fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kraj

Katarzyna Hall: Ks. Jankowski jest dla mnie jak rodzina

Rzeczpospolita, Rob Robert Gardziński
Nie widzę zagrożeń związanych z wliczaniem oceny z religii do średniej – mówi „Rzeczpospolitej”
RZ: Czy jako wiceprezydent Gdańska do spraw społecznych i edukacji zrobiła pani wszystko, by nie doszło do samobójstwa Ani dręczonej przez kolegów z klasy?
Katarzyna Hall: Wiceprezydentem stałam się niedługo przed tym tragicznym wydarzeniem. Zanim ono nastąpiło, planowaliśmy warsztaty dla dyrektorów szkół. Miały im pomóc, w postępowaniu w sytuacjach kryzysowych. Od początku pracy na stanowisku wiceprezydenta miałam świadomość, że taka pomoc szkołom jest potrzebna. Tak się stało, że warsztaty odbyły się już po tym tragicznym zdarzeniu.
Ksiądz Jankowski jest dla mnie trochę jak rodzina. Cenię go jako osobę umiejącą pomóc
Pytam o pani poczucie spełnionego obowiązku.
Mam poczucie, że pracowałam tak, aby każdy z trudnych przypadków był w centrum uwagi szkoły i placówek psychologicznych. Pracowałam nad stworzeniem systemu działań: jeśli szkoła ma problem z uczniem, którego zachowanie wykracza poza standard, to powinni się tym zająć specjaliści, którzy ją wspierają. Miejmy jednak świadomość, że z przyczyn politycznych został nagłośniony jeden tragiczny przypadek samobójstwa uczennicy. Trzeba sięgnąć do statystyk, takich samobójstw nastolatków było więcej. Każde z nich było ciosem dla rodziny, rówieśników. Każde wymagało wyciągnięcia wniosków.
Ma pani świadomość politycznej odpowiedzialności, jaka spoczywa na ministrze edukacji, gdy dochodzi do takiej tragedii?
W mojej ocenie odpowiedzialność za bezpieczeństwo uczniów, za klimat szkoły biorą nauczyciele, bo to oni są z uczniami każdego dnia. Jestem pewna, że zachowałabym się skrajnie odmiennie od poprzednika, którego miałam okazję obserwować w działaniu w Gdańsku [Roman Giertych w Gimnazjum nr 2 ogłosił program „Zero tolerancji” – red.].
Jak?
Ministerstwo musi stwarzać warunki, by działały procedury wsparcia szkoły w trudnych momentach. Minister nie jest od tego, żeby pojawiać się w szkole i mówić, czy Jaś może chodzić z Krzysiem do klasy. Chcę obdarzać nauczycieli zaufaniem.
Dlaczego wobec tego chce pani kontynuować politykę Romana Giertycha?
Zamiast programu „Zero tolerancji” chcemy szkoły bezpiecznej i przyjaznej.
Od objęcia resortu zapowiada pani, że nie będzie w oświacie żadnych zmian. A to oznacza, że będzie funkcjonowało prawo ustanowione przez Giertycha i program „Zero tolerancji dla przemocy w szkole”.
Chcę spokojnej pracy – bez istotnych zmian w trakcie roku szkolnego, której jednak towarzyszyć będzie dyskusja, czy i co warto zmienić w kolejnych latach. Program „Zero tolerancji” ma raczej charakter deklaracji. Poza włożeniem mundurków nic się w szkołach istotnie nie zmieniło. Zachowa pani mundurki?
Szkoły już ogłosiły, że obowiązują w tym roku szkolnym. Są placówki, które przyjęły mundurki z zadowoleniem. Po pół roku może się okazać, że to był dobry pomysł, tylko może zbyt nerwowo wprowadzany.
Ale Platforma nie chciała obowiązkowych mundurków.
W mojej ocenie nie zmienia się reguł w trakcie gry. Dajmy szkołom możliwość zgodnego z prawem, ale swobodnego interpretowania przepisu. Można napisać w regulaminie, jak ma wyglądać strój szkolny, który zawiera mało elementów unifikacji.
