„Wyzwolenie” w Apple TV+. Piękna kopia lepszego kina

„Wyzwolenie” z Willem Smithem jest mieszanką filmu akcji i opowieści o niewolnictwie. Intryguje wizualnie, ale rozczarowuje fabułą.

Publikacja: 21.12.2022 03:00

Will Smith jako legendarny Gordon, uciekinier z niewolniczej plantacji do wojsk Unii

Will Smith jako legendarny Gordon, uciekinier z niewolniczej plantacji do wojsk Unii

Foto: apple TV

Zanim Jamie Foxx zagrał u Quentina Tarantino tytułowego „Django”, reżyser zaproponował tę rolę Willowi Smithowi. Gwiazdor „Facetów w czerni” po krótkim namyśle odmówił, a w mediach tłumaczył, że nie chciał grać w filmie o niewolnictwie, w którym postać napędzałoby pragnienie zemsty. On woli miłość. W innych wywiadach opowiadał, że przez lata unikał tej tematyki na planie, bo wolał grać superbohaterów. Zamiast uczestniczyć w martyrologii, chciał uosabiać afroamerykański sukces.

W końcu jednak zagrał niewolnika i jest tak, jak tego chciał: „Wyzwolenie”, dwugodzinny film, który możemy premierowo oglądać na platformie streamingowej Apple TV+, jest tylko w połowie kinem o losie czarnoskórych niewolników w dobie wojny secesyjnej. W pozostałej części stanowi mieszaninę sensacyjnych gatunków: kina przetrwania, filmu pościgowego, wojennego, a nawet westernu. Nic dziwnego, skoro reżyserem jest Antoine Fuqua, ekspert od sensacji, który podbił Hollywood głośnym „Dniem próby” z 2001 r. i obsadził Denzela Washingtona w roli złego gliny.

Zdjęcie niewolnika Gordona stało się symbolem dramatu niewolników, a zarazem zachętą, by popierać Północ w wojnie przeciwko konfederatom

Zacząć by jednak trzeba od zdjęć filmowych, bo to najlepsze, co oferuje nam „Wyzwolenie”. To silnie wyestetyzowane, panoramiczne obrazy Roberta Richardsona, trzykrotnego laureata Oskara. Czerń i biel jest tu skontrastowana z pojedynczymi kolorystycznymi akcentami: czerwienią krwi i zielenią drzew. Richardson inspirował się zdjęciami dokumentującymi wojnę secesyjną głównie Mathew B. Brady’ego, lecz innych i fotografów z epoki. Jednak film w zasadzie opowiada o jednej fotografii.

Chodzi o słynne zdjęcie reprodukowane we wszystkich amerykańskich podręcznikach do historii. To wstrząsający portret niewolnika Gordona (znany jest tylko z imienia), który w 1863 r. w obozie armii Północy w Baton Rouge zapozował plecami do obiektywu. Na zdjęciu widać nawarstwione blizny od uderzeń, które przez dekady spadały na jego plecy. O nim właśnie jest ten film.

O Gordonie niewiele wiadomo, poza tym, że zdołał uciec z plantacji w Luizjanie i, przedzierając się 60 km przez bagna, dotarł w dziesięć dni do oddziałów Unii. Tam włożył mundur i uzyskał wolność. Zaś jego zdjęcie obiegło świat i stało się symbolem dramatu niewolników, a zarazem zachętą, by popierać Północ w wojnie przeciwko konfederatom.

Wokół biografii Gordona nawarstwiło się sporo półprawd i niejeden artykuł z XIX-wiecznej prasy łączył dla większego efektu historię żołnierza Unii z losami innych wyzwolonych. Scenarzysta William N. Collage też zamalowuje białe plamy i bez skrępowania dopisuje do tego życiorysu swoje pomysły: pochodzenie z Haiti, głęboką wiarę w Boga, rodzinę i dzieci oczekujące na powrót protagonisty. Wszystko niestety w dość sztampowym wariancie z miejscem na obowiązkowy, diabelsko jednowymiarowy czarny charakter psychotycznego łowcy niewolników (Ben Foster).

Czytaj więcej

Zaczęła się rywalizacja o Oscary. Nagrody zmobilizują publiczność

Zanim jednak dojdzie do sceny z wykonywaniem historycznego zdjęcia oglądamy, jak Gordon, w filmie Peter, zostaje oderwany od swojej rodziny na plantacji i trafia do obozu pracy, gdzie niewolnicy budują kolej. Stamtąd właśnie ucieka w asyście trzech innych zbiegów, motywowany wieścią, że prezydent Lincoln obiecał wolność niewolnikom wstępującym do armii.

W efekcie dostajemy kino niesione efektownymi obrazami i dobrą rolą Willa Smitha, zbudowaną na fizycznym wyczerpaniu, milczeniu i grze mimiką. Problem w tym, że postać, która miała być symbolem i dać twarz wszystkim niewolnikom, ma tyle nieprawdopodobnych przygód i uczestniczy w tak wielu wydarzeniach historycznych, że traci na podstawowej wiarygodności fabularnej.

Cała reszta to sceny i pomysły, które już widzieliśmy w lepszym kinie. A to w „Zjawie” Alejandro Gonzáleza Iñárritu (walka o przetrwanie pośród dzikiej przyrody), a to w „1917” Sama Mendesa (monumentalna sekwencja batalistyczna bitwy o port Hudson) czy choćby w „Zniewolonym” Steve’a McQueena (sceny na plantacji i w obozie pracy).

Zanim Jamie Foxx zagrał u Quentina Tarantino tytułowego „Django”, reżyser zaproponował tę rolę Willowi Smithowi. Gwiazdor „Facetów w czerni” po krótkim namyśle odmówił, a w mediach tłumaczył, że nie chciał grać w filmie o niewolnictwie, w którym postać napędzałoby pragnienie zemsty. On woli miłość. W innych wywiadach opowiadał, że przez lata unikał tej tematyki na planie, bo wolał grać superbohaterów. Zamiast uczestniczyć w martyrologii, chciał uosabiać afroamerykański sukces.

Pozostało 88% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Kup teraz
Film
Koncepcja artystyczna i identyfikacja graficzna Mastercard OFF CAMERA 2024
Materiał Promocyjny
Budowa farm wiatrowych i fotowoltaicznych
Film
Rekomendacje filmowe: Kreta, Napoleońska Europa, Śląsk i krajobraz końca świata
Film
"Napoleon": Produkcja wielka, ale nudna
Film
Dariusz Wolski, autor zdjęć do filmu „Napoleon”: Sekwencje walk są fenomenalne
Materiał Promocyjny
ORLEN Paczka ma 4000 automatów paczkowych i rośnie w imponującym tempie
Film
„Absolutni debiutanci” na Netflixie. Kolejne debiuty aż do śmierci
Film
Nie żyje Włodzimierz Musiał