Reklama

Gospodarka polska przed kryzysem światowym

U nas jeszcze cztery lata temu nikt o kryzysie nie myślał. Nasza gospodarka porównywana była do pędzącej lokomotywy, konsumpcja i inwestycje prywatne kwitły, a deficyt budżetowy był niewielki

Aktualizacja: 04.08.2011 04:10 Publikacja: 04.08.2011 02:02

Gospodarka polska przed kryzysem światowym

Foto: Bloomberg

Rząd miał powody do zadowolenia. Zwiększająca się aktywność przedsiębiorstw i samorządów powodowała, że roczny wzrost PKB w niektórych kwartałach sięgał prawie 6 proc.

Na początku 2007 roku znikło już widmo rosnącego bezrobocia, pensje zaczęły piąć się w górę, a inflacja utrzymywała się na niskim poziomie. To spowodowało, że Polacy ruszyli na zakupy. Jak podaje GUS, tempo wzrostu spożycia indywidualnego przekraczało 6 proc. w skali roku, inwestycje w pierwszym kwartale 2007 r. były o 23,8 proc. wyższe niż rok wcześniej.

Ówczesna opozycja jednak narzekała. – Rząd PiS nie robi nic, aby wzmocnić wzrost gospodarczy – grzmiał Adam Szejnfeld, poseł PO. – Patrzcie na kraje nadbałtyckie, Estonia, Słowacja i Łotwa mogą się pochwalić wzrostem wyższym o 2 – 3 pkt proc. Prawda jednak była taka, że w tym samym czasie w krajach starej Unii dynamika PKB była trzykrotnie mniejsza.

Deficyt miał spadać

Dobre samopoczucie polityków poparte zadowalającą kondycją budżetu – dzięki wyższemu wzrostowi gospodarczemu wpływy podatkowe okazały się o kilka miliardów wyższe, niż szacowano – zaowocowało pędem do rozdawnictwa. Zwiększono waloryzację rent i emerytur, zmniejszono składkę rentową, wprowadzono ulgę prorodzinną i zatwierdzono obniżkę podatków od stycznia 2009 roku. Wówczas te decyzje można było uznać za zasadne – wzrost PKB w III kwartale 2007 roku wyniósł 6,4 proc. – znów było lepiej, niż zakładały prognozy, bo nawet analitycy resortu finansów oczekiwali „zaledwie" 6-proc. wzrostu.

Waldemar Pawlak, wicepremier i minister gospodarki nowego rządu PO – PSL, był przekonany, że tak już pozostanie. Zapewnił, że rząd będzie wspierać wzrost gospodarczy, m.in. przez zmniejszenie kosztów administracji i odbiurokratyzowanie działalności gospodarczej. W tym samym czasie strefa euro ledwo pełzła do przodu. PKB wzrósł w III kwartale w krajach unii walutowej o 0,7 proc. kwartał do kwartału, a liczony rok do roku o 2,8 proc.

Reklama
Reklama

Nowa ekipa rządząca, która objęła rządy pod koniec 2007 roku, nie była już skłonna do szybkiego konsumowania owoców rosnącej jeszcze gospodarki. Jacek Rostowski, minister finansów, zapowiedział, że ograniczy tempo wzrostu wydatków. Jego celem miała być naprawa finansów publicznych. Chciał ograniczać dług publiczny o 1 – 1,5 pkt proc. w relacji do PKB rocznie. W sumie do 2011 roku zadłużenie miało się zmniejszyć o 4 – 7 pkt proc. Gdyby spełnił swą zapowiedź, dziś nasze zadłużenie nie przekraczałoby w relacji do PKB 40 proc. Byłoby więc na poziomie, który – jak zapewnił kilka dni temu w Sejmie Jacek Rostowski – osiągniemy w 2018 roku.

Ekonomiści – tak jak i dzisiaj, tak i wówczas – nie bardzo wierzyli w te zapowiedzi, tym bardziej, że w ślad za tymi obietnicami nie szły reformy. Mimo wcześniejszych planów naprawy finansów publicznych konkretnych rozwiązań się nie doczekaliśmy.

