Konsumenci przerażeni cenami w sklepach coraz częściej łapią się za kieszenie i zastanawiają się, jak oszczędzić na bieżących wydatkach. Mogą np. kupować mniej żywności, szukać tańszych zamienników czy rezygnować z usług, które nie są uznawana za niezbędne – np. restauracji czy podróży.

Kupujemy trochę mniej

Z badań sondażowych platformy UCE Research i Grupy BLIX wynika, że ponad połowa Polaków zamierzała ograniczyć wydatki na bieżące zakupy w I kwartale tego roku. Oszczędzać będziemy także na wydatkach związanych ze Świętami Wielkanocnymi – głównie w postaci poszukiwania produktów o jak najniższych cenach (jakość schodzi na drugi plan). Z kolei badania GUS pokazują, że konsumenci powoli zaczynają powstrzymywać się przed dokonywaniem poważniejszych zakupów. Przykładowo sprzedaż samochodów w lutym spadła realnie rok do roku o 20 proc., a mebli, elektroniki i sprzętu AGD – o 4,4 proc.

Takie strategie oszczędnościowe mają na celu utrzymanie kondycji budżetów domowych czy dostosowania ich do spadającej siły nabywczej dochodów. I zwykle, w „normalnych” warunkach, prowadzą do zdławienia inflacji, a przynajmniej do jej dużego przyhamowania.

Szczególna sytuacja

Bo im mniejszy popyt konsumpcyjny, tym mniejsza pożywka do wzrostu cen. Zresztą osiągnięcie takiego celu leży u podstaw tradycyjnej reakcji na wysoką inflację ze strony banku centralnego, czyli podwyżek stóp procentowych. Ale obecne sytuacja jest szczególna.

– I składa się na to wiele elementów – podkreśla Grzegorz Maliszewski, główny ekonomista Banku Millennium. Po pierwsze, wcale nie jest przesądzone, że wszyscy konsumenci w Polsce wycofają się na pozycje ograniczania wydatków bieżących. – Proszę spojrzeć, że wciąż rynek pracy jest w dobrej kondycji, a wielu pracowników, widząc rosnące ceny udaje się do pracodawcy po podwyżkę. I ją dostaje – zauważa Karol Pogorzelski, ekonomista Banku Pekao SA. – Siła nabywcza ich wynagrodzeń więc nie spada. Poza tym część osób woli naruszyć swoje oszczędności, by wygładzić poziom konsumpcji, jeszcze inni zaś stosują strategię przyspieszonych zakupów, by „zdążyć” przed wzrostem ich cen – dodaje Pogorzelski.

Szoki podażowe

– Mamy też do czynienia z luźną polityką fiskalną. Takie programy jak 13. i 14. emerytura, tarcze antyinflacyjne, obniżki podatków w efekcie Polskiego Ładu i jego korekty owszem, wspierają dochody gospodarstw domowych. Ale są kontrporduktywne z punktu widzenia walki z inflacją – wyjaśnia Maliszewski.

Dodając zaś do tego dodatkowy popyt na towary pierwszej potrzeby w wyniku napływu uchodźców, ekonomiści wcale nie spodziewają się, by konsumpcja w Polsce się załamała. – Jeśli już, to raczej będzie rosła wolniej niż dotychczas – uważa Maliszewski. – Za to z drugiej strony musimy mierzyć się z nowymi, zewnętrznymi szokami podażowymi, które będę jeszcze zwiększać inflację.

Rafał Benecki, główny ekonomista ING Banku Śląskiego, wskazuje ogromne ryzyko wzrostu cen płynące z trzech głównych rynków – energii, metali i żywności. Obecnie to efekt wojny przeciw Ukrainie, ale przecież już wcześniej jedną z głównych przyczyn podwyższonej inflacji w Polsce były właśnie rosnące ceny nośników energii (w tym gazu i energii elektrycznej), paliw na globalnych rynkach czy żywności.

Autopromocja
ORZEŁ INNOWACJI

Konkurs dla startupów i innowacyjnych firm

WEŹ UDZIAŁ

Czytaj więcej

Stopy procentowe stawiają coraz dłuższe kroki

Za jaką część drożyzny odpowiada konsument

I trzeba tu podkreślić, że są to szoki zewnętrzne, czyli tzw. inflacja importowana z zagranicy, na które nasza wewnętrzna polityka ma niewielki wpływ. I nawet gdyby konsumenci nie wiadomo jak mocno redukowali swój popyt, to i tak producenci i sprzedawcy nie mogą odejść od kolejnych podwyżek cen, np. chleba, prądu czy benzyny.

– Rzeczywiście, nie jesteśmy w stanie wiele zrobić z inflacją importowaną z zagranicy – przyznaje Urszula Kryńska, ekonomistka PKO BP. – Ale proszę pamiętać, że mimo wszystko ta inflacja wynikająca z popytu krajowego też jest dosyć wysoka – zaznacza. Jak dodaje, tzw. inflacja bazowa, po wyłączeniu cen energii i żywności wyniosła w lutym według NBP aż 6,7 proc. Z kolei Leszek Skiba, prezes Banku Pekao, szacuje, że po wyłączeniu czynników geopolitycznych (czyli wojny) inflacja w Polsce wyniosłaby 6 proc.

– Oznacza to, że inflacja wynikająca z popytu konsumpcyjnego stanowi niemal dwie trzecie całego wzrostu cen. Tę część inflacji mogą z grubsza zdusić ograniczenia w wydatkach Polaków, ale na pewno nie szybko i nie do końca. Procesy, o których mówiliśmy wcześniej, będą przyczyniać się do stymulowania konsumpcji w Polsce przez najbliższe miesiące. Jeśli już, jakiejś zmiany jeśli chodzi o dynamikę wzrostu cen, spodziewałbym się w najwcześniej jesienią – podsumowuje Pogorzelski.

Dobra atmosfera na rynku pracy będzie wspierać domowe budżety

Bezrobocie spadło w marcu do 5,4 proc., czyli o 0,1 pkt proc. w porównaniu z lutym br. Liczba osób zarejestrowanych w urzędach pracy zmniejszyła się w tym czasie o 18 tys., do 904 tys. Opublikowane w środę statystyki Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej wskazują, że utrzymuje się dobra koniunktura na rynku pracy, wspierana przez rozpoczynający się wysyp prac sezonowych. Sygnalizuje to wzrost liczby wolnych miejsc pracy i aktywizacji zawodowej w rejestrach urzędów pracy; firmy zgłosiły tam w marcu 136,8 tys. wakatów, o 18,9 tys. więcej niż w lutym br. i w marcu 2021 r.

Z dobrej koniunktury na rynku pracy i utrzymującego się zapotrzebowania na pracowników (co zwiększa szansę na podwyżki płac) korzystają uchodźcy z Ukrainy. Według MPiPS około 35 tys. Ukraińców podjęło w Polsce pracę od początku obowiązywania specustawy, czyli od 12 marca. (Liczba ta rośnie z każdym dniem). Jak ocenia Polskie Forum HR, zrzeszające czołowe agencje zatrudnienia, faktyczna liczba uchodźców wojennych z Ukrainy, którzy znaleźli pracę w Polsce, może być większa, gdyż wielu z  nich znalazło zatrudnienie jeszcze przed 12 marca na podstawie dotychczasowych zasad. Wskazują na to najnowsze dane ZUS; według nich w marcu w rejestrach ZUS było 667,7 tys. Ukraińców, czyli o 45 tys. więcej niż w styczniu br.

Ogłoszone w środę wyniki badania Polskiego Instytutu Ekonomicznego (PIE) wskazują, że 31 proc. firm rozważa zatrudnienie uchodźców z Ukrainy. Najwięcej takich planów jest w przemyśle (40 proc.) i w budownictwie, gdzie jednak trudno będzie o stanowiska dla kobiet. Nie zabraknie ich w usługach, w tym w gastronomii i hotelach. Eksperci PIE szacują, że ciągu trzech miesięcy polskie firmy mogłyby zatrudnić ok. 253 tys. kobiet. –a.b.

Czytaj więcej

Janet Yellen ostrzega przed „ogromnymi” skutkami gospodarczymi wojny w Ukrainie