Trudno jest polskiej marce kosmetycznej zaistnieć w świecie?
Wojciech Inglot: Na pewno nie jest łatwo. Przede wszystkim dlatego, że musimy sobie radzić z bardzo różnymi i specyficznymi regulacjami dotyczącymi rejestracji produktów. Różne są normy w Europie, w USA czy w Azji, a wiele krajów ma jeszcze dodatkowe wymagania. Przed otwarciem pierwszego sklepu w Kuwejcie musieliśmy tam dostarczyć trzy tysiące stron dokumentacji. Całą walizkę papierów.
To w ilu już krajach jest obecna marka Inglot?
W tym momencie w 44 na sześciu kontynentach. Ale to nie koniec. Myślę, że w tym roku dodamy z sześć, siedem kolejnych rynków. A jednak przede wszystkim będziemy otwierać nowe punkty, nowe salony w krajach, gdzie już jesteśmy. To teraz będzie najważniejsze.
Nie prościej byłoby podbijać bliższe rynki, zwłaszcza że na Wschodzie polskie kosmetyki przez lata miały dobrą markę?
Tam też jesteśmy, ale przede wszystkim chcemy zaistnieć na takich rynkach jak USA, Australia czy Azja. To inny rodzaj wyzwania. A my zawsze szliśmy pod prąd.
Faktycznie, już wasz model biznesowy: własna sieć firmowych stoisk i salonów zamiast współpracy z drogeriami i supermarketami, był pójściem pod prąd. Wtedy dość sceptycznie ocenianym przez branżę...
Jednak ten koncept monobrandowego sklepu lub stoiska bardzo dobrze się sprawdził. Podobnie jak nasz unikalny, a dziś trochę kopiowany przez największe koncerny system freedom, w którym klientki mogą komponować własną paletę kosmetyków.
Pod prąd idziecie też z promocją, reklam Inglota nie ma w pismach kobiecych ani w telewizji, nie promują was gwiazdy?
Ale mamy 200-metrowy billboard na Times Square w Nowym Jorku, który konkuruje wielkością z tablicami Coca-Coli i Samsunga. To jedna z naszych najdroższych reklam. Co do gwiazd, to na obecnym etapie jeszcze nie potrzebujemy ich wsparcia. Nie chcę jednak kategorycznie twierdzić, że w przyszłości po nie nie sięgniemy. Na razie jednak naszą markę wzmacnia rozwój firmowej sieci sprzedaży i doskonała jakość naszych kosmetyków. Skoro odnosimy sukcesy na tak trudnych rynkach, to chyba jest to skuteczny sposób.
Wiele polskich firm twierdzi, że przed ekspansją za granicą powstrzymują je wysokie koszty no i brak znajomości rynku. Jak sobie radzi z tym Inglot?
W wielu przypadkach jest to franczyza. Sami otwieramy sklepy najczęściej w krajach anglojęzycznych, gdzie czujemy się najpewniej. Około 75 proc. z prawie 150 naszych sklepów za granicą to salony franczyzowe – pod naszym szyldem, z naszymi testerami i meblami, które sami produkujemy. Dbamy o to, by mieć pełną kontrolę nad tym procesem, począwszy od fabryki, do klienta. To chyba nawet tańszy sposób na ekspansję za granicą niż współpraca z dystrybutorem. A na pewno bardziej sensowny. Owszem, można jednorazowym kontraktem wysłać za granicę kontener kosmetyków, ale chodzi przecież o to, by sprzedaż stale się rozwijała i rosła. Nasza metoda pozwala też skutecznie budować markę, która w bardzo różnych krajach jest coraz lepiej rozpoznawana i szanowana.
Czy koncentrując się na ekspansji za granicą, nie zaniedbujecie trochę rozwoju w kraju?
Nie zaniedbujemy. Co prawda zamykamy niektóre słabsze punkty, ale wchodzimy z salonami do nowych centrów handlowych. Nasza firmowa sieć w kraju, gdzie mamy ok. 170 punktów, nadal jest większa niż ta za granicą.
Nie myślał pan o przyspieszeniu rozwoju przez fuzje albo przejęcia?
Mamy różne warianty strategii i różne scenariusze na różne czasy. Generalnie przejęcia nas nie interesują, ale nie wykluczamy strategicznych sojuszy. Z tym że raczej będą to sojusze niż fuzje.
Miniony rok dla branży kosmetycznej w Polsce był trudny. Jak sobie poradziliście ze słabszą koniunkturą?
Rzeczywiście nie był to łatwy rok, ale my nadrobiliśmy ekspansją za granicą. Mogę powiedzieć, że udało nam się osiągnąć dwucyfrowy wzrost sprzedaży i jesteśmy firmą bez kredytów.
A konkretnie ile wyniosły przychody?
Nie podajemy ich. To przywilej bycia prywatną firmą, że właściciel nie musi ogłaszać jej wyników...
Przed kilkoma dniami został pan pierwszym laureatem nagrody im. Jana Wejcherta w kategorii sukces. Czuje się pan człowiekiem sukcesu?
Wiem oczywiście, że w świetle tej nagrody może to zabrzmieć fałszywie skromnie, ale nigdy nie oceniałem siebie jako człowieka sukcesu. Owszem, robimy fajne rzeczy, mamy z tego dużą frajdę. Zawsze twierdziłem, że to jest osiągnięcie. A sukces dopiero przyjdzie.
Co by nim było?
Firma trzy razy większa niż obecnie, wejście do krajów, w których nas nie ma.
Na przykład jakich?
Moje marzenie to Japonia i Korea. Na razie otwieramy tam furtki. Furtką do Japonii będą w tym roku Hawaje.
—rozmawiała Anita Błaszczak
CV
Wojciech Inglot jest z wykształcenia inżynierem chemikiem. Swój kosmetyczny biznes zaczął od produkcji lakierów do paznokci pod koniec lat 80. XX wieku. Szybko znalazł sposób, by się wyróżnić od konkurencji, która zalała polski rynek po 1989 r. Postawił na jak najszerszą ofertę – największą na świecie kolekcję kosmetyków do makijażu, w której dziś jest ok. 1600 kolorów. Tej strategii nie dało się połączyć z wymaganiami drogerii i supermarketów, więc jego spółka zaczęła rozwijać firmową sieć sprzedaży. A zaraz potem zajęła się ekspansją za granicą – też przez firmowe sklepy – najpierw w Kanadzie, potem USA, a dziś już w 44 krajach. Osiągnięcia Inglota doceniła Polska Rada Biznesu: został on w tym roku pierwszym laureatem jej Nagrody im. Jana Wejcherta w kategorii sukces.