fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Tuskowi żal kandelabrów

Piotr Skwieciński
Fotorzepa, Raf Rafał Guz
Premiera ewidentnie niepokoi perspektywa politycznego wzmocnienia prezydenta. Ośrodek prezydencki ustami profesora Nałęcza podtrzymuje sugestię, iż Bronisław Komorowski może nie powierzyć misji utworzenia rządu szefowi zwycięskiego ugrupowania.
Wychodzą na jaw kolejne przejawy konfliktu wewnątrz elity PO – tak można najkrócej oddać to, co wynika z wtorkowej wymiany zdań między małym a dużym Pałacem.
Donald Tusk odniósł się do wyrażonych w „Newsweeku" zapowiedzi Komorowskiego z zastanawiającym zdecydowaniem. Podkreślił, że jeśli jakaś partia wygrywa wybory, to rzeczą naturalną powinno być, że jej przewodniczący jest kandydatem na premiera. A to, aby „Polacy wybierając partię, wiedzieli na kogo stawiają, jeśli chodzi o tę najważniejszą funkcję wykonawczą". – Na miejscu prezydenta uznałbym, gdyby inna partia wygrała wybory, że trzeba zacząć od szefa partii, nawet jeśli nie nasz faworyt, ulubieniec jest potencjalnym kandydatem – zadeklarował szef rządu.
Na wypowiedź premiera reaguje Tomasz Nałęcz. Zacytujmy dosłownie jego słowa: „Jeśli lider partii, która wygra wybory, nawet względnie – nie mając bezwzględnej większości w Sejmie, ale będzie dysponował bezwzględną koalicyjną większością w parlamencie to oczywiście – prezydent powierzy mu misję tworzenia rządu".
To skomplikowane zdanie jest pozornym wycofaniem się z sugestii Komorowskiego, ale w istocie – jej potwierdzeniem. Zauważmy: prezydent powierzy misję tworzenia rządu szefowi zwycięskiej partii, nawet jeśli nie będzie ona miała większości bezwzględnej (co skądinąd nigdy się jeszcze w Polsce nie zdarzyło), ale jeśli stworzy ona dysponującą taką większością głosów koalicję.
Innymi słowy, tłumacząc to na język polityczny: gdyby wygrał PiS, to prezydent powierzy misję utworzenia rządu Jarosławowi Kaczyńskiemu jedynie wtedy, gdy ten bezpośrednio po wyborach uzyska zgodę potencjalnych koalicjantów (Pawlaka? Napieralskiego? Pawlaka i Napieralskiego? Pawlaka, Napieralskiego i Kluzik?) na utworzenie wspólnego rządu. I taką zgodą wylegitymuje się prezydentowi.
No tak, ale tworzenie koalicji rządzącej jest czaso- i energochłonne. Na poważnie rozmawiać o tym można dopiero po wyborach (chyba że ich wynik można wcześniej z wielkim prawdopodobieństwem przewidzieć, ale trudno zakładać że będzie to przypadek roku 2011). W dodatku zdolność koalicyjna Jarosława Kaczyńskiego nie jest wprawdzie, jak uważa wielu, zerowa, ale na skutek wielu czynników (odrzucanie PiS-u przez establishment, agresywna retoryka samego lidera tej partii) jest znacząco mniejsza niż wszystkich innych uczestników gry politycznej. W tej sytuacji założenie, że Kaczyński zdoła utworzyć „koalicję przed koalicją", czyli doprowadzić do sytuacji, że koalicja powstanie przed formalnym powierzeniem mu premierowskiej misji, oznacza postawienie przed nim warunku nie do wykonania. Czyli w istocie zapowiedź, że prezydent stworzeniu rządu przez (być może) lidera zwycięskiej partii będzie przeciwdziałał.
— Pamiętam, i powiedziałem to prezydentowi Komorowskiemu, że kiedy prezydentem był Lech Kaczyński, kiedy Platforma wygrała wybory, a ja byłem jej przewodniczącym, to prezydent Kaczyński nie kwestionował tego dość świeżego obyczaju (że szef zwycięskiej partii zostaje premierem -przyp. red). Wiem, że nie było to łatwe i proste, też dla ówczesnego prezydenta, ale raczej starał utrwalić się ten obyczaj – mówił wcześniej Tusk. Dodał też, że wszystko zależy od „smaku, wyczucia obyczaju, tego, co wypada, a co nie wypada, w jaki sposób korzystamy z przepisów o charakterze formalnym".
Premier broni zasad fair-play? Niekoniecznie. Dopuścić Kaczyńskiego do władzy nie chce co najmniej tak samo jak Komorowski. Więc w warunkach całkowitego bezpieczeństwa (na antypisowską twardość prezydenta może bowiem liczyć) pozwala sobie na odgrywanie popłatnej pijarowsko roli „dobrego policjanta"? Pewnie też. Ale zaryzykowałbym tezę, że w jakimś stopniu jest szczery. Bo polityczne wzmocnienie ośrodka prezydenckiego nie jest mu na rękę.
Rok temu Tusk zapowiadał zmniejszenie kompetencji prezydenta. Trochę po to, żeby zagłuszyć aferę hazardową, trochę, żeby pokazać, że rząd coś robi. Ale trochę też dlatego, że już wtedy bał się osłabienia własnej pozycji w partii i państwie przez Komorowskiego albo innego prezydenta wywodzącego się z PO. Z tych zapowiedzi premiera, jak i wielu innych, nie pozostało nic. Donald Tusk z pewnością żałuje wielu swoich decyzji. Myślę, że to, iż zaniechał sprowadzenia prezydenta do roli obserwatora kandelabrów jest jedną z tych, których żałuje najbardziej.
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA