fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Waldemar Kuczyński: PiS otwiera wrota piekła

Waldemar Kuczyński
Fotorzepa, Radek Pasterski RP Radek Pasterski
Istotą nowej strategii Kaczyńskiego jest koniec walki o wyborcę centrowego i początek batalii o Polskę niegłosującą, w której szef PiS – nie bez racji – widzi swoich, a nie Platformy Obywatelskiej, potencjalnych zwolenników – twierdzi publicysta
Od kilkunastu dni głównym tematem politycznym jest gwałtowne zaostrzenie tonu wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego i powrót na scenę publiczną polityków PiS znanych z agresywności, których na czas kampanii wyborczej zastąpiono maskującymi owieczkami: Joanną Kluzik-Rostkowską i Pawłem Poncyljuszem. Pojawiają się różne tłumaczenia tego wirażu.
 
 
 
 
Za naiwne uważam opinie, że to wybuch stłumionej przed wyborami emocji Jarosława Kaczyńskiego, że musi się on wykrzyczeć. Takie komentarze dowodzą nieznajomości tej osoby. To jest polityk pełen emocji, ale przede wszystkim jest to polityk kalkulujący: rano, wieczór, we dnie, w nocy. Pewno i we śnie. Skoro w imię politycznych kalkulacji powściągnął emocje tuż po katastrofie, kiedy z natury rzeczy były najtrudniejsze do kontroli, to dlaczego miałby tracić nad nimi panowanie trzy miesiące później?
To nie żywiołowy wybuch żalu i wściekłości, lecz świadomy zamysł, że dobrze będzie dać im wybuchnąć, bo teraz mogą przynieść korzyści. Podobnie naiwne są opinie, że oto w PiS wybuchł konflikt schowanych na czas kampanii jastrzębi, które postanowiły się rozprawić z gołąbkami za porażkę w wyborach spowodowaną, ich zdaniem, wyciszeniem oskarżeń wobec rządu, Donalda Tuska i Rosjan o spowodowanie katastrofy smoleńskiej.
Przylot tych jastrzębi to nie walka, lecz przyzwanie ich przez szefa PiS, bo pasują do nowego etapu. Tak jak po 10 kwietnia przyzwana została para Joanna Kluzik-Rostkowska i Paweł Poncyljusz do odegrania paskudnej roli ukrycia prawdy o tej partii, tak teraz, wezwani, wracają politycy, którzy zawsze dawali świadectwo prawdy o PiS. Przy okazji mogą dołożyć owieczkom.
Przed wyborami mieliśmy kalkulowany odwrót od agresywnej prawdy, bo pasowało, po wyborach mamy kalkulowany powrót do prawdy, bo jej agresywność teraz nie tylko nie przeszkadza, ale nawet jest niezbędna.
 
 
Mamy więc nową strategię zarządzoną przez Jarosława Kaczyńskiego, a nie żywioł emocji. I mamy zmianę narzędzi do realizacji: z gałązek oliwnych na słowne żylety i kastety. Na jakiej kalkulacji jest oparta ta strategia i jakich się oczekuje po niej korzyści? Możliwe są dwa wyjaśnienia. Jedno trywialne, drugie fascynujące nawet w swym rozmyślnym szaleństwie. Nie wiem, które jest bardziej prawdopodobne, ale żadnego bym nie odrzucał.
Wyjaśnienie trywialne, obecne w dyskusjach – to być może zdobyta przez szefa PiS wiedza, co odczytali z czarnych skrzynek TU-154 polscy specjaliści. Przecieki do mediów wzmacniają i tak już silne przypuszczenie, że piloci byli pod potężną presją idącą od prezydenta, by lądować mimo mgły, i niestety jej ulegli z obawy, że inaczej "się wkurzy", że "będą mieć przechlapane" czy "przewalone", że "nas/mnie zabije".
Coraz częściej więc nasuwa się pytanie, czy odpowiedzialnym za katastrofę nie jest aby Lech Kaczyński.
Rola jego brata zaś w kwestii lądowania (prawdę o niej zna oczywiście on sam in pectore) może też ujrzeć światło dzienne. Mówi się przecież, że jego rozmowę telefoniczną z Lechem na krótko przed lądowaniem, i nie tylko o chorej mamie, lecz i o samym lądowaniu, co sam tuż po katastrofie przyznał, jakieś służby nagrały.
Nagła, ostra zmiana postępowania Jarosława Kaczyńskiego i jego partii, polegająca na oskarżeniu o sprawstwo smoleńskiej tragedii Platformy Obywatelskiej, Donalda Tuska i Rosjan, byłaby na gruncie tej hipotezy bardzo głośną, choć rozpaczliwą próbą zakrzyczenia prawdy kompromitującej nieżyjącego prezydenta, a może obu braci. Chodziłoby o zrobienie z niej, zanim wyjdzie na jaw, fałszywego owocu knowań sił wrogich prawdziwej Polsce i utrzymania przez takie zakrzyczenie wiarygodności szefa PiS, jego partii i środowiska wśród tej wielkiej części Polaków, która im zaufała.
Mam jednak inne wyjaśnienia pis-owskiego wirażu, które niekoniecznie się kłóci z poprzednim, ale ma nie personalny i nie doraźny, lecz prawdziwie strategiczny charakter.
Zdumienie, czasem wręcz osłupienie, komentatorów budzi to, że swym postępowaniem Jarosław Kaczyński niweczy dobry wynik, jaki odniósł w wyborach, nakładając owczą skórę. Prawie namawia się go, by z tej drogi nie schodził, a on niemądry schodzi!
Może jednak ma własne kalkulacje oparte na wewnątrzpartyjnych badaniach i analizach i wie, co robi? Lider PiS jako jedyny pośród czynnych i wpływowych polityków ma całościową (nie mylić z detaliczną) wizję państwa, odległą od tego kształtu, który ono ma obecnie. Jej zrealizowanie to cel jego życia, jej niezrealizowanie to klęska jego życia. Tą wizją jest owa IV Rzeczpospolita, której zarysy poznaliśmy i posmakowaliśmy w latach 2005 – 2007. Groźna dla wolności obywatelskich, szkodliwa dla pozycji Polski w świecie, czasami przemilczana, nigdy przez PiS nieodrzucona. Kaczyński dobrze wie, że tej wizji nie zrealizuje w żadnej, dającej się pomyśleć, koalicji. Może ją realizować, mając pełnię władzy ustawodawczej i rządowej.
Większość komentatorów przypisuje dobry wynik wyborczy szefa PiS zabiegom o wyborcę centrowego za pomocą taktyki owczych masek. Czy to prawda? Stabilne i wysokie także po wyborach notowania Platformy Obywatelskiej nie wskazują na to, by PiS odebrał jej choćby cząstkę elektoratu. Także przepływ wyborców SLD, mimo zdumiewających uśmiechów do lewicy, nie dał wielkich korzyści.
Efekty, które osiągnął szef PiS w kampanii wyborczej (wzrost intencji głosowania na niego i spadek nieufności), mniej się wiążą z nałożeniem łagodnego makijażu, a bardziej z "propisowskim" wpływem samej katastrofy smoleńskiej, głównie na wyborców, którzy wcześniej nie głosowali, i to bynajmniej nie centrowych. Jarosław Kaczyński, jak sądzę, na wiedzy o tym buduje nową strategię. Jej istota to koniec walki o owego centrowego wyborcę, beznadziejnej dla Prawa i Sprawiedliwości, bo grożącej także utratą zaufania twardych zwolenników – radiomaryjnego masywu. I początek walki o Polskę niegłosującą, w której Kaczyński – i tutaj uwaga, nie bez racji – widzi swoich, a nie Platformy Obywatelskiej, potencjalnych wyborców.
 
 
Cel to wybory w roku 2011, które mają być dla PiS bitwą o wszystko. Tylko wyrwanie z bierności choćby części tej ogromnej niegłosującej rzeszy i zdobycie jej poparcia może dać to, o co chodzi, pełną władzę dla tego polityka i realizację marzenia życia, które płynący czas stawia pod znakiem zapytania. Być może tej Polski nic do urn wyborczych nie zaprowadzi, ale na pewno nie zaprowadzi jej tam polityka łagodności i rzeczowości.
Jeżeli w ogóle, to może to zrobić polityka najbrutalniejszego, najdrastyczniejszego napuszczania tych Polaków na wroga narodu, którego obraz trzeba im pokazać odpowiednio zohydzony i spotworniały, by uznali, że on chce ich samych, tę dobrą Polskę bronioną przez PiS wyzyskać, upodlić, a na końcu zgubić, sprzedając carowi północy. Ten obraz widać już od miesięcy zarówno we frontowym organie PiS – "Gazecie Polskiej", w słownictwie, jak i w obrazach przywołujących na pamięć hitlerowski "Der Sturmer", tylko bez Żydów. Wrogiem będzie teraz nie zużyty medialnie układ, lecz "liberalny establishment" – ten termin już się pojawił – z twarzami Tuska, Komorowskiego, Wajdy, Bartoszewskiego i, jakże inaczej, Zbycha i Rycha. Będzie ostro i coraz ostrzej, także z zapowiedzianym już przez PiS oskarżeniem polskich władz na forum Parlamentu Europejskiego o spowodowanie śmierci pary prezydenckiej z towarzyszącymi jej osobami.
Sądzę, że będzie też próba pozyskania do tej ostatecznej bitwy pisowskiego dobra z liberalnym złem nad Wisłą jeszcze więcej konserwatywnych hierarchów i proboszczów, zaniepokojonych laicyzacyjnym oddziaływaniem zachodu Europy.
"Idzie na Polskę powódź agresywnego, dzikiego liberalizmu. Liberałowie będą robili, co będą chcieli. Róbta co chceta – liberałowie. Rozpanoszą się libertyńskie i lewicowe ideologie. Złe siły w Polsce, obojętne na nasze tradycje narodowe, są wyobcowane z narodu, dlatego szukają wsparcia u obcych, bo nie mają go u swoich. Popularyzują ohydne paszkwile antykatolickie i antypolskie. Bez honoru podlizują się obcym, by im się przypodobać i zdobyć ich przychylność własną ustępliwością". To, niezwykły w swym fałszu, ale i w złości oraz lęku, fragment homilii biskupa Edwarda Frankowskiego na pielgrzymce Rodziny Radia Maryja. Lęk nie tylko przecież tego biskupa, o chłodnącą w wierze i ulegającą libertynizmowi owczarnię, może zachęcić do otwartego wsparcia sił politycznych, które zachodniemu okropieństwu postawią tamę narzędziami państwa, by owiec nie psuło. To można było dostrzec już podczas ostatnich wyborów prezydenckich.
 
 
Odsłania się przed nami strategia, której – mimo że przemyślana – nie można nazwać inaczej jak strategią szaleństwa i szaleńców. Czy da im sukces? Nie wiem, mam nadzieję, że nie da, że będzie to ostateczna kompromitacja tej szkodliwej siły politycznej, która pojawiła się kilka lat temu, niczego dobrego krajowi nie dała poza zatruciem publicznej atmosfery i postawieniem ludzi przeciwko sobie. I że będzie to polityczny kres lidera tej siły.
Nie ma jednak pewności, że tak się stanie, i nie można – widząc zachowanie jego i jego otoczenia – wzruszać ramionami, lekceważąc to, co się zarysowuje. Wchodzimy w nową, ostrzejszą niż dotąd fazę agresji Jarosława Kaczyńskiego i PiS pod jego kierownictwem, przeciw istniejącemu państwu, w fazę też bardziej niepokojącą, z czego powinny zdawać sobie sprawę pozostałe siły polityczne. Lewico, nie głupiej, mówiąc, że to jest wojna dwu prawic. To jest wojna wstecznego biegu z pozostałymi, więc także z tobą. Przede wszystkim jednak powinni być tego świadomi ci wszyscy Polacy, którzy nie chcą w kraju zamętu, a nawet czegoś, co rzeczywiście może się otrzeć o próg wojny domowej, przed którą ostrzegał, bo przecież nie zachęcał do niej, bardzo niesłusznie krytykowany Andrzej Wajda.
Wszyscy, także ci, którym obca jest Platforma Obywatelska, a bliższe Prawo i Sprawiedliwość. Czy dadzą swoje przyzwolenie takiemu właśnie PiS? Jeżeli szaleństwu nie powie się stanowczo "dość tego", to w tym najlepszym przecież od wieków czasie dla Polski zafunduje nam ono nie zwycięstwo dobra nad złem, lecz piekło, jakiego dawno nie widzieliśmy.
Autor jest ekonomistą i publicystą. Był ministrem w rządzie Tadeusza Mazowieckiego, doradzał także premierom Włodzimierzowi Cimoszewiczowi i Jerzemu Buzkowi
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA