fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Warszawa

Porywająca huśtawka nastrojów The Cure

Rzeczpospolita
Zespół Roberta Smitha na Torwarze. Dawno już warszawska hala nie była podczas koncertu wypełniona do ostatniego miejsca. Tym razem się to udało. Trwający trzy godziny i piętnaście minut występ Brytyjczyków mógł zadowolić każdego fana. Dziś drugi show w Katowicach
Najpierw przez długie kwadranse zamiast muzyki na rozgrzewkę publiczność musiała słuchać ponurych dźwięków przypominających popiskiwanie szczurów. Można było się poczuć jak na śmietniku. Ale czegóż innego mogły oczekiwać punkowe i postpunkowe dzieci-śmieci? Reszcie już pierwsze leniwe takty “Plainsong” wynagrodziły przygnębiające chwile oczekiwania. Zza pleców muzyków popłynęły na widownię miriady gwiazd i rozpoczął się wieczorny seans marzeń i koszmarów Roberta Smitha.
Fani przeżywali je kiedyś wraz z premierą każdej nowej płyty zespołu. Teraz dojrzali, a na pewno bardziej zrównoważeni, podobnie jak Smith przypominali sobie piosenki o lękach młodości, których The Cure był najdoskonalszym wyrazicielem.
Młodsza część widowni pokazała, że jest nim nadal. To głównie oni założyli czarne kostiumy, podarte pończochy przypominające pajęczynę i glany. Pamiętali o ponurych makijażach i natapirowanych fryzurach, jakie zawsze wyróżniały słuchaczy The Cure.
Część nie miała kostiumu buntowników, ale przygotowała cyfrowe aparaty i robiła zdjęcia Smithowi oraz jego kolegom, bo oni pozostali sobą mimo upływu lat. Lider przytył, ale jego mocny głos zachował znaną od trzech dekad charakterystyczną melancholijną słodycz i nutę młodzieńczej rozpaczy niewolnej od gniewu, ale na pewno pozbawionej agresji. “Lovesong”, dzięki szybszemu rytmowi perkusji i charakterystycznej nowofalowej linii basu, zmieniło gwałtownie klimat koncertu. To najbardziej optymistyczna kompozycja Smitha dedykowana żonie z okazji ślubu. “Pictures of You” miało wręcz ożywczą siłę wiosny. Śpiew lidera stał się rześki, optymistyczny, pogodny, a na widowni pojawiły się choinkowe sztuczne ognie.
Jak zwykle, ożywczo podziałała na fanów wisielcza wesołość “Lullaby” – kołysanki z pająkiem w roli głównej. Smith powoli wznosił głos w wyższe rejestry, stopniował napięcie ofiary, która zgodnie z logiką koszmaru chce uciec przed śmiercią, ale sparaliżowana, nie może.
Grupa występuje teraz bez instrumentów klawiszowych, dlatego lider uspokajające akordy syntezatora zastąpił solówką na gitarze. Brzmiała jak rosyjska bałałajka. A wraz z nią rozpoczął się powrót do smutnych, depresyjnych nastrojów. Zimne brzmienia akustycznego instrumentu Smitha, dołujące partie basu i dudniąca głucho perkusja, której rytm zlewał się z oklaskami widowni.
Tym razem sceniczna depresja The Cure nie trwała długo. Nastroje smutku i radości zmieniały się coraz szybciej. Bo Robert Smith, choć rzadko decyduje się na spotkania z fanami, kiedy już wychodzi na scenę, daje z siebie wszystko i gra to, co w dorobku zespołu najlepsze. To już nie była huśtawka, lecz rollercoaster emocji. Ilustrowały go gigantyczne czarno-białe fotosy najbardziej brutalnych światowych konfliktów i rzezi. W Warszawie, tym razem, na szczęście wszyscy przeżyli.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA