– Byłem na to gotowy. Ale oczywiście, co muszę przyjąć do wiadomości, w Kijowie tego nie chciano – w ten sposób prezydent Frank-Walter Steinmeier skomentował fakt, że nie bierze udziału podróży do stolicy Ukrainy wraz z prezydentami Polski oraz państw bałtyckich.

Czytaj więcej

Kanclerz Niemiec "poirytowany" odwołaną wizytą prezydenta Niemiec w Kijowie

– W Kijowie obawiano się, że przyjęcie prezydenta Niemiec w takim gronie byłoby rodzajem grubej kreski, czyli odpuszczeniem grzechów w następstwie swego rodzaju podróży pokutnej. Tego nie chciano, bo prezydent Steinmeier uchodzi w Ukrainie za jednego z architektów niemieckiej Russlandpolitik –mówi „Rzeczpospolitej” Kai-Olaf Lang, analityk berlińskiego think tanku Wissenschaft und Politik. Jego zdaniem decyzja Kijowa nie przysporzy Ukrainie sympatii w Niemczech, ale dotychczasowa polityka Berlina niewiele się zmieni, a decyzja o dostawie ciężkiej broni jest już raczej kwestią czasu.

Stanowisko Kijowa przyjęto w Niemczech ze zdumieniem, irytacją i niezrozumieniem, a także jako afront i przeciąganie struny. Politycy SPD, partii, z której wywodzi się Steinmeier, nie kryli głębokiego rozczarowania – podobnie jak przedstawiciele FDP, partnera koalicyjnego. Zieloni woleli zachować milczenie.

Z sondażu instytutu Forsa wynika, że 55 proc. obywateli Niemiec jest za dostawą broni ciężkiej Ukrainie

Za to media nie ograniczyły się do dezaprobaty, podkreślając, że być może w Kijowie nie zauważono epokowej zmiany niemieckiej polityki wobec Rosji po agresji na Ukrainę. Ani tego, że Niemcy spełniają prośby ukraińskich władz, wysyłając broń oraz okazując wsparcie w każdej innej postaci. Przypominano, że prezydent przeprosił publicznie za błędy w ocenie celów politycznych Władimira Putina, czego nie uczyniła do tej pory była kanclerz Angela Merkel. Milczy ona konsekwentnie mimo coraz bardziej natarczywych żądań, aby poszła w ślady Steinmeiera.

Za pośrednictwem rzeczniczki Merkel przekazała jedynie, że „podtrzymuje swoje decyzje związane ze szczytem NATO w 2008 roku w Bukareszcie”, gdzie Francja i Niemcy zablokowały perspektywę członkostwa Ukrainy w NATO, czego chciały m.in. Polska i USA. Przypomina o tym stale, nierzadko w obcesowy sposób, ukraiński ambasador w Berlinie Andrij Melnyk, co wywołuje sporą konsternację na niemieckiej scenie politycznej. Media informują, że pod internetową petycją w sprawie uznania dyplomaty za persona non grata jest już kilkadziesiąt tysięcy podpisów. Nie wiadomo jednak, ile z nich jest dziełem rosyjskich trolli.

Kilka dni temu Melnyk wezwał Berlin do natychmiastowej dostawy czołgów Leopard, bojowych wozów piechoty Marder, samobieżnych haubicoarmat (Panzerhaubitze 2000) i systemów radarowych Cobra do wykrywania artylerii.

Lista oczekiwań Kijowa jest znacznie dłuższa i obejmuje w sumie 200 pozycji, ale najpotrzebniejszy jest ciężki sprzęt bojowy. Z sondażu instytutu Forsa wynika, że 55 proc. obywateli jest za dostawą takiej broni Ukrainie. Przeciwko jest jedna trzecia. Jednoznacznie za jest także znane z pacyfizmu ugrupowanie Zielonych, z szefową dyplomacji Annaleną Baerbock oraz ministrem gospodarki Robertem Habeckiem. Podobne stanowisko prezentują pozostali partnerzy koalicyjni. Decyzję w sprawie eksportu takiego sprzętu podjąć musi jednak specjalny organ rządu na niejawnym posiedzeniu. Nie wiadomo, kiedy to nastąpi. Niewykluczone, że poinformuje o niej prezydenta Zełenskiego osobiście kanclerz Olaf Scholz, który został właśnie zaproszony do Kijowa niejako w zastępstwie prezydenta Steinmeiera.

Autopromocja
Subskrybuj nielimitowany dostęp do wiedzy

Unikalna oferta

Tylko 5,90 zł/miesiąc


WYBIERAM

Koncern zbrojeniowy Rheinmetall ma obecnie na składzie kilkadziesiąt czołgów Leopard 1 oraz wozów bojowych Marder wycofanych z Bundeswehry i gotów jest rozpocząć pierwsze dostawy już w najbliższych tygodniach. Wymagałoby to przeszkolenia ukraińskich wojskowych, co nie wydaje się problemem, przy założeniu, że wojna w Ukrainie szybko się nie skończy.