Nadal błyszczeliśmy

W połowie 2008 roku stało się już jasne, że umiarkowany optymizm był uzasadniony. Świat dostał zadyszki, globalna gospodarka zaczęła zwalniać. Zaczęły się weryfikacje wcześniejszych prognoz – Komisja Europejska ścięła szacunki wzrostu PKB dla Polski z 5,6 do 5,3 proc., a dla całej Unii – z 2,4 proc. do 2 proc. Gorsze perspektywy Bruksela wieszczyła także dla 15 państw strefy euro – tempo wzrostu, zamiast na poziomie 2,2 proc., jak jeszcze kilka miesięcy wcześniej, oceniła na 1,8 proc. Na światowych rynkach finansowych zaczął się kryzys, gospodarka USA gwałtownie przyhamowała, a ceny surowców wzrosły. To musiało się odbić na Europie.

W Polsce jednak nikt wówczas nie dopuszczał do siebie czarnych myśli. Wręcz przeciwnie – rząd utrzymywał, że na tle państw starej UE błyszczymy. O braku obaw świadczy fakt, że premier Donald Tusk we wrześniu 2008 roku ogłosił uroczyście podczas otwarcia Forum Ekonomicznego w Krynicy, że w styczniu 2012 roku w kieszeni każdego Polaka znajdzie się już euro.

Ekonomiści trochę entuzjazm rządu stopowali. Ich zdaniem istniało duże niebezpieczeństwo, że w 2009 roku wzrost gospodarczy nie sięgnie – jak chciał rząd – 5 proc. PKB, lecz przyhamuje do 4 proc. PKB. Ostrzegali przed wzrostem deficytu finansów publicznych do 3 proc., czyli granicy wyznaczonej dla kryterium fiskalnego w Maastricht.

Koniec optymizmu

O dziwo, zupełnie innego zdania był Międzynarodowy Fundusz Walutowy. W jego ocenie drobne oszczędności, które robił minister finansów, zmniejszając wydatki rządu w różnych dziedzinach, miały przynieść niezłe wyniki. Z raportu ogłoszonego w kwietniu 2008 roku wynikało, że działania rządu przyczynią się do ograniczenia długu publicznego w 2010 roku do 44,4 proc. PKB wobec prognozowanych wcześniej 45,8 proc. W tym samym czasie – jak prognozował MFW – deficyt finansów publicznych miał spaść do 2 proc. PKB, choć jeszcze rok wcześniej oceniali go na 2,8 proc. PKB. W 2012 roku dług miał już wynieść zaledwie 41 proc. PKB.

Reklama
Reklama

W tym samym czasie w Europie już szalał kryzys. W październiku 2008 roku prof. Udo Ludwig z Instytutu Badań Gospodarczych w Halle informował, że niemiecka gospodarka, oparta na eksporcie, silnie odczuwa skutki spadku popytu oraz inwestycji za granicą. To grozi głęboką recesją. Oficjalne prognozy jeszcze utrzymywały lekki wzrost w 2009 roku na poziomie 0,2 proc., jednak kilka miesięcy wcześniej te same instytucje utrzymywały, że będzie rosła w tempie 1,4 proc. PKB Francji już znajdował się poniżej zera, to samo dotyczyło krajów nadbałtyckich.

Pierwsze mniej optymistyczne przewidywania dla Polski opublikował jesienią 2008 r. NBP w projekcji makroekonomicznej; tempo wzrostu PKB w 2009 roku miało spaść do 1,7 – 3,5 proc. Jeszcze w czerwcu 2008 r. szacunki banku mówiły o wzroście w przedziale 3,4 – 6,2 proc. w 2009 r. Rząd utrzymywał: gospodarka będzie rosła w przyzwoitym tempie 4,8 proc. Ale w przygotowywanej ustawie budżetowej na 2009 rok postanowił zweryfikować planowane dochody o 4 mld zł.

O tym, jak złudny okazał się optymizm, przekonaliśmy się już z początkiem 2009 r. Tempo wzrostu inwestycji spadło, firmy wstrzymały inwestycje. Eksport praktycznie zamarł i tylko dzięki ulgom prorodzinnym, obniżce podatków i składki rentowej konsumpcja kwitła, przez co nasza gospodarka nie stoczyła się w recesję.

Materiał Promocyjny
Lokaty mobilne: Nowoczesny sposób na oszczędzanie
Ekonomia
KGHM optymalizuje zagraniczny portfel
Ekonomia
Apelują do Orlen Termika. Chodzi o zamówienia dla dostawców spoza UE
Ekonomia
PGE odstąpiła od ważnej umowy. Naliczono wysokie kary
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama