Inwazja Rosji na Ukrainę – gdyby do niej doszło – mogłaby doprowadzić do przerwania dostaw niektórych surowców do naszego kraju, realizowanych z kierunku wschodniego lub pochodzących z tamtejszych źródeł. Chodzi zwłaszcza o import ropy naftowej, gazu ziemnego i węgla. Dziś niezmiernie trudno przewidzieć dokładnie reperkusje, bo czynników mających na to wpływ jest wiele i w dodatku ich charakter zmienia się w czasie.

Ceny mogą wzrosnąć

– Gdyby z jakiegoś powodu doszło do przerwania dostaw ropy i gazu do Polski z kierunku wschodniego, to przez co najmniej trzy miesiące jesteśmy w stanie sobie z tym poradzić, gdyż posiadamy odpowiednie zapasy obowiązkowe ropy i gazu, własne wydobycie gazu i alternatywne źródła dostaw. Później konieczne byłoby uzupełnienie importu z alternatywnych źródeł – mówi prof. Robert Zajdler, ekspert w obszarze energetyki Instytutu Sobieskiego.

Zajdler dodaje, że w długim terminie pojawiłyby się problemy, ale nie tyle z dostawami, co z koniecznością płacenia – do czasu ustabilizowania się sytuacji politycznej – wyższych cen, zarówno za ropę, jak i gaz.

Czytaj więcej

Atak na Ukrainę osłabi wiele polskich firm

– Nienawidzę takich dywagacji, ale skoro trzeba, to uważam, że w pierwszych dwóch dniach od wystąpienia ewentualnego konfliktu zbrojnego pomiędzy Rosją i Ukrainą na polskim rynku ropy, gazu i paliw nie powinny być odczuwane istotne reperkusje tego zdarzenia. W kolejnych dniach może być już znacznie gorzej, ale to przede wszystkim zależy od skali ewentualnej wojny i sankcji nakładanych na Rosję – mówi Andrzej Sikora, prezes Instytutu Studiów Energetycznych. Jego zdaniem w skrajnym przypadku należy liczyć się z ogromnymi wzrostem cen surowców i z problemami z dostawami. Ale to będzie dotyczyć całego świata, a nie tylko Polski czy naszego regionu.

Inaczej sytuacja wyglądałaby, gdyby konflikt nie przerodził się w otwartą wojnę, a jedynie w lokalne, przygraniczne lub krótkotrwałe starcia. – W zakresie dostaw ropy i produkcji paliw Polska w zasadzie jest bezpieczna. Zdecydowanie gorzej sytuacja wygląda z gazem, gdyż tu proces dywersyfikacji potrwa jeszcze co najmniej rok, a dziś mocno jesteśmy uzależnieni od importu ze Wschodu – zauważa Sikora. W jego ocenie ewentualna polska pomoc dla Ukrainy z dostawami ropy, gazu i paliw byłaby mocno ograniczona, gdyż infrastruktura, która mogłaby temu służyć, jest dalece niewystarczająca.

Z ostatnich danych wynika, że polskie rafinerie około 70 proc. surowca pozyskują z Rosji. To dużo, ale z drugiej strony trzeba pamiętać, że alternatywne kierunki importu ropy poważnie były testowane m.in. wiosną 2019 r., kiedy na kilka tygodni został wstrzymany przesył ropy rurociągiem „Przyjaźń" (dostarcza ropę ze złóż rosyjskich do Polski i Niemiec), gdy pojawił się w nim surowiec zanieczyszczony chlorkami. W tym czasie z powodzeniem importowano surowiec poprzez gdański Naftoport nie tylko do polskich rafinerii, ale i niemieckich.

Czytaj więcej

Nasz rynek pracy gotowy na napływ Ukraińców
Autopromocja
Wyjątkowa okazja

Roczny dostęp do treści rp.pl za pół ceny

KUP TERAZ

Z kolei zakupy gazu dokonywane przez Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo w Gazpromie na podstawie kontaktu jamalskiego wynoszą około 10 mld m sześc. rocznie, co stanowi obecnie około połowy naszego zaopatrzenia. Ich zastąpienie, do czasu zakończenia budowy nowych gazociągów, zwłaszcza Baltic Pipe (połączenie z norweskimi złożami), zapewne byłoby istotnym problemem.

Mariusz Marszałkowski, ekspert branżowego portalu BiznesAlert.pl, przypomina, że zgodnie z przepisami Polska musi utrzymywać takie zapasy gazu, aby być w stanie funkcjonować bez jego dostaw przez 30 dni. – W okresie zimowym zużycie gazu w Polsce waha się od 70 mln do 100 mln m sześc. na dobę, natomiast magazyny gazu w Polsce mają zdolność przechowania 3,2 mld m sześc. błękitnego paliwa – zauważa. Z najnowszych danych wynika, że polskie magazyny są wypełnione w 74 proc.

Większy import

Nieco inna jest sytuacja z węglem. W ostatnich latach, w porównaniu z 2000 r., jego import zwiększył się nawet o 1200 proc. – Choć w latach 2020–2021 jest trochę mniejszy, trend jest jednoznacznie wzrostowy. Po dwóch dekadach pozycja Rosji [na tym rynku – red.] wzmocniła się, mimo że Polska zaczęła kupować węgiel z innych krajów – mówi Joanna Maćkowiak-Pandera, prezes Forum Energii.

Mimo to ewentualne zawieszenie dostaw węgla do Polski z kierunku rosyjskiego nie powinno stanowić problemu dla krajowego systemu energetycznego. Elektrownie obecnie mają podpisane długoterminowe umowy na dostawy węgla z polskimi kopalniami. Jednostki węglowe, które zaopatrują się w węgiel z importu – głównie z Rosji – są ulokowane na północy kraju. To elektrociepłownie i ciepłownie. Sankcje bądź odcięcie dostaw stanowiłyby duże wyzwanie dla mniejszych instalacji miejskich i powiatowych. W tym segmencie około połowa węgla pochodzi z zagranicy. 75 proc. przywożonego do Polski węgla pochodzi z Rosji.

W przypadku energii elektrycznej jedynym wschodnim kierunkiem importu jest Ukraina, ale obecnie nie ma kluczowego znaczenia w zaopatrzeniu naszego kraju w prąd. W 2021 r. import energii z Ukrainy wynosił 812 GWh, a w roku poprzednim – 1,5 TWh. To niewielkie ilości. Mniej od Ukrainy importowaliśmy tylko ze Słowacji.

Zdaniem Mariusza Marszałkowskiego przy problemach związanych z sytuacją militarną w tym regionie i agresywną polityką Rosji trzeba zastanowić się, czy ten kierunek importu jest właściwy i perspektywiczny. – Polska nie może także podzielić się prądem z Ukrainą, bo brakuje potrzebnej do tego infrastruktury przesyłowej, a sama jest nadal importem energii netto – kwituje Marszałkowski.

Czytaj więcej

Jak kosztowna byłaby dla Polski wojna Rosji z Ukrainą