Reklama
Rozwiń
Reklama

Piekielne męki na sali kinowej

„Czy naprawdę wierzysz?" Jona Gunna to nie jest film. To natarczywe kazanie.

Aktualizacja: 19.09.2015 14:26 Publikacja: 19.09.2015 14:11

Piekielne męki na sali kinowej

Foto: materiały prasowe

Twórcy prawdopodobnie podążali szlakiem nagrodzonego trzema Oscarami „Miasta gniewu". Dramat Paula Haggisa zderzał ze sobą (oryginalny tytuł to „Crash", czyli wypadek) zupełnie różnych bohaterów, każąc im przewartościować dotychczasowe życie.

U Jona Gunna aż 12 mieszkańców wielkiego amerykańskiego miasta zmaga się ze swoją wiarą lub jej brakiem. Postawieni w trudnych sytuacjach, muszą wybierać pomiędzy egoizmem a przyzwoitością, a ta w filmie nierozerwalnie wiąże się z chrześcijaństwem. Wśród nich pastor, który musi poprzeć czynami swoją wiarę, lekarz-racjonalista i gangster zaczynający wątpić w słuszność swoich czynów.

Takich wątpliwości nie mają twórcy filmu. To nie „Dekalog" Krzysztofa Kieślowskiego, którego bohaterowie – a z nimi widzowie – byli tragicznie rozdarci pomiędzy dwiema niemal równoważnymi wartościami. Ciężko było zdecydować, która z nich jest ważniejsza i co w ogóle jest dobrem, a co złem.

Tutaj dylematy są pozorne, a rozwój akcji ma pełnić funkcję ewangelizacyjną. Od początku wiadomo, jak należy postępować i kiedy bohaterowie wreszcie wybiorą słuszną ścieżkę, zostaną nagrodzeni. Jedni zyskają materialnie, inni dostaną szansę odkupienia win. Wątpliwości, których i tak nie ma, rozwiałby obdarzony ciepłym głosem narrator, prawiący kazania spoza ekranu. Emocjonalne napięcie ma wzmagać wszechobecna muzyka, choć jej monotonia szybko zaczyna męczyć.

Film pogrążają także: stereotypy (ciemnoskóry gangster), tanie chwyty, przesadny patos, przewidywalne i sztucznie podawane dialogi... na omówienie całej listy zabrakłoby miejsca. Kwintesencją absurdu jest scena, w której na moście spotyka się dwóch niedoszłych samobójców i po chwili postanawiają iść na kawę. Podobny motyw można odnaleźć w „Angel-I" Luca Bessona, ale o ileż odważniej i oryginalniej został tam zastosowany!

Reklama
Reklama

Naprawdę ciężko z czystym sumieniem wskazać mocne strony filmu. Zdjęcia Willa Mussera są poprawne. Ekspresja większości aktorów drażni. Wyjątkiem jest Makenzie Moss grająca małą Lily. Jest rozczulająca, rozbraja uśmiechem i z racji wieku można jej wybaczyć naiwność.

Niestety, istotnych postaci jest aż 12 (apostołów?), a film trwa 120 minut, czyli po 10 (dekalog?) na każdy problem. Twórcy nie sprostali karkołomnemu wyzwaniu logicznego powiązania tylu wątków, uczynienia bohaterów ciekawymi, a ich dylematów intrygującymi. Okazuje się, że cudów – przynajmniej w materii filmowej - nie ma.

Film
Berlinale'26. Burza medialna wokół Wima Wendersa. Arundhati Roy odwołała przyjazd
Film
„Ołowiane dzieci” i straszna wizyta Breżniewa. Czy Polacy będą tak witać Putina?
Film
Nie żyje Bożena Dykiel. Te role przyniosły jej sławę
Film
Amerykanie o „Ołowianych dzieciach”: niezłomna Kulig od Pawlikowskiego
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama