fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Uderzenie w najuboższych

Fotorzepa, Justyna Cieślikowska
Dlaczego rząd zdecydował się na podniesienie podatku VAT, a nie dochodowego? Przede wszystkim należałoby wskazać na główny „target” tego rządu, a więc ludzi zamożnych, grupy społeczne, którym się powiodło – pisze ekonomista
Spodobało mi się sformułowanie premiera Tuska, że są trzy drogi: nic nie robić, zrobić wszystko radykalnie albo zrobić trochę. Zgadzam się, że jest nam potrzebne spojrzenie umiarkowane, szukające równowagi między różnymi racjami.
Zbyt radykalna, nagła redukcja deficytu mogłaby się skończyć spadkiem popytu, a w konsekwencji dalszym spowolnieniem gospodarki. Podzielam wszakże pogląd, że tak wysoki deficyt, z jakim mamy obecnie do czynienia, jest potencjalnie groźny i należy go redukować. Polska była zieloną wyspą tylko o tyle, że nie doszło u nas do recesji. Mieliśmy wysoki na tle Europy wzrost gospodarczy, ale skala spowolnienia była porównywalna z Zachodem. Około 4 punkty proc. spadku oznaczały w Polsce niecałe 2 proc. wzrostu, a w krajach starej Unii – już recesję.
Kluczowa, jeśli chodzi o obniżanie deficytu, jest kwestia, czy jego źródłem są cięcia wydatków, czy też zwiększenie przychodu państwa. Inne efekty miałoby np. ograniczenie wydatków przeznaczanych na pomoc społeczną, inne – zamrożenie płac administracji publicznej, a jeszcze inne – podwyżka podatków.
Podatki to złożona sprawa. Jeśli podwyższa się akurat VAT, to w sposób bezpośredni skutkuje to obniżeniem popytu wewnętrznego. Spośród dostępnych instrumentów jest to także najboleśniejsze uderzenie dla osób najuboższych, ponieważ konsumpcja dóbr obarczonych tym podatkiem stanowi największą część ich wydatków. Skala uderzenia po kieszeniach ludzi najuboższych przy podwyżce jednoprocentowej może wydawać się nieznaczna. Jednak jeśli utrzyma się spowolnienie wzrostu, a płace realne nie wzrosną, to możemy mieć poważny problem. Z tych to powodów projekt rządu Donalda Tuska nie spełnia moich oczekiwań.
Założenie stojące za tym pomysłem jest takie, żeby wziąć po trochu z dużej ilości płytkich kieszeni. Tymczasem w moim przekonaniu rozwiązaniem zarówno bezpieczniejszym – wobec zagrożenia spadkiem popytu i recesją – jak i sprawiedliwszym, byłoby wzięcie trochę więcej z niewielkiej ilości głębokich kieszeni. Czyli podwyższenie podatku dochodowego dla najzamożniejszych.
[wyimek]Równie niepokojące co kierunek, który proponuje rząd, są działania – czy raczej ich brak – po stronie opozycji[/wyimek]
Przede wszystkim należałoby zlikwidować kuriozum – i to na skalę światową – jakim jest wprowadzony przez rząd Leszka Millera podatek liniowy dla najbogatszych samozatrudnionych. Postulowałbym także wprowadzenie, chociaż na jakiś czas, wyższej stawki podatku dochodowego dla wszystkich osób o zarobkach przekraczających 200 tys. złotych rocznie. Nie widzę najmniejszych przeszkód, by podatek naliczany od nadwyżki wobec tak określonego progu zarobków był wyższy niż 32 procent. Takie rozwiązania stosowane są w całej Europie Zachodniej.
Tu jako kontrargument pojawia się zwykle kwestia rajów podatkowych, z których korzystają najzamożniejsi. Prawda jest jednak taka, że ucięcie tego rodzaju praktyk jest tylko i wyłącznie kwestią woli politycznej, a nie obiektywnych praw ekonomii. Jeszcze lepiej – i skuteczniej – byłoby, gdyby Polska stała się w tej kwestii adwokatem twardych regulacji na arenie Unii Europejskiej.
Dlaczego rząd zdecydował się na podniesienie podatku VAT, a nie dochodowego? Przede wszystkim należałoby wskazać na główny „target” tego rządu, a więc ludzi zamożnych, grupy społeczne, którym się powiodło. Z jednej strony są to np. zamożni rolnicy – z czego wynika także impas w sprawie reformy KRUS, która jest konieczna, by społeczeństwo nie było zmuszone fundować emerytur rolniczym rekinom – a z drugiej osoby takie, jak choćby szef doradców ekonomicznych premiera Jan Krzysztof Bielecki, który w ubiegłym roku zarobił 8,5 miliona złotych, a więc kilkusetkrotność średniej krajowej.
Równie niepokojące co kierunek, który proponuje rząd, są działania – czy raczej ich brak – po stronie opozycji. Słyszymy wyłącznie komentarze w rodzaju „mówiliście, że będzie tak, a jest tak”, ale ani SLD, ani PiS nie położyły na stole własnych konstruktywnych projektów. Można mieć też wątpliwości co do tego, na ile polska klasa polityczna posiada jakiekolwiek poglądy. Dla Grzegorza Napieralskiego najważniejszą sprawą są parytety, a nie są ważne podatki. Nie lepiej jest po stronie PiS. To martwi, i to nie tylko dlatego, że po ewentualnej zmianie rządu znowu będziemy mieli do czynienia z „pustymi szufladami”, ale też i dlatego, że opozycja jest od dawania alternatyw, a nie od wzmagania poczucia bezalternatywności władzy.
[i]—not. Marceli Sommer[/i]
[i]Autor jest publicystą, ekonomistą i politykiem. Był twórcą i liderem Unii Pracy[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA