fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sądownictwo

O Dawidzie, który plotek słuchał

Dom Dawida D. w miejscowości Wierzchowie koło Krakowa. On sam nie zgodził się na zdjęcie
Fotorzepa, Pio Piotr Guzik
- Ja uważam, że każdy człowiek ma coś na sumieniu i albo się uda, albo się nie uda. Taki totolotek – tłumaczył policji wiejski szantażysta
Pierwszą ofiarą Dawida była Joanna. Bo “chodziła wyzywająco ubrana”. Napisał do niej list, jeszcze odręcznie, że jeśli nie zapłaci mu 300 zł, zrobi jej pornograficzny fotomontaż i rozwiesi zdjęcia we wsi. Pieniądze kazał włożyć w kopertę i w miejscowości Murownia pod Krakowem przykleić do ławki. Dawid chodził wtedy do wieczorówki (liceum techniczne) w Krakowie. Był rok 2004. Dziewczyna list podarła. Na pięć lat zapomniała o sprawie.
– Nie wiem, czy list doszedł, bo chyba nie nakleiłem wystarczającej ilości znaczków – opowiadał chłopak kilka lat później policjantowi. Joanna o Dawidzie: – Cichy, nieśