Trwa fatalna passa na rynkach wschodzących. Złożyło się na to wiele spraw. W Turcji wybuchła afera korupcyjna. Kłopoty przeżywa Argentyna, co doprowadziło do dewaluacji peso. Fed ogranicza program skupu aktywów, a to powoduje odpływ pieniędzy z rynków wschodzących. Teraz bardzo niebezpieczny jest konflikt między Rosją a Ukrainą, który zresztą stał się w pewnym stopniu konfliktem międzynarodowym. Wszystko to w naturalny sposób przekłada się na wyceny akcji, obligacji i walut nie tylko w tych krajach, które bezpośrednio są dotknięte kryzysem.
Na własnej skórze odczuwają to osoby posiadające jednostki uczestnictwa w funduszach operujących na rynkach wschodzących; głównie dotyczy to rynku rosyjskiego. Od początku roku wartość jednostek spadła prawie o 7 proc. Niestety, nic nie wskazuje na to, by koniec nerwówki był bliski.
Sytuacja na Ukrainie, a zwłaszcza na Krymie, jest niezmiernie napięta. W niedzielę ma się odbyć referendum nieuznawane przez Kijów. Trudno przewidzieć, jak na jego wyniki zareaguje Moskwa. Pewne jest natomiast to, że będziemy świadkami wyraźnie podwyższonej zmienności na rynkach. Kiedy to się skończy, tego nikt nie wie. Analitycy są bardzo wstrzemięźliwi w prognozowaniu rozwoju wypadków.
Lepiej spać spokojnie
Co zatem mają robić inwestorzy? Ci, którzy nie inwestowali dotąd poprzez fundusze na rynku rosyjskim czy innych rynkach wschodzących, nadal powinni trzymać się od nich z daleka. Nie warto szarpać nerwów. Wystarczy sobie wyobrazić, co będzie, gdy dojdzie do eskalacji konfliktu, gdy na Rosję zostaną nałożone sankcje (o możliwych działaniach zbrojnych już nie wspominamy).
Ludzie akceptujący wysokie ryzyko inwestycyjne mogą oczywiście postawić pytanie: czy nie warto kupować teraz fundusze operujące na rynku rosyjskim, skoro są tak przecenione. Przy założeniu, że konflikt ukraiński zostanie rozwiązany pokojowo, można by liczyć na solidne odbicie.