Rząd miał powody do zadowolenia. Zwiększająca się aktywność przedsiębiorstw i samorządów powodowała, że roczny wzrost PKB w niektórych kwartałach sięgał prawie 6 proc.
Na początku 2007 roku znikło już widmo rosnącego bezrobocia, pensje zaczęły piąć się w górę, a inflacja utrzymywała się na niskim poziomie. To spowodowało, że Polacy ruszyli na zakupy. Jak podaje GUS, tempo wzrostu spożycia indywidualnego przekraczało 6 proc. w skali roku, inwestycje w pierwszym kwartale 2007 r. były o 23,8 proc. wyższe niż rok wcześniej.
Ówczesna opozycja jednak narzekała. – Rząd PiS nie robi nic, aby wzmocnić wzrost gospodarczy – grzmiał Adam Szejnfeld, poseł PO. – Patrzcie na kraje nadbałtyckie, Estonia, Słowacja i Łotwa mogą się pochwalić wzrostem wyższym o 2 – 3 pkt proc. Prawda jednak była taka, że w tym samym czasie w krajach starej Unii dynamika PKB była trzykrotnie mniejsza.
Deficyt miał spadać
Dobre samopoczucie polityków poparte zadowalającą kondycją budżetu – dzięki wyższemu wzrostowi gospodarczemu wpływy podatkowe okazały się o kilka miliardów wyższe, niż szacowano – zaowocowało pędem do rozdawnictwa. Zwiększono waloryzację rent i emerytur, zmniejszono składkę rentową, wprowadzono ulgę prorodzinną i zatwierdzono obniżkę podatków od stycznia 2009 roku. Wówczas te decyzje można było uznać za zasadne – wzrost PKB w III kwartale 2007 roku wyniósł 6,4 proc. – znów było lepiej, niż zakładały prognozy, bo nawet analitycy resortu finansów oczekiwali „zaledwie" 6-proc. wzrostu.
Waldemar Pawlak, wicepremier i minister gospodarki nowego rządu PO – PSL, był przekonany, że tak już pozostanie. Zapewnił, że rząd będzie wspierać wzrost gospodarczy, m.in. przez zmniejszenie kosztów administracji i odbiurokratyzowanie działalności gospodarczej. W tym samym czasie strefa euro ledwo pełzła do przodu. PKB wzrósł w III kwartale w krajach unii walutowej o 0,7 proc. kwartał do kwartału, a liczony rok do roku o 2,8 proc.