Twórcy prawdopodobnie podążali szlakiem nagrodzonego trzema Oscarami „Miasta gniewu". Dramat Paula Haggisa zderzał ze sobą (oryginalny tytuł to „Crash", czyli wypadek) zupełnie różnych bohaterów, każąc im przewartościować dotychczasowe życie.

U Jona Gunna aż 12 mieszkańców wielkiego amerykańskiego miasta zmaga się ze swoją wiarą lub jej brakiem. Postawieni w trudnych sytuacjach, muszą wybierać pomiędzy egoizmem a przyzwoitością, a ta w filmie nierozerwalnie wiąże się z chrześcijaństwem. Wśród nich pastor, który musi poprzeć czynami swoją wiarę, lekarz-racjonalista i gangster zaczynający wątpić w słuszność swoich czynów.

Takich wątpliwości nie mają twórcy filmu. To nie „Dekalog" Krzysztofa Kieślowskiego, którego bohaterowie – a z nimi widzowie – byli tragicznie rozdarci pomiędzy dwiema niemal równoważnymi wartościami. Ciężko było zdecydować, która z nich jest ważniejsza i co w ogóle jest dobrem, a co złem.

Tutaj dylematy są pozorne, a rozwój akcji ma pełnić funkcję ewangelizacyjną. Od początku wiadomo, jak należy postępować i kiedy bohaterowie wreszcie wybiorą słuszną ścieżkę, zostaną nagrodzeni. Jedni zyskają materialnie, inni dostaną szansę odkupienia win. Wątpliwości, których i tak nie ma, rozwiałby obdarzony ciepłym głosem narrator, prawiący kazania spoza ekranu. Emocjonalne napięcie ma wzmagać wszechobecna muzyka, choć jej monotonia szybko zaczyna męczyć.

Film pogrążają także: stereotypy (ciemnoskóry gangster), tanie chwyty, przesadny patos, przewidywalne i sztucznie podawane dialogi... na omówienie całej listy zabrakłoby miejsca. Kwintesencją absurdu jest scena, w której na moście spotyka się dwóch niedoszłych samobójców i po chwili postanawiają iść na kawę. Podobny motyw można odnaleźć w „Angel-I" Luca Bessona, ale o ileż odważniej i oryginalniej został tam zastosowany!

Naprawdę ciężko z czystym sumieniem wskazać mocne strony filmu. Zdjęcia Willa Mussera są poprawne. Ekspresja większości aktorów drażni. Wyjątkiem jest Makenzie Moss grająca małą Lily. Jest rozczulająca, rozbraja uśmiechem i z racji wieku można jej wybaczyć naiwność.

Niestety, istotnych postaci jest aż 12 (apostołów?), a film trwa 120 minut, czyli po 10 (dekalog?) na każdy problem. Twórcy nie sprostali karkołomnemu wyzwaniu logicznego powiązania tylu wątków, uczynienia bohaterów ciekawymi, a ich dylematów intrygującymi. Okazuje się, że cudów – przynajmniej w materii filmowej - nie ma.