Agresja Rosji na Ukrainę w takiej skali, jaką obserwujemy, nie śniła się chyba żadnemu analitykowi...

Rosnące napięcie w relacjach między Rosją a Ukrainą oraz koncentracja wojsk rosyjskich na granicy obserwowaliśmy już od kilku tygodni. Taki wariant był więc dopuszczany w prognozach rynkowych. Jednak prognozy a ofiary konfliktu, wojna informacyjna, to drugie. To emocje, które nie mają związku z danymi analitycznymi.

Jak napięta sytuacja na rynkach surowcowych wpływa na kondycję spółki?

Ceny metali, które wydobywamy, rosną. Jest to także efekt tego konfliktu. Nie jesteśmy w znaczący sposób uzależnieni od dostaw produktów i surowców ze wschodniego kierunku. Staramy się więc dywersyfikować dostawy z tamtego kierunku, które jeszcze mamy w portfelu zakupowym spółki.

Czy istnieje ryzyko, że w konsekwencji agresji Rosji na Ukrainę spadnie popyt na wydobywane przez KGHM produkty?

Na obecnym etapie, biorąc pod uwagę skalę konfliktu, trudno jest nam ocenić, czy i w jakim stopniu zmniejszy to popyt na nasze surowce. Jeśli konflikt rozprzestrzeniałby się poza tę skalę, którą widzimy obecnie – na co się obecnie nie zanosi – to dla nas najpoważniejszym wyzwaniem byłoby załamanie gospodarki światowej w kontekście potencjalnych konfliktów geopolitycznych. W popycie na metale jednak tego nie widać. Ryzyko – niezależnie od Ukrainy – zawsze istnieje.

Jak wygląda obecnie handel KGHM z klientami z Rosji?

Nasze kontakty gospodarcze z Rosją pośrednio i w niewielkim stopniu związane są ze sprzedażą naszych surowców.

Poprzez naszą spółkę zależną sprzedawaliśmy tam maszyny górnicze, jednak było to tylko kilka sztuk rocznie. Nasze kontakty handlowe są wstrzymane ze względu na agresję Rosji na Ukrainę, ale i brak możliwości rozliczenia się – co jest następstwem sankcji.

Autopromocja
Wyjątkowa okazja

Roczny dostęp do treści rp.pl za pół ceny

KUP TERAZ

Czy w kontekście agresji Rosji pojawi się luka na rynku, którą KGHM będzie mógł wypełnić?

Wpływ Rosji w zakresie naszego głównego produktu, czyli miedzi, nie jest kluczowy. Rosnące ceny tego surowca przekroczyły 10 tys. dol. Jest to związane z niepewnością w zakresie podaży, a popyt jest cały czas na stałym, dobrym poziomie.

To nam sprzyja. Nasz nowy australijski partner w Chile chce realizować i rozwijać miedziowy projekt Sierra Gorda. Nasz projekt Victoria w Kanadzie ma duże perspektywy pod kątem wydobycia nie tylko miedzi, ale przede wszystkim niklu.

Rosja zaś jest jednym z największych producentów tego metalu. Jej izolacja na rynkach oznacza, że wydobycie tego surowca będzie jeszcze bardziej rentowne. W Polsce nadal pracujemy nad możliwością nowych koncesji na wydobycie miedzi m.in. w woj. lubuskim. Stajemy się beneficjentem wyższej ceny.

Surowce to także zbrojenia, a te mają być coraz wyższe. Czy to także może wpłynąć na waszą produkcję?

Miedź to przede wszystkim surowiec potrzebny do produkcji płaszczy amunicji. Nie jest to główna i istotna część produkcji, kluczowa dla armii. Musimy pamiętać, że czerwony metal znajdziemy także w przewodach, instalacjach elektrycznych, elektronice. W przypadku renu produkujemy 10 tys. ton. Wydobywamy także srebro potrzebne w układach scalonych. Popyt na nie rośnie, ale nie będzie to kluczowa branża, której popyt będzie wpływał na nasze wyniki.

W obliczu agresji Rosji na Ukrainę trwa poszukiwanie alternatywy dla surowców energetycznych z tego kraju. Polskie spółki energetyczne już kilka lat temu obrały kierunek dywersyfikacji. Czy KGHM planuje przyspieszyć własne plany odchodzenia od paliw kopalnych?

Nasza strategia w kontekście niezależności energetycznej, którą wcześniej opracowaliśmy, ma związek z unijną polityką klimatyczną. Nie jest tajemnicą, że cena energii jest głównym czynnikiem konkurencyjnym wpływającym na oferowane przez nas ceny, poza kosztami pracy i polityki regulacyjnej. Każdy energochłonny biznes musi o to zadbać.

Agresja Rosji na Ukrainę powinna tylko przyspieszyć te zamierzenia. Obserwujemy także refleksję energetyczną w niektórych krajach UE, jak w Niemczech. Redefinicja polityki energetycznej może uwzględniać wolniejsze tempo odchodzenia od węgla, który jest jeszcze w UE wydobywany, a także powrót do energetyki jądrowej. Widzimy skutki zależności od paliw kopalnych, w tym gazu z jednego kierunku. Wojna w Ukrainie to najlepszy dowód na to, że dywersyfikacja, przede wszystkim dostaw, jest konieczna.

Jak będzie wyglądać dywersyfikacja produkcji energii w KGHM?

Nasze plany opieramy na energetyce jądrowej. Atom od 30 lat – mimo planów – nie pojawił się w polskim pejzażu energetycznym. W innych krajach, które nas otaczają, energetyka jądrowa jest istotnym elementem bezpieczeństwa dostaw i obniżenia emisyjności gospodarki. Jest to obecnie najbardziej opłacalne kosztowo, ekonomicznie, ale – jak widzimy – i geopolitycznie źródło energii.

KGHM planuje oddać do użytku pierwszy mały reaktor modułowy (SMR) pod koniec tej dekady. Czy wojna przełoży się na harmonogram inwestycji?

Nie widzimy zagrożeń, które mogłyby opóźnić realizację tego procesu. Dostrzegamy wręcz możliwości przyspieszenia realizacji tej inwestycji. Zależy to od dostępności technologii w czasie. Jeden z inwestorów w Rumunii, który planuje realizację, wykorzystując tę samą technologię co my, chce rozpocząć produkcję energii już w 2027 r. Jest to zobowiązanie na poziomie umowy między rządami Rumunii i USA.

My planujemy oddanie takiego reaktora dwa, trzy lata później. Nie spodziewamy się problemów technicznych. Długo zaś mogą trwać procedury prawne związane z certyfikacją, lokalizacją i budową. Wojna determinuje możliwość przyspieszenia tego procesu.

Czy KGHM zamierza wyjść z tą technologią także poza zabezpieczenie dostaw pod własne potrzeby?

Technologia SMR jest skalowalna i można razem z innymi podmiotami inwestować w następne 6–12 modułów, w zależności od potrzeb. Takie reaktory modułowe mogą mieć zastosowanie w zastępowaniu bloków węglowych w zależności od potrzeb. Pojawia się pytanie, czy ta potrzeba nie opóźni się w kontekście wojny. Wariantów inwestycji jest jednak wiele, tak aby dostarczać energię także do sieci, dla innych odbiorców.

Czy znamy potencjalne lokalizacje dla SMR?

Jest jeszcze za wcześnie, aby podać lokalizację.

Czy uda się dotrzymać termin realizacji inwestycji w małe reaktory jądrowe? Eksperci mówią, że rok 2029 jest bardzo ambitny...

Pierwszy tożsamy reaktor w tej technologii, który chcemy realizować, ma powstać w 2027 r. w Rumunii. Kolejny w USA powstanie w stanie Idaho. Technologia, w którą inwestujemy, będzie dostępna znacznie szybciej niż BWRX 300, która jest także rozwijana w USA. To trochę tak jak dwie różne konkurencje w ramach jednej dyscypliny sportu. Są inne funkcjonalnie.

Chciałbym jednak podkreślić, że nie ma tu konkurencji w ramach projektów jądrowych. Te technologie, wraz z tzw. dużym atomem, są względem siebie komplementarne. Nasza technologia reaktorów dotyczy mocy 77 MW, inne technologie SMR mówią o mocy kilkukrotnie wyższej niż nasza. Jest ona także jedyną certyfikowaną technologią małych reaktorów jądrowych. Oznacza to, że jest ona bezpieczna, a proces rozwoju został wsparty przez amerykański departament energii kwotą 300 mln dol. Proces budowy w Idaho został zaś zasilony kwotą 1,2 mld dol.

Widzimy więc wsparcie finansowe tego projektu ze strony rządu. Głównym akcjonariuszem w projekcie jest firma Fluor, potentat technologiczny. NuScale, firma posiadająca tę technologię, właśnie wchodzi na amerykańską giełdę. Cieszy się dużym zainteresowaniem inwestorów. Dotrzymanie terminu naszej inwestycji jest więc możliwe i realne. Będzie to jednak zależało od regulacji.

Czy potrzebna jest zmiana prawa, aby przyspieszyć proces certyfikacji takiego reaktora w Polsce?

Prowadzimy w kraju rozmowy. Warto ten dialog prowadzić w zaciszu gabinetów. Mowa o różnych procesach dotyczących prawa atomowego. Moim zdaniem nie ma konieczności stosowania tych samych rygorów technicznych dla małych reaktorów jądrowych, co dla dużego atomu. Są inne możliwości chłodzenia, a moc jest kilkukrotnie mniejsza. Nasz projekt jest certyfikowany w USA. Jednak ten proces musi być powtórzony przez krajowych regulatorów.

Marcin Chludziński

Jest prezesem KGHM od połowy 2018 r. Zasiada też w radzie nadzorczej PZU. W latach 2016–2018 był prezesem Agencji Rozwoju Przemysłu. Kierował też think tankiem gospodarczym Fundacja Republikańska. Absolwent Instytutu Polityki Społecznej na Uniwersytecie Warszawskim. Ukończył studia MBA w Instytucie Nauk Ekonomicznych Polskiej Akademii Nauk.