Czekamy od lat na film o powstaniu warszawskim, a on już jest i dziś wchodzi do kin. Powstawał długo, z problemami głównie finansowymi, jakby decydenci i sponsorzy nie wierzyli w sensowność przedsięwzięcia i umiejętności autora.

Reklama
Reklama

A przecież Ireneusz Dobrowolski to doświadczony dokumentalista, autor choćby obsypanego nagrodami „Portrecisty", za fotografie z obozu koncentracyjnego. Jako syn powstańca  postanowił oddać hołd pokoleniu swoich rodziców.

W „Sierpniowym niebie" wykorzystuje swój warsztat  dokumentalisty, efektownie łącząc archiwalne zdjęcia z fabularną opowieścią. Kadry dobrze się ze sobą splatają. W sekwencjach aktorskich Dobrowolski operuje głównie zbliżeniami, ale widz nie ma wrażenia, że dzieje się tak ze względów oszczędnościowych. Liczy się przede wszystkim ich nastrój.

Film nie jest jednak kroniką sierpnia 1944,  pokazuje zaledwie kilka dni przez pryzmat losów dwojga młodych powstańców i kilku mieszkańców Woli.

Na ich historię nakłada się opowieść współczesna,   o perturbacjach na budowie biurowca, gdzie koparka odsłoniła w ziemi szczątki poległego powstańca. Są także przedstawiciele street-artu malujący murale na ulicach Warszawy i hiphopowcy z powstańczą piosenką jak klamrą całości.

Jak na  film trwający niespełna półtorej godziny składników zebrano dużo. Zabrakło możliwości, by rozwinąć wątki, pogłębić portrety. Aktorzy grają  symbole, utożsamiają idee: Anna Nehrebecka – nauczycielka, Justyna Sieńczyłło – matka chroniąca dziecko, Krzysztof Kolberger – ukrywający się Żyd.

Są wybitnymi artystami, więc w kilku ujęciach potrafią wzruszyć. Całość jednak bardziej przystaje do działań Muzeum Powstania Warszawskiego i poszukiwań nowoczesnych metod dla edukacji patriotycznej.  Na wielki film o powstaniu musimy poczekać.

Zwiastun filmu „Sierpniowe niebo. 63 dni chwały"