A pani podobają się uczniowie w mundurkach?
Zależy w jakich. Jak są ładne i szkoła się z nich cieszy, to bardzo. Takim moim ulubionym przykładem szkoły umundurowanej od wielu lat jest Zespół Szkół Morskich. Mają piękne marynarskie kołnierze. Nawet panie nauczycielki w nich chodzą. Cała szkoła jest dumna z tych strojów.
Czy poza mundurkami coś z programu „Zero tolerancji dla przemocy w szkole” jest, według pani, godne podjęcia?
Chcę dużo czasu poświęcić na konsultacje ze środowiskami związanymi z oświatą na temat, które z tych pomysłów się sprawdzają, a które nie.
Jakie jest miejsce religii w szkole?
Zgodne z obowiązującym prawem.
Czy zniesie pani rozporządzenie Giertycha o wliczaniu oceny z religii do średniej?
Mamy taki stan prawny. Problemem był styl wprowadzenia wliczania oceny do średniej, a nie to, czym to grozi. Ja nie widzę związanych z tym istotnych zagrożeń.
A co z maturą? Czy nie będzie prezentacji maturalnych na egzaminach ustnych, jak zapowiedział minister Legutko?
Trzeba przeanalizować to, co przygotowano. Na pewno w tym roku nic się nie zmieni. Natomiast później zmian nie wykluczam. Chcemy obniżyć wiek szkolny. Odbyć dyskusję nad podstawami programowymi, czyli tym, czego obowiązkowo trzeba uczyć. Musimy się też przyjrzeć całej koncepcji nauczania ponadgimnazjalnego. Jeśli więc cała szkoła będzie zorganizowana inaczej, to zmienią się też wymagania egzaminacyjne.
Jak zmieni się sprawdzian po podstawówce, by dzieci otrzymywały „diagnozę swoich uzdolnień i możliwości”, którą zapowiedział premier Tusk w exposé?
Chcemy, by gimnazja dawały szansę na rozwój zdolności. Wiedza psychologiczno-pedagogiczna mówi, że zdolności kształtują się do ok. dziesiątego roku życia. W pewnym sensie na podstawie wyniku sprawdzianu po podstawówce, który już jest, można je dostrzec. Tylko pytanie, czy ktoś to analizuje pod tym kątem. Szkoły dostają suchą tabelkę z wynikami punktowymi. Być może można ten sprawdzian przygotowywać tak, żeby gimnazjum otrzymywało opisowy wynik egzaminu. Wtedy łatwiej byłoby myśleć o tym, jak zgrupować dzieci zainteresowane warsztatami teatralnymi, a jak te, które potrzebują douczania z matematyki.
Donald Tusk mówił też, że gimnazja „zamiast przechowalnią dzieci w trudnym wieku” powinny „stać się miejscem rozwijania i pogłębiania zainteresowań”.
Dla mnie ta zmiana jest szczególnie ważna ze względu na doświadczenie z Gimnazjum nr 2. Gdzie na kłopoty wychowawcze jedyną receptą ówczesnego ministra było monitorować, dyscyplinować i odprowadzać uczniów w kajdankach. Mnie się marzy, by dzieci miały szansę na realizowanie się w swoich pasjach. Chcemy indywidualnie podejść do dziecka, pomóc odkryć talenty.
Myśli pani o sprofilowaniu gimnazjów?
W gimnazjum kanon wiadomości ogólnych z każdego przedmiotu musi być realizowany. Oprócz tego każdy uczeń miałby obowiązkowy moduł zajęć rozwijających zainteresowania. W liceum można by już realizować tylko wybrane ścieżki.
Donald Tusk zachęca Polaków do powrotu do kraju. Jest problem, bo rodzice wracają z zagranicy z dziećmi, które nie odnajdują się w polskiej szkole. Co pani zrobi, by im pomóc?
To bardzo ważne zagadnienie. Trzeba myśleć zarówno o organizacji edukacji polskich dzieci przebywających za granicą, tych, które po kilku latach pobytu w innym systemie edukacji tu wracają, ale także być otwartym na dzieci obywateli innych państw przebywających w Polsce. Nasz system edukacji musi być coraz bardziej otwarty na świat. Potrzebne są tu rozwiązania systemowe pomagające dzieciom migrujących po świecie rodzin.
Bon edukacyjny ma zbliżyć funkcjonowanie publicznych szkół do niepublicznych, skoro to rodzice będą decydować, której szkole płacą za naukę?
W pewnym sensie można tak powiedzieć. Oświata niepubliczna ma trwałe miejsce w naszym systemie. Być może niektóre szkoły publiczne będą chciały zmienić swój status na niepubliczne. Choć znam też przypadki odwrotne. Z moich doświadczeń wynika, że jednak buty oświaty publicznej są mniej wygodne od niepublicznej. Szkoły niepubliczne mają więcej swobody.
Jak duży wpływ na podejmowane przez panią w ministerstwie decyzje będzie miał mąż Aleksander Hall, konserwatywny polityk i publicysta?
Zanim poznałam męża, zdążyłam zostać jednym z liderów środowiska oświaty niepublicznej na Wybrzeżu, założyłam pierwszą i myślę, że jedną z najlepszych niepublicznych szkół średnich w Gdańsku – Gdańskie Liceum Autonomiczne. Parę lat nią zarządzałam i dopiero poznałam męża. Zaczęłam identyfikować się z jego poglądami, pomagać mu politycznie.
Nie będzie się pani radziła męża?
Myślę, że znam się trochę lepiej na oświacie niż mój mąż. Natomiast w sprawach polityki zagranicznej na pewno bym się go radziła.
Czy nie uważa pani, że pani karierze zawodowej na pewnym etapie życia pomogło wsparcie ks. prałata Henryka Jankowskiego?
Bezsprzeczne są jego zasługi przy powoływaniu zakładanej przeze mnie szkoły. Ks. Jankowskiego poznałam wiosną 1989 roku. Przyszłyśmy do niego z koleżanką jako przedstawicielki grupy osób zainteresowanych stworzeniem liceum i założeniem fundacji, która będzie je prowadziła. Szukały ludzi, którzy będą się z tą ideą identyfikować. W ten sposób trafiłam do ks. Jankowskiego. Uznał, że warto nam pomóc. Myślę, że to, iż był jednym z członków założycieli Gdańskiej Fundacji Oświatowej, pomogło. Bo trudno było zarejestrować szkołę. Pierwszy raz po korytarzach tego ministerstwa chodziłam właśnie wiosną 1989 roku z dokumentami. Ks. Jankowski pomagał przez swoje kontakty. Przyjechał spotkać się z ówczesnym ministrem Fisiakiem – było to przed powołaniem rządu Mazowieckiego. Poprosił, by usprawnić rejestrację szkoły. Później pomógł znaleźć budynek dla liceum.
Darzy pani ks. prałata Jankowskiego szacunkiem?
Tak. Ks. Jankowski jest dla mnie trochę jak rodzina. Mam świadomość jego różnych wad, znanych i szeroko opisywanych. Ale nawet jak nasi rodzice robią coś, co niekoniecznie jest powodem do chwały, i chcielibyśmy, by lepiej wypadli czy coś inaczej powiedzieli, to nadal są dla nas bliskimi ludźmi. Chcę podkreślić, że cenię ks. Jankowskiego jako człowieka wrażliwego, umiejącego pomóc w trudnych sytuacjach. Przykład: uczniowi w klasie maturalnej umiera ojciec, jedyny żywiciel rodziny. Ksiądz natychmiast znajduje sponsorów, którzy fundują stypendium. Gdy w pożarze w hali Stoczni Gdańskiej ucierpiało wielu uczniów, wtedy też ksiądz zaangażował się w pomoc w ich leczeniu. Pomógł także mnie, kiedy byłam w trudnej sytuacji. W początkach działania szkoły kolejno umierały mi najbliższe osoby. Moja matka, mąż. To duży cios. Zarządzałam szkołą. Miałam 1,5-roczne najmłodsze dziecko. Ks. Jankowski umiał mnie wesprzeć w takich zwykłych, ale trudnych bytowych sprawach.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA