Zaczynam od ciężkiego westchnienia. Bo chciałoby się, żeby film, w którym wielokrotnie pada gromkie wezwanie do obrony chrześcijańskiej wiary i który sam chce być jej żarliwym obrońcą, był filmem przekonującym, mocnym i zwycięskim. Niestety, filmowa „Bitwa pod Wiedniem" jest przegrana. Nie mam serca, by pastwić się nad tą nieszczęsną produkcją, bo jej ideowe przesłanie jest mi bliskie, więc ze zwieszoną głową wymamroczę kilka jej klęsk i poszukam usprawiedliwień. Przede wszystkim trzeba nam wiedzieć, że jest to telewizyjny serial przerobiony na kino. Takie też siły i środki. Marketingowa kampania i rozbudzone u nas oczekiwania, że oto wreszcie mamy wytęsknioną światową, międzynarodową superprodukcję o wielkim polskim zwycięstwie – są kompletnie chybione.