho Kuosmanenie czy Alice Rohrwacher. Oni mi imponują. Ale też czekam na inne spotkania, inne podróże, poznawanie różnych kultur i wrażliwości. Może jakieś wspaniałe niespodzianki? To właśnie daje mi kino i dlatego tak bardzo je pokochałam. 

Będziemy rozmawiać po polsku?

Niestety, nie. A żałuję bardzo, obiecałam mojemu dziadkowi, że kiedyś nauczę się jego ojczystego języka. I może jeszcze kiedyś uda mi się tę obietnicę spełnić.

Pozostało 97% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Film
Filmowy Donald Trump wciąga amfetaminę. Ekipa byłego prezydenta USA: To zniesławienie
Film
USA: Policja wszczęła śledztwo ws. śmierci gwiazdy "Przyjaciół"
Film
Cannes 2024: Rosjanin uzależniony od imperializmu
Film
100-lecie Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej
Film
Cannes 2024: Mistrz Jacques Audiard i wschodząca gwiazda Coralie Fargeat