Nanni Moretti ekranizujący powieść! Trudno uwierzyć, pana kino zawsze było bardzo osobiste i autorskie.

Razem z dwojgiem moich scenarzystów pracowaliśmy od roku nad filmem powracającym do lat 50., gdy Federica Pontremoli podsunęła mi „Trzy piętra”. Zwykle bardzo dużo czasu zajmuje mi przeczytanie książki, ale tym razem powieść izraelskiego pisarza Eskhola Nevo pochłonąłem ekspresowo. Od razu wiedziałem, że to będzie mój następny film.

Ekranizacja cudzego pomysłu była dla pana odświeżającym doświadczeniem?

Innym. I nie mogę powiedzieć, że całkiem łatwym. Ale też nie czułem, żebym nie miał wpływu na film. Przeniosłem akcję z Izraela do Rzymu, w okolice dobrze mi znane. Poza tym dokonałem różnych zmian podczas adaptacji. W książce znalazły się odrębne historie trzech rodzin, które mieszkały w tym samym budynku, ale nigdy się nie spotykały. My to zmieniliśmy. Bardzo dużo dodali swoim postaciom aktorzy. Sam też przetrawiłem w sobie jednego z bohaterów, którego zdecydowałem się zagrać. Miałem na kształt „Trzech pięter” dostatecznie duży wpływ, by ta opowieść stała się dla mnie ważna.

W „Trzech piętrach” od mężczyzn znacznie ciekawsze i bardziej empatyczne są kobiety. Dał się pan porwać nowym trendom w świecie kina?

Nie myślałem o żadnych trendach. Zawsze tak mężczyzn oceniałem. Zwłaszcza Włochów. Jesteśmy w większości mało reformowalni, sztywno przywiązani do ról, jakie narzuciło nam społeczeństwo, przekonani o swoich racjach. I tacy są moi bohaterowie. Giorgio nie mogąc wyzwolić się od nienawiści do swojego brata, chce z nim zerwać wszelkie relacje. Lucio ma obsesję, że jego córka została zgwałcona, a mój bohater Vittorio, sędzia, skądinąd człowiek ogromnie uczciwy, w żaden sposób nie potrafi wyciągnąć ręki do własnego syna. Przeżywa tragedię, bo Andrea, prowadząc samochód po pijanemu, zabił kobietę. A on nie widzi żadnych okoliczności łagodzących, po prostu skreśla go i żąda, by tak samo zachowała się jego żona, matka chłopaka. W „Trzech piętrach” to kobiety starają się jakoś łagodzić konflikty i łatać zerwane więzi.

Jest pan w stanie tych chwiejnych i niedoskonałych bohaterów filmu polubić?

To złożona kwestia. Ja naprawdę zaprzyjaźniłem się z mieszkańcami tych trzech pięter – nawet z tymi, którzy nie bardzo dają się lubić. Ale do swojego bohatera mam inny stosunek jako aktor i jako reżyser. Jako aktor staram się Vittoria zrozumieć, reżyser we mnie ocenia go.

Skończył pan zdjęcia do „Trzech pięter” jeszcze przed pandemią. Lockdowny zmieniły odbiór tego filmu?

Autopromocja
SZKOLENIE

Pozyskiwanie sponsorów przez instytucje nauki, kultury i sportu

WEŹ UDZIAŁ

Wiek XXI zmienił nasze życie i nasze nawyki. Staliśmy się bardziej wyalienowani, zamknęliśmy się w naszych sprawach, w naszych mieszkaniach. Mieliśmy wrażenie, że możemy świetnie żyć, nie wchodząc w związki z innymi ludźmi, nawet z sąsiadami. Pandemia udowodniła, że to kłamstwo. Pozbawieni kontaktów z innymi, pracując zdalnie w domach, już nie z wyboru, ale z konieczności, poczuliśmy się przeraźliwie samotni. Zakończenie „Trzech pięter” to rodzaj memento na przyszłość.

