fbTrack

Moja Emerytura

OFE potrzebują zmian

Fotorzepa, Szymon Łaszewski Szymon Łaszewski
System emerytalno-rentowy miał być rozwiązaniem „raz na zawsze”. Dziś wymaga głębokiej modyfikacji – pisze szef Rady Gospodarczej przy premierze
Obecny system emerytalny nie spełnia oczekiwań, jakie towarzyszyły jego tworzeniu 11 lat temu. W obliczu napięć w gospodarce światowej po kryzysie nie zapobiegnie niskim emeryturom i narastaniu spirali długu. Nadweręża solidarność międzypokoleniową i zdolność Polski do kontynuowania modernizacji. Dlatego potrzeba nowego, całościowego podejścia do systemu emerytalno-rentowego, opartego na zrównoważeniu potrzeb wzrostu, oszczędzania i demografii oraz na przejrzystym dla obywateli porozumieniu międzypokoleniowym.
[srodtytul]Zmiany są konieczne[/srodtytul] Dyskusja o OFE i systemie emerytalno-rentowym staje się bardziej merytoryczna. Choć zajęło to sporo czasu, fakty i twarde liczby dotyczące funkcjonowania systemu 11 lat po jego wprowadzeniu przebijają się do opinii publicznej. Te fakty są trudne. Wbrew początkowym założeniom system się nie bilansuje i nie jest neutralny dla finansów publicznych. To, co miało być rozwiązaniem raz na zawsze, wymaga dalszej głębokiej modyfikacji. Deficyt całego sektora emerytalno-rentowego wyniesie w przyszłym roku 90 miliardów złotych, z czego ok. 24 miliardy to transfery do OFE bez uwzględnienia odsetek, na co trzeba zaciągnąć dług. Po latach przekonywania samych siebie i innych, że jesteśmy światowym liderem w reformie emerytalnej, te liczby wywołują szok i odruch sprzeciwu.
Żeby zrozumieć, jak do tego doszło, trzeba się cofnąć do 1999 roku. Motywem wprowadzenia reformy emerytalnej była świadomość części elit politycznych i gospodarczych, że z powodu negatywnych trendów demograficznych i bieżących potrzeb rozwojowych stary system emerytalny jest nie do utrzymania w horyzoncie średnio- i długookresowym. Rozsądną alternatywą, na którą się zdecydowano, było ograniczenie przyszłych emerytur przez wprowadzenie systemu zdefiniowanej składki zamiast zdefiniowanego świadczenia. Ale żeby złagodzić nieuchronny spadek emerytur, postanowiono podzielić składkę emerytalną na część państwową i kapitałową, którą państwo powierzyło do zarządzania funduszom emerytalnym. Rozwiązanie to oparte było na modelu chilijskim z lat 80., ale wprowadzone również w Szwecji w podobnym czasie co w Polsce. [wyimek]Podejmowana próba oddzielenia kwestii OFE od finansów publicznych jest dziś nie do obrony[/wyimek] Ponieważ w obu krajach zdecydowano się pozostawić składkę na tym samym poziomie, fakt, że jej część była przekazywana do zarządzania przez OFE, natychmiast wytworzył lukę w I filarze wypłacającym obecne emerytury. Autorom reformy w Polsce wydawało się wtedy, że tę lukę – początkowo niewielką – spokojnie zasypie się dochodami z prywatyzacji oraz działaniami ograniczającymi koszty całego systemu emerytalno-rentowego, takimi jak eliminacja przywilejów emerytalnych dla całych grup zawodowych. O konieczności podniesienia wieku emerytalnego nie mówiło się zbyt wiele. Zadowolenie z reformy i entuzjazm co do jej spodziewanych efektów sprawiły, że bardzo szybko stracono te kwestie z oczu. [srodtytul]Konsensus był podstawą[/srodtytul] A tymczasem wystarczyło przyjrzeć się systemowi szwedzkiemu, by zrozumieć, że istniały dwa kluczowe warunki powodzenia tego modelu. Warunkiem politycznym był konsensus między głównymi siłami społecznymi i zrozumienie przez całe społeczeństwo, że reforma opiera się na kontrakcie międzypokoleniowym na dziesiątki lat naprzód. Warunkiem ekonomicznym było znalezienie mechanizmu przejściowego wypełniającego lukę w składce od początku istnienia systemu, tak aby nie trzeba było zaciągać długu na pokrycie części idącej do OFE. Zamożni Szwedzi ustanowili składkę na poziomie 2,5 procent, my, kraj biedniejszy – 7,3 procent. My nie mieliśmy silnego buforu, Szwedzi od razu stworzyli fundusz o aktywach blisko 60 miliardów euro. Mało tego, wprowadzili automatyczny mechanizm bilansujący system każdego roku, dostosowujący bieżące emerytury do aktywów zgromadzonych w II filarze i zmieniającej się demografii. Mieli jasność, że system emerytalny powinien być neutralny dla finansów publicznych. W Polsce ta świadomość była, ale okazało się, że przyjęte założenia zbilansowania systemu w ciągu pięciu – siedmiu lat okazały się nierealistyczne już w pierwszych latach z powodu wielu zaniechanych działań niezbędnych do powodzenia reformy. Ale nikt nie bił głośno na alarm, że 7,3 procent składki odprowadzonej do OFE jest pokrywane z coraz większej emisji długu. Reklamy z emerytami wypoczywającymi pod palmami i intensywna rywalizacja OFE o klientów dodatkowo przysłaniały wysokie koszty funkcjonowania systemu i brak prawdziwej konkurencji jakością zarządzania aktywami. Te błędy ustawodawcy przy wyznaczaniu parametrów funkcjonowania OFE sprawiły, że podczas gdy luka w systemie emerytalnym pogłębiała się, właściciele funduszy zarabiali niezłe pieniądze. Wraz ze wzrostem zysków i aktywów OFE stały się bardzo efektywną grupą nacisku, kultywującą wśród swoich członków wizję tego, że są w lepszym, bo niepaństwowym, systemie. Ta promocja egoizmu pokoleniowego adresowana do „młodych” wytworzyła wśród wielu z nich przekonanie, że odpowiedzialność za pokolenie ich rodziców i dziadków należy wyłącznie do jakiegoś mitycznego „państwa” – tak jakby środki będące w dyspozycji państwa pochodziły z kosmosu, a nie z podatków. Z tych podatków coraz większa część idzie na obsługę obligacji w portfelach OFE. [srodtytul]Kredyt bez strachu[/srodtytul] Dlatego właśnie próba oddzielenia kwestii OFE od finansów publicznych jest nie do obrony. Tym bardziej że oczekiwania młodego pokolenia i pokolenia ich dziadków wobec państwa są z natury rzeczy trochę odmienne. Młodzi chcą, żeby państwo budowało infrastrukturę dla wzrostu gospodarczego i konkurencyjności, ci starsi bardziej się martwią o stan służby zdrowia i wielkość emerytury. Starsi uczestnicy OFE pewnie woleliby, żeby te inwestowały ostrożnie w polskie aktywa, ich dzieci gotowe byłyby zezwolić „swoim” OFE inwestować bardziej agresywnie poza Polską. Tylko dlaczego kraj o niskich oszczędnościach i małym kapitale miałby go eksportować w czasach, gdy inne państwa starają się swój kapitał maksymalnie chronić? Co wtedy ze słusznym argumentem, że OFE są motorem polskiej gospodarki i filarem rynku kapitałowego? A oszczędności krajowe i kapitał są nam potrzebne, bo nie chcemy zrezygnować z ambicji, by podnosić szybko stopę życiową w Polsce. Ta chęć poprawy życia i tak osłabia skłonność do dodatkowego oszczędzania na starość. Stąd dług wzrasta wszędzie – wśród gospodarstw domowych, w samorządach i firmach. Dostęp do finansowania z Unii powoduje klimat sprzyjający zadłużaniu się i pewnie dlatego nie budzi w nas strachu to, że zaciągamy też dług na przyszłe emerytury. Że podjęliśmy na masową skalę ryzyko kredytów hipotecznych w obcych walutach, aby móc pożyczyć więcej. [srodtytul]Gdzie jest solidarność?[/srodtytul] Twarde liczby, jakie ostatnio zademonstrowała Rada Gospodarcza, utrudniają „zamulanie” dyskusji. Rada przedstawiła sześć podstawowych scenariuszy zmian, a mimo to część ekspertów nadal uważa, że jest to próba skoku na kasę i zamach na oszczędności przyszłych emerytów przez polityków niezdolnych do podejmowania trudnych decyzji. Tymczasem przyszli emeryci to dzisiejsi oraz jutrzejsi podatnicy i bez solidarności pokoleniowej (a więc zaniechania przeciwstawiania młodych z OFE starym z ZUS) nie można zbudować harmonii społecznej. Te 14 milionów klientów OFE to dzieci i wnuki konkretnych ludzi, dzisiejszych i jutrzejszych emerytów. A z powodu ciągłego deficytu w systemie emerytalnym oszczędności tych 14 milionów zapisanych do OFE już wkrótce będą równe długowi, jaki będą musieli spłacać jako podatnicy. Także dlatego, że wbrew zapowiedziom OFE wcale nie okazały się maszynką do pomnażania pieniędzy przyszłych emerytów. Nawet ich zwolennicy przyznają, że zwrot z kapitału, jaki inwestują w imieniu swoich klientów, jest rozczarowujący ze względu na narzucone im reguły i wysokość pobieranych przez nie opłat. Efekt z punktu widzenia finansów publicznych jest oczywisty – transfery przekazane OFE wraz z odsetkami od obligacji, które mają w portfelu, wyniosły przez tych dziesięć lat ok. 220 mld zł, natomiast ich aktywa osiągnęły 215 mld. W tym samym czasie OFE pobrały w sumie 13 mld zł w prowizjach i opłatach. [srodtytul]Błędy konstrukcyjne[/srodtytul] Powrót do polityki w dyskusji o przyszłości systemu emerytalnego jest nieuchronny pod warunkiem, że będzie ona oparta na liczbach i faktach. Pojawiające się hasło „wara od mojej emerytury” to ostro wyrażone przekonanie, że w 1999 roku państwo dało gwarancję, że nigdy, bez względu na okoliczności, nie dokona zmiany w systemie emerytalnym. Obietnica taka nie tylko nigdy nie padła, ale też byłaby z gruntu niewykonalna i nieracjonalna. Niestety, niektórzy obrońcy status quo chętnie się tym argumentem posługują. Dlaczego nie dostrzegają, że w wielu krajach, które wprowadziły podobny do naszego system emerytalny (Argentyna, Chile, państwa bałtyckie, Szwecja, Irlandia i Węgry), rządy zdecydowały się na jego głęboką modyfikację lub wręcz likwidację? I jak zwolennicy utrzymania systemu za wszelką cenę wyobrażają sobie zabezpieczenie go przed ingerencjami w przyszłości? Dziś mówimy o aktywach w OFE rzędu 214 mld zł, a za dziesięć lat to może być 500 mld, zatem pokusa będzie większa. Ustawa emerytalna z 1999 roku jest w tym kontekście klasycznym przykładem reformy wprowadzanej przez zaskoczenie – działań podejmowanych w dobrej wierze, ale ze świadomością, że nie można powiedzieć o nich całej prawdy, i że zostawia się następcom dzieło niedokończone. Przekaz, który utrwalił się przez dziesięć lat, był taki, że Polska znalazła rozwiązanie problemu starzejących się społeczeństw Zachodu. Że znaleziono system, który uzdrowi finanse publiczne i zapewni ludziom „godziwe” emerytury. A prawda była taka, że istotą reformy z 1999 roku było znaczne obniżenie emerytur nowego portfela. Dzisiejsze wyliczenia pokazują też, że ze względu na zaniedbania i „błędy konstrukcyjne” II filaru nie zbilansuje się jeszcze przez kilkadziesiąt lat. A emerytura, którą nowy system oferuje, miałaby, przy optymistycznych założeniach, oscylować wokół… 30 procent ostatniego wynagrodzenia! Dzisiaj to ponad 60 procent. A zatem zarówno politycy, jak i obywatele zostali reformą z 1999 roku zobowiązani do dodatkowego oszczędzania i cięcia wydatków na skalę, z jakiej po prostu nie zdawali sobie sprawy. Dziś wiemy, że wielu z tych rzeczy nie zrobiono (wczesne emerytury zlikwidowały dopiero Platforma i PSL) przy równoczesnym wypłacaniu dodatkowych pieniędzy dla silnych grup nacisku. [srodtytul]Zarządzanie kryzysowe[/srodtytul] Rząd premiera Donalda Tuska ma perspektywę rządzenia dłużej niż kilka lat i dlatego, w mojej opinii, powinien szukać wiarygodnych rozwiązań systemowych. Ale ma też bardzo trudne zadanie tu i teraz. Jest nim przeprowadzenie kraju przez turbulencję na rynkach finansowych wywołaną kryzysem i ogromnym zadłużeniem niektórych państw Unii Europejskiej. Jak mówił premier Tusk na konferencji prasowej z okazji trzeciej rocznicy koalicji PO – PSL, rząd balansuje pomiędzy potrzebą utrzymania finansów publicznych pod kontrolą a kontynuowaniem wydatków na modernizację kraju. Problemy Grecji, Irlandii czy Węgier pokazują, że nie można przyjmować za pewnik, że zawsze uda się sfinansować deficyt na rynku po kosztach, które nie wpędzą kraju w pułapkę zadłużenia. Napięcia w Unii Europejskiej są olbrzymie i skłamałby ten, kto powie, że wie, jak losy projektu europejskiego się potoczą. Dlatego tak ważne jest ograniczenie potrzeb pożyczkowych w następnych dwóch latach. Musimy mieć jasność, że jesteśmy nadal na etapie zarządzania kryzysowego ze względu na to, co się dzieje w gospodarce światowej. Kluczowe zadanie to utrzymanie jak najniższych kosztów finansowania na rynku, szukanie oszczędności oraz wspieranie inwestycji, aby uniknąć efektu domina w przypadku bankructwa kolejnych europejskich gospodarek. Stąd potrzeba rozsądnej modyfikacji systemu już teraz. Równocześnie rząd, wzorem innych krajów, takich jak Szwecja czy Chile, powinien powołać pełnomocnika odpowiedzialnego za rzetelne przeanalizowanie całości systemu zabezpieczeń społecznych i przedstawienie w ciągu kilku miesięcy drobiazgowego raportu. Taki raport zarówno ukazałby stan faktyczny, jak i przedstawił scenariusze długoterminowego zrównoważenia całego systemu emerytalno-rentowego opartego na porozumieniu międzypokoleniowym oraz równowadze między potrzebami rozwojowymi i ideą sprawiedliwości społecznej.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL