fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Politycy zajmują się sobą

Paweł Reszka i Michał Majewski
Fotorzepa, Rob Robert Gardziński
Platforma pogubiła dawne liberalne ideały i zmieniła się w partię władzy. To frustruje posłów PO, którzy uważają, że ich formacja powstała, by zmieniać Polskę, a nie po to, żeby za wszelką cenę trzymać się kierownicy – piszą publicyści „Rzeczpospolitej"
Wydawałoby się, że dzieje się coś ważnego – w Grecji demonstracje, w Brukseli wielkie narady na temat ratowania strefy euro. W powyborczym Sejmie jest inaczej. Partie dokonują wewnętrznych rozrachunków, a najczęściej zadawane pytania dotyczą: przyszłości Grzegorza Schetyny, możliwości rozłamu w PiS, posady dla Ewy Kierzkowskiej oraz postępku posła Kopycińskiego, który właśnie zmienił barwy klubowe.

Pogubione ideały

Platforma przez cztery lata unikała trudnych decyzji. Winę za to, że nie można podjąć reform, zrzucano na Lecha Kaczyńskiego, który miał być hamulcowym dla gabinetu Tuska. Potem wielkie projekty zarzucono, bo mieliśmy kampanię prezydencką. Następną wymówką była polska prezydencja w UE, która miękko przeszła w kampanię do parlamentu. Tymczasem zadłużenie państwa rosło, nie rozwiązano sprawy KRUS, zwlekano z reformą emerytur mundurowych, nie podjęto decyzji o tym, by podwyższyć wiek emerytalny, nie likwidowano przywilejów socjalnych i ulg podatkowych.
Rząd, by łatać dziury, sięgał do Funduszu Rezerwy Demograficznej i po część składek odprowadzanych do OFE. Nie uproszczono podatków i przepisów hamujących rozwój – np. prawa budowlanego. Przy okazji Platforma pogubiła dawne liberalne ideały – takie jak podatek liniowy czy odchudzenie administracji – i zmieniła się w klasyczną partię władzy. To spowodowało frustrację w samej partii. Wielu posłów powtarzało nam, że ich formacja powstała, by zmieniać Polskę, a nie po to, żeby za wszelką cenę trzymać się kierownicy. Tusk przedstawił im kontrofertę, czyli politykę "ciepłej wody w kranie". Wyborców – jego zdaniem – nie interesuje deficyt, zadłużenie i inne wskaźniki ekonomiczne. Interesuje ich, by spokojnie żyć. Platforma więc dostarczy "ciepłą wodę", a o inne sprawy obywatele mają się nie martwić. Filozofia Tuska opakowana w dobry PR przyniosła mu sukces. Premier praktycznie jednoosobowo wygrał dla partii wybory.

Co Donek zrobił z Grzesiem

Polityka jest banalna – ważne są idee, ale dużo ważniejsze sprawy przyziemne. Po pierwsze, czy zdobędę mandat. Miejsce w Sejmie to utrzymanie na kilka najbliższych lat. Dotacje na biuro – czyli możliwość zatrudnienia współpracowników. Poza tym pieniądze dla partii, która dostaje dotację z budżetu – czyli środki na ekspertyzy, badania, ulotki, gadżety. Po drugie, czy będziemy u władzy. Jeśli tak, to do obsadzenia będą nie tylko stołki ministrów, których jest kilkanaście, ale i gabinety polityczne w resortach, urzędy w terenie, agencje, stanowiska prezesów spółek Skarbu Państwa, rady nadzorcze. Każdy etat wzmacnia partię, przysparza jej zwolenników. Tusk, wygrywając wybory, zapewnił to wszystko Platformie i Platforma musi go za to kochać. Miłość partii premier postanowił wykorzystać do wzmocnienia siebie – czyli przystąpił do "mordowania" wewnętrznej opozycji. Na celownik wziął Grzegorza Schetynę. Powodów było kilka. Po pierwsze, Schetyna był krnąbrnym marszałkiem Sejmu. To znaczy nie wykonywał karnie poleceń, którą ustawę pchnąć ekspresem, a którą wsadzić do zamrażarki. Po drugie, co jakiś czas przypominał, że to rząd rządzi i oczekuje się, iż w końcu zajmie się pakietem obiecanych reform. Po trzecie, Schetyna prowadził swoją politykę – jego gabinet zmienił się w klub wpływowych ludzi PO, którzy kontestowali pozycję premiera. Dziś partia nie myśli, jak przebrnąć przez kolejne cztery lata, jak zmierzyć się z kryzysem, tylko o tym, co "Donek zrobi z Grzesiem i czy Grześ się jeszcze podniesie". W Sejmie zapanuje porządek – bo marszałkiem ma zostać Ewa Kopacz, minister zdrowia, która Tuska broni i uważa, że premier to bezdyskusyjnie mąż stanu. Posłów PO dręczy jeszcze pytanie, czy osłabiony Schetyna umieści swoich ludzi na dobrych stanowiskach w komisjach sejmowych i czy frakcja Cezarego Grabarczyka – najgorzej ocenianego ministra w rządzie Tuska – już umarła, czy nadal tli się w niej iskierka życia. Coś jeszcze? Raczej nic więcej dziś Platformy nie zajmuje.

Polowanie na Jarosława

Teoretycznie PiS ma niepowtarzalną okazję, by bezlitośnie krytykować ekipę Tuska: za rosnący dług, za kluczenie w sprawie budowania nowego rządu, za wojenkę między premierem a Schetyną. Tyle że PiS nie ma czasu na recenzowanie władzy, bo jest zajęte sobą. Naturalnie nie swoim programem czy propozycjami zmian w kraju. W PiS na tapecie są następujące tematy: czy Jarosław Kaczyński wyrzuci Zbigniewa Ziobrę, czy Ziobro zorganizuje rewolucję przeciw prezesowi, czy z partii wyleci Tadeusz Cymański. Kluczowe dla PiS są także inne kwestie. Czy za wyborczą porażkę odpowiada: a) Tomasz Sakiewicz (bo "Gazeta Polska Codziennie" straszyła umiarkowanych wyborców), b) ziobryści (gdyż wspierali jedynie wybranych kandydatów), c) sztab wyborczy (bo kampania była zbyt słaba), d) Jarosław Kaczyński (ponieważ w końcówce kampanii urwał się sztabowi i zaatakował kanclerz Merkel). Zapowiada się, że rozliczenia będą trwały tygodniami. Jedno jest pewne: Tusk może spać spokojnie, mając taką opozycję.

PSL myśli o Ewie

PSL też żyje poważnymi, ale swoimi sprawami. Do najpoważniejszych należy znalezienie miejsca dla Jolanty Fedak i Ewy Kierzkowskiej. Pani minister pracy oraz wicemarszałek Sejmu nie dostały się do parlamentu. Ludowcy po rycersku szukają dla nich godnych posad w administracji. Te zabiegi akurat nie powinny dziwić. W końcu do wyborów PSL szło z hasłem "Człowiek jest najważniejszy". Kryzys, reformy są oczywiście ważne, ale na razie są sprawy ważniejsze. Choćby pozycja ludzi PSL w nowym rozdaniu koalicyjnym. Ludowcy są mistrzami tego typu zakulisowej gry. Tuż po wyborach zgłaszali oczekiwania ponad miarę. Zgodnie ze sztuką negocjacji, "żeby było z czego schodzić". Muszą się teraz wykazać olimpijską formą – wynik w wyborach mają marny (niewiele ponad 8 procent), a chcieliby zachować swoje wpływy we władzy. Wyzwanie dla partii Pawlaka tym większe, że Donald Tusk wcale nie jest skazany na ludowców. W odwodzie czekają partia Palikota i SLD, które mogą wesprzeć Tuska w rządzeniu, gdyby Pawlak przeszarżował z żądaniami personalnymi.

Janusz chce ściągnąć krzyż

Może nowa siła, Ruch Palikota, daje inną jakość? W końcu w programie jej członkowie napisali, że "mają dość teatru politycznego", a "gospodarka jest najważniejsza". Palikot zaczął od transferu posła Sławomira Kopycińskiego, który do Sejmu dostał się z listy SLD. Kopyciński dziesięć dni przed wyborami określał Palikota jako wysłannika Tuska, który na dodatek nie ma nic wspólnego z lewicowym myśleniem. Nie minął miesiąc i Kopyciński ogłosił, że idzie do Ruchu Palikota, bo tam właśnie jest miejsce ludzi lewicy. Palikot nazwał Kopycińskiego człowiekiem ideowym. Oczywiście także inne działania Ruchu nie mają nic wspólnego z "politycznym teatrem". Jak choćby zapowiedź walki o ściągnięcie krzyża ze ściany w sali posiedzeń Sejmu. Na pierwszy front tej batalii Palikot rzucił Romana Kotlińskiego. Pewnie chodziło o jego merytoryczne przygotowanie. Kotliński to były ksiądz i wydawca antyklerykalnego pisma "Fakty i Mity". Awantura o krzyż dobrze sprzedała się w mediach. Na razie pozostaje jednym z najważniejszych wydarzeń po wyborach.

Rysiek się obraził

SLD obudził się po wyborach w ciężkim stanie. Wybory przegrane, 27 posłów (po dezercji Kopycińskiego tylko 26), siedziba partii sprzedana, pieniędzy brak. Sojuszowi po kampanii została gruba książka z programem, której nikt nie przeczytał. A także Grzegorz Napieralski, który zapowiedział, że rezygnuje ze wszystkich funkcji. W partii zaczęła się krwawa walka. Na stanowisko szefa klubu wystartowali Ryszard Kalisz – prawnik, celebryta, oraz Leszek Miller – były premier, który przyznaje się do poglądów liberalnych. Kalisz, popierany przez Aleksandra Kwaśniewskiego, obdzwonił kogo trzeba w klubie i był pewien, że zwycięży. Miller zrobił dokładnie to co Kalisz, tyle że później, i to on był ostatnim rozmówcą kuszonych posłów. Jednym z najważniejszych interlokutorów był Napieralski. Miller musiał mu obiecać, że nie będzie polowania na czarownice, czyli dogłębnego rozliczania za klęskę. Napieralski uwierzył, poparł i Miller wygrał. Kalisz się obraził, ale został uproszony i zgodził się być zastępcą Millera w klubie. Co nie oznacza, że Sojusz skończył zabawę w wewnętrzne rozliczenia. Gwałtownie poszukiwany jest kandydat na szefa – padł pomysł zorganizowania wyborów, w którym głos mogliby zabrać wszyscy członkowie i sympatycy partii. Oczywiście to nie zakończy fermentu. Kongres partii planowany na przełom roku będzie okazją do rozliczeń. Padną pytania o 8-procentowy wynik, o koszty finansowe klęski i o to, co się stało z pieniędzmi, które ludzie Napieralskiego zainkasowali za sprzedaż ogromnego budynku w centrum Warszawy. Na pytanie zasadnicze, czyli co dalej z partią, Sojusz, być może, odpowie za kilka miesięcy – gdy minie kac i zakończy się wojna domowa.

A dług rośnie

Jak widać, politycy ze wszystkich obozów są bardzo sobą zajęci. Od czasu do czasu powiedzą, że trzeba powalczyć o wiarygodność, o to, by ludzie nie odwracali się od polityki. Kiedy  28 września 2010 roku Leszek Balcerowicz uruchamiał zegar długu publicznego, każdy z nas był zadłużony na  19 tysięcy złotych. Minął rok z okładem i dług przeciętnego obywatela zwiększył się o 2 tysiące złotych. Dług całego państwa o prawie 100 miliardów.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA