Dyrektywa otwierająca wart ponad 40 mld euro rocznie unijny rynek sprzętu wojskowego wejdzie w życie latem 2011 r., ale Bumar i związkowcy z branży obronnej już chcą przekonać rząd do budowania tamy przeciw zachodniej konkurencji.
Polskie firmy są słabsze od francuskich czy niemieckich producentów broni, wciąż potrzebują czasu na dokończenie restrukturyzacji. Zachód wyprzedza nas technologicznie i kapitałowo, stać go na obniżanie cen – wylicza Stanisław Głowacki, szef „Solidarności" w zbrojeniówce. I dodaje: – Od dawna bezskutecznie przypominamy władzy, że w strategicznej dziedzinie związanej z bezpieczeństwem kraju rodzime spółki potrzebują osłony. Bogatsi i przezorniejsi zachodni sojusznicy już dawno pomyśleli o korzystnych rozwiązaniach w ich własnych krajach. Żaden zagraniczny dostawca łatwo nie zdobędzie wojskowego kontraktu w Anglii czy Holandii.
Resort obrony przekonuje, że Polska nie powinna się wyłamywać ze wspólnotowych zasad współdziałania na rynku obronnym, bo poszerzają one także dostęp rodzimych firm do zagranicznych zamówień. A w przyszłości swobodne konkurowanie producentów mogłoby się przyczynić do obniżenia kosztów wyposażania armii i łatwiejszej wymiany nowych technologii.
Zbrojeniówka nie kryje jednak obaw i żąda pomocy. – W tym tygodniu po raz kolejny w Komisji Trójstronnej zapytamy o plan działania rządu, który broniłby interesów rodzimych przedsiębiorców. Jeśli ministrom nie starczy wyobraźni, będziemy protestować – ostrzega Głowacki.
– Blokowanie rynkowej konfrontacji z europejskimi producentami na dłuższą metę nie ma sensu, ale w przejściowym okresie zbrojeniówka potrzebuje wsparcia – mówi Sławomir Kułakowski, prezes Polskiej Izby Producentów na rzecz Obronności Kraju. – Ze względów strategicznych musimy sami rozwijać kluczowe rodzaje uzbrojenia.