Od 1 lipca 2026 r. weszły w życie nowe przepisy znoszące zwolnienie z cła za towary wwożone do Unii Europejskiej w przesyłkach o niewielkiej wartości, tj. do 150 euro. Opłata będzie wynosić 3 euro za każdy kod towarowy, czyli grupę towarów.

W praktyce oznacza to, że za zakup 50 sztuk jednakowych kubków nabywca zapłaci dodatkowe 3 euro opłaty (jeden kod towarowy), a za zakup koszulki, etui na telefon i wkładów do wkrętarki – 9 euro (trzy różne kody towarowe). Dla polskich przedsiębiorstw handlowych – kupujących na rynku azjatyckim hurtowo – oraz indywidualnych klientów – stawiających na pojedyncze zakupy – to dodatkowe koszty.

Główny cel? Wyrównywanie konkurencji

Cieszyć się natomiast mogą urzędnicy Ministerstwa Finansów – nowe przepisy przyniosą dodatkowe wpływy do budżetu, choć zdaniem ekspertów aspekt ekonomiczny jest jedynie skutkiem ubocznym zmian w regulacjach.

– Głównym celem wprowadzania tych narzędzi fiskalnych ma być wyrównanie warunków konkurencji. Obecny stan gry premiuje bezpośredni import drobnych przesyłek spoza UE, wypychając europejskich odpowiedników na margines. Dodatkowe wpływy do budżetu będą efektem wtórnym – ocenia Krzysztof Bocian, starszy analityk think tanku WiseEuropa.

Czytaj więcej

Zamykają sklep za sklepem. Co się dzieje ze słynną marką?

Podobną optykę przedstawia Mateusz Michnik z Forum Obywatelskiego Rozwoju, który przypomina o lobbingu europejskich przedsiębiorców, którzy od lat skarżyli się na chińską konkurencję, mającą wsparcie państwa.

– Za pomocą wprowadzenia nowej opłaty, UE może zwiększyć zasoby własne, a przy okazji zadowolić część gospodarki – wskazuje. 

Znacząca pozycja w budżecie UE

Jak mówią nam eksperci, nietypowy sposób wyliczania podatku – będącego pochodną nie wartości towaru, a liczby kodów towarowych – utrudnia prognozowanie jego skumulowanej wartości dodanej dla kasy państwa. Przyznaje to nawet resort finansów.

„Nie zawsze jedna przesyłka odpowiadała jednemu zgłoszeniu. W związku z tym ewentualne wpływy z cła w wysokości 3 euro za pozycję towarową w przesyłce nie będą wynikiem prostego przemnożenia 3 euro przez liczbę pozycji w zgłoszeniu” – pisze resort w przesłanej „Rzeczspospolitej” odpowiedzi.

Niemniej nawet szacunkowe wyliczenia wskazują, że pieniądze, jakie popłyną do unijnego i polskiego budżetu z tego tytułu, nie są małe.

Komisja Europejska szacuje, że tylko w 2024 r. do Europy trafiało każdego dnia ok. 12 mln paczek o wartości poniżej 150 euro (czyli do tej pory zwolnionych z ceł). Według KE ok. 65 proc. z nich miało umyślnie zaniżoną wartość, tak by przesyłka mieściła się poniżej progu 150 euro i nie podlegała dodatkowym dopłatom.

Jak wylicza ekspert WiseEuropa Krzysztof Bocian, tylko na zaniżaniu wartości paczek, straty budżetu UE mogły wynosić 8,4–42,1 mld euro rocznie w zależności od tego, ile kodów, czyli grup towarowych, było średnio w każdej przesyłce.

Z kolei łączne wpływy roczne do unijnej kasy z tytułu cła na paczki z Chin mogą wynosić szacunkowo 13–39 mld euro, przyjmując, że w każdej znajduje się od jednego do trzech różnych kodów celnych.

„Aby zobrazować skalę i wskazać, czy dla budżetu UE to dużo czy mało, warto zauważyć, że budżet UE na 2026 r. wynosi 192,8 mld euro zobowiązań i 190,1 mld euro płatności. Oznacza to, że dodatkowe wpływy rzędu 13 mld euro stanowią 6,8 proc. strony przychodowej” – zauważa specjalista think tanku WiseEuropa.

Liczba przesyłek spadnie

Bocian dodaje jednak, że po wprowadzeniu opłat wpływy mogą okazać się nieco niższe, niż wskazuje symulacja, bo ze względu na wyższe koszty należy spodziewać się mniejszej liczby przesyłek i zmiany sposobu ich obsługi.

– Coraz więcej azjatyckich dystrybutorów przenosi magazyny do Europy. Paczka wysłana z magazynu w kraju UE do konsumenta w UE już nie będzie objęta tą opłatą, bo jej droga będzie znajdować się w obrębie wspólnego rynku – wskazuje ekspert.

Cło będzie dotyczyło przetransportowania towarów np. z Chin do magazynów w Europie. – Będzie się to odbywać hurtowo, więc spada liczba paczek podlegających opłacie celnej. W praktyce kwoty, jakie wpłyną do budżetu UE, będą zdecydowanie niższe niż przy założeniu „biznesu jak dotychczas” – dodaje Bocian.

Podobny trend przewiduje resort finansów, który wskazuje, że liczba zgłaszanych do obrotu w Polsce towarów „z pewnością” ulegnie zmianie.

Czytaj więcej

Kto polegnie na opłacie 3 euro od przesyłki?

„Nie jesteśmy w stanie przewidzieć możliwych zmian procesów biznesowych i łańcuchów dostaw. Nie wiemy też, czy i jak bardzo unijni konsumenci ograniczą zakupy internetowe na chińskich platformach” – piszą eksperci MF w przygotowanym dla nas komentarzu.

Ponad 11 mld zł z VAT

Spodziewane dochody celne to niejedyny kanał, przez który budżet państwa zarabia na tzw. małym imporcie z dalekich rynków, głównie z Azji. Od lipca 2021 r. – po wdrożeniu tzw. pakietu VAT e-commerce – do kasy państwa wpływają też pieniądze z VAT od przesyłek o wartości do 150 euro. Jak się okazuje, wpływy te okazały się wyższe niż początkowo szacował resort finansów.

Zgodnie z informacjami MF, zawartymi w odpowiedzi resortu na interpelację poselską, tylko w pierwszym okresie obowiązywania VAT – tj. w II półroczu 2021 r. – wpływy przekroczyły pół miliarda złotych.

„Faktyczne wpływy z tytułu VAT w obszarze e-commerce w okresie od 1 lipca 2021 r. do 31 grudnia 2021 r., z procedur One Stop Shop (OSS) i Import One Stop Shop (IOSS) wyniosły 582,7 mln zł i były wyższe od wpływów szacowanych” – komentuje ministerstwo finansów.

Czytaj więcej

Duże zaskoczenie w danych o PMI z polskiego przemysłu. Wskaźnik jak na huśtawce

Na kolejne lata po 2021 r. resort przewidywał przyspieszenie dynamiki wpływów. W resorcie wyliczono, że od 2022 r. do 2030 r. wpływy będą wynosić 1,16 mld zł rocznie. Realizacja takiego scenariusza oznaczałaby dla kasy państwa dodatkowe 11,02 mld zł od lipca 2021 r. do końca 2030 r.

Dominują paczki z Chin

Nowe regulacje dotyczą wszystkich przesyłek nadawanych spoza UE, ale mówi się głównie o „paczkach z Chin”. Dane resortu finansów potwierdzają, że to właśnie Państwo Środka zdecydowanie przeważa w strukturze geograficznej „małego importu”.

Od lipca 2021 r. do Polski napłynęły paczki, których zadeklarowana wartość w zgłoszeniach celnych wyniosła 7,6 mld zł, z czego tych z Chin 5,5 mld zł. Również patrząc na ich liczbę, dominuje jeden kierunek – na 421,2 mln zadeklarowanych pozycji, 269,6 mln dotyczyło chińskich nadawców. „Od lipca 2021 r. wpływy z VAT importowego (…) wyniosły 416,5 mln zł, w tym z zadeklarowanym krajem wysyłki Chiny – 111,0 mln zł” – poinformowało nas Ministerstwo Finansów.

Nakładać narzędzia fiskalne czy nie nakładać?

Analizując skutki nakładania barier handlowych, oprócz bezpośredniego efektu w postaci np. wpływów z cła, warto spojrzeć nieco szerzej na gospodarkę. Eksperci, których pytamy, czy tego typu działania są korzystne z punktu widzenia polskiej gospodarki i konkurencji rynkowej, są w swoich opiniach podzieleni.

Krzysztof Bocian z think tanku WiseEuropa podkreśla, że omawiane narzędzia fiskalne ograniczają przewagę kosztową podmiotów spoza UE. Jednocześnie wskazuje, że cło jest instrumentem protekcjonistycznym. – W ostatnich latach mamy wyraźny zwrot ku protekcjonizmowi. Dla UE w relacjach z Chinami to kolejny krok: najpierw samochody, teraz paczki. W międzyczasie stal, żelazo, aluminium, cement, nawozy, wodór, energia elektryczna – zauważa. – Skoro Chiny masowo subsydiują produkcję, z czego rodzą się ich czempioni, to dlaczego nie mamy się przed tym bronić – mówi Bocian.

Z kolei Mateusz Michnik z Forum Obywatelskiego Rozwoju ocenia, że cła „w większości przypadków” szkodzą gospodarce. – Niektórym producentom zapewne trudno jest konkurować z chińskimi produktami, które mogą się charakteryzować niższą jakością wykonania, kradzieżą własności intelektualnej i niższymi kosztami produkcji. Pytanie, czy w takim przypadku, nie lepiej byłoby, żeby pracownicy i kapitał europejski uczestniczyli w bardziej produktywnych zajęciach? – pyta ekspert FOR.