Tworzysz coś, dopieszczasz, rozwijasz, a później wszystko w mgnieniu oka upada i nie masz na to najmniejszego wpływu. Największym wrogiem Kremla jest demokracja, bo potrafi zburzyć budowaną od lat konstrukcję, korupcyjne układy i powiązania. 12 kwietnia posypała się właśnie przyjaźń rosyjsko-węgierska, oparta na osobistych relacjach Władimira Putina z Viktorem Orbánem, od wielu lat budowanych i dopieszczanych. Już niedługo zostanie przerwana „gorąca linia” pomiędzy Budapesztem a Moskwą, dzięki której rosyjski dyktator na bieżąco był informowany o planach Brukseli, ale też mógł łagodzić sankcje wobec swoich oligarchów, blokować pomoc dla Ukrainy czy sabotować negocjacje akcesyjne Kijowa z UE.
By zrozumieć wagę niedzielnych wydarzeń dla Kremla, wystarczy sięgnąć do ujawnionych ostatnio przez dziennikarzy śledczych rozmów telefonicznych szefa węgierskiej dyplomacji Pétera Szijjártó z Siergiejem Ławrowem, niezmiennym ministrem spraw zagranicznych Rosji. Upadek Orbána na Węgrzech dla Putina ma więc nieporównywalnie większe znaczenie niż upadek Asada w Syrii czy Maduro w Wenezueli.
Po klęsce Viktora Orbána Kreml bez złudzeń: Węgry są państwem nieprzyjaznym
Kreml ustami rzecznika Kremla Dmitrija Pieskowa stwierdził, że nie wyśle gratulacji zwycięzcy wyborów parlamentarnych i nagle przypomniał, że Węgry „są państwem nieprzyjaznym”, bo głosowały za wprowadzeniem sankcji wobec Rosji (dotychczas Moskwa starała się tego faktu nie zauważać). Swoją drogą Péter Magyar zapowiedział, że Węgry pod jego rządami nie będą dłużej blokować unijnej pożyczki dla Ukrainy w wysokości 90 mld euro. A od tego zależała stabilność finansowa państwa ukraińskiego do końca 2027 r., bo pokryje podstawowe wydatki kraju przez kolejne ponad półtora roku walki z rosyjskim najeźdźcą. Lwia część tych środków ma zostać wydana na zakup broni.
To nie jest dobra wiadomość dla Moskwy, która na wszelkie sposoby sabotowała ten proces, licząc, że problemy finansowe Kijowa i bezradność UE w obliczu weta Orbána zmuszą Ukraińców do ustępstw w trakcie trwających od miesięcy rokowań z Rosją, w których pośredniczą Stany Zjednoczone Donalda Trumpa. To pokazuje, jak złożona jest prowadzona już piąty rok z rzędu wojna Putina, która toczy się również na oddalonych od Ukrainy frontach. I na jednym z tych frontów (unijnym) Kreml poniósł w niedzielę bolesną porażkę.
Czytaj więcej
Dla Kremla Wielkanoc to tylko pretekst. Do zawieszenia broni nad Dnieprem rosyjskiego dyktatora zmuszają ceny ropy i ukraińskie drony.
W tej sytuacji Putin pilnie potrzebuje nowego konia trojańskiego w Unii Europejskiej i pierwszy w kolejce do tej roli stoi Robert Fico, który wcześniej już zapowiadał nałożenie weta na unijną pożyczkę dla Ukrainy, jeżeli Kijów nie przywróci dostaw ropy poprzez uszkodzoną (przez Rosję) południową nitkę ropociągu „Przyjaźń”. Mało prawdopodobne, by spełnił swoje groźby. Powodów jest kilka. Po pierwsze, Ukraina już zapowiedziała zakończenie prac remontowych i rosyjska ropa może popłynąć na Węgry i Słowację jeszcze wiosną, jeżeli Rosja po raz kolejny nie zbombarduje ropociągu. Po drugie, premier Słowacji, która ma niemal dwukrotnie mniejszą gospodarkę od Węgier, nie zaryzykuje wejściem w skórę Orbána, narażając na szwank przyszłość m.in. wielu inwestycji publicznych uzależnionych od unijnych dotacji. Po trzecie, koalicja rządząca, na czele której stoi, w 150-osobowym parlamencie słowackim ma 79 głosów. To daje zaledwie cztery głosy przewagi, które łatwo można stracić w sytuacji, gdyby Fico poszedł na wojnę z Brukselą w interesach Moskwy.
Władimir Putin może zacieśnić relacje z Donaldem Trumpem. Stawką jest demontaż NATO
Niedzielne wybory parlamentarne na Węgrzech były klęską nie tylko Władimira Putina, ale też polityki gorąco popierającego Viktora Orbána prezydenta USA Donalda Trumpa. Trudno w to uwierzyć, ale Rosja i Stany Zjednoczone w niedzielę poniosły wspólną klęskę w Budapeszcie. I obu przywódców łączy chęć dążenia do sukcesu kosztem i ponad głowami Europejczyków. Rosyjska propaganda ustami wydelegowanego przez Kreml do rozmów z Amerykanami Kiriłła Dmitriewa już wieszczy szybki upadek Unii Europejskiej. Nietrudno się domyślić, że po wypłaceniu unijnej pożyczki dla Kijowa Kreml zarzuci Brukseli „sabotowanie procesu pokojowego”, tym samym po raz kolejny sugerując Trumpowi, że klucz do zakończenia wojny w Ukrainie jakoby leży w krytykowanej przez niego Europie.
Tak prawdopodobnie będzie wyglądał rozkład mandatów w węgierskim parlamencie po wyborach
Po upadku Orbána Moskwie nic nie pozostaje, jak tuż po ewentualnym zakończeniu konfliktu na Bliskim Wschodzie przyspieszyć zacieśnienie relacji z Waszyngtonem i natychmiast odmrozić rokowania w sprawie wojny nad Dnieprem. Putin nie ma dzisiaj mocnych kart. Stracił ostatniego najmocniejszego sojusznika w Europie, gospodarka kuleje i budżet wielu regionów kraju już się nie spina, a ukraińskie drony zadają śmiertelne ciosy rosyjskiej infrastrukturze naftowej i paliwowej.
Czytaj więcej
Ukraina w czasie wojny w Iranie znacząco wzmocniła swoje karty - mówi „Rzeczpospolitej” Ołeksij Melnyk, ukraiński oficer lotnictwa wojskowego w sta...
Niewykluczone więc, że walcząc o względy Donalda Trumpa, gospodarz Kremla po raz pierwszy będzie musiał pójść na namacalne ustępstwa w sprawie zawieszenia broni (przynajmniej w powietrzu, by osłonić swoje porty i rafinerie) czy też poskromić apetyt wobec ukraińskiego Donbasu. Nie można wykluczać tego, że ostatecznie Putin, w geście dobrej woli dla Trumpa, zrobi krok wstecz w Ukrainie. Osłabienie więzi euroatlantyckich i demontaż NATO mogą okazać się dla Kremla znacznie bardziej kuszące niż „kilka kilometrów kwadratowych” w zniszczonym bombami Donbasie, o których wspominał ostatnio wiceprezydent USA J. D. Vance, sugerując łatwą drogę do zakończenia konfliktu. Ale Kreml, patrząc na słabnące notowania Trumpa w USA, musi się spieszyć. Bo demokracja, jak pokazały niedzielne wybory w Budapeszcie, potrafi zakłócić jego plany.