Powiedział pan kiedyś, że każdy film jest w jakiś sposób autobiograficzny.

Autobiograficzny to może trochę za dużo, ale na pewno osobisty. Już bohater mojego debiutu nazywał się Apicella, to jest nazwisko rodowe mojej matki. Mówiłem o sobie, o własnej wrażliwości i własnych lękach w „Pokoju syna”. Mówiłem o sobie, gdy pokazywałem Silvo Orlando w „Kajmanie”. Mówiłem o sobie, gdy portretowałem papieża, który nie czuje się na siłach, by stać się królem ludzkich dusz i sprostać zadaniu, które jest przed nim. W pewien sposób wszyscy ci bohaterowie mają w sobie cząstkę Nanniego Morettiego. Ale chyba najwięcej mnie było w reżyserce filmowej, która w „Mojej matce” traci najbliższą osobę. To była po prostu moja historia, moja rozpacz. Próbowałem przepracować własną traumę po śmierci matki.

Napisał pan też kamerą własny „Dziennik intymny” będący refleksją inteligenta na temat polityki współczesnych Włoch, potem „Kwiecień”, gdzie było jeszcze dojrzewanie 40-latka do ojcostwa.

Nie mogłem być obojętny na to, co się działo, zarówno w polityce, jak i w moim życiu osobistym. Dzisiaj polityka coraz bardziej mnie mierzi, ale ludziom ukształtowanym przez naszą włoską mentalność lubię się przyglądać.

Dla mnie zawsze najważniejsze były: magia wielkiego ekranu, ciemna sala, wspólne przeżywanie.

Nanni Moretti

Ostatnio ostro występował pan przeciwko wszechwładzy platform streamingowych, przede wszystkim Netfliksa. Naprawdę widzi pan w nich zagrożenie dla sztuki filmowej?

Ja się po prostu nie zgadzam, żeby urzędnik decydował o szczegółach filmu, narzucał mi aktorów. Nie chcę, by ktoś oglądał materiały, zanim ja sam je zobaczę i zmontuję. Dlatego głośno krzyczę: „Nie!”. Jako reżyser, ale też jako widz, który chce oglądać autorskie filmy kolegów, a nie sztampę skrojoną według wzoru.

To nie musi być być sztampa. Dzisiaj platformy streamingowe dają często twórcom większą swobodę niż studia filmowe i prywatni producenci. Pracują dla nich najwięksi, z Martinem Scorsese na czele.

Każdy ma prawo iść własną drogą. Ale z tą swobodą nie jest tak różowo. Moje doświadczenia i rozmowy świadczą odwrotnie. We Włoszech producenci coraz częściej przestają pracować z autorami, reżyserami, tylko układają się z platformami. Dlatego powstają filmy nie osobiste, autorskie, tylko takie, które mają sprzyjać gustom większości. Artyści zaczynają powtarzać: Moje filmy zostaną obejrzane w 190 krajach. Moje filmy zostaną obejrzane w 190 krajach! Moje filmy zostaną obejrzane w 190 krajach!

A pana taka perspektywa nie ciągnie?

Dla mnie zawsze najważniejsze były: magia wielkiego ekranu, ciemna sala, wspólne przeżywanie. Także dlatego mam w Rzymie swoje kino Nuovo Sacher. I tam również się przekonałem, ile szkody w kulturze narobiła pandemia. Część widowni przyzwyczaiła się do tego, że ogląda filmy we własnym domu. A twórcom pozostaje się z tym pogodzić i zadecydować, czy chcą robić filmy oglądane przez miliony czy kino artystyczne.

Nanni Moretti (1953), reżyser, scenarzysta, aktor. Zdobył Europejską Nagrodę Filmową i nagrodę za reżyserię w Cannes za „Dziennik intymny” (1993) i Złotą Palmę w Cannes za „Pokój syna” (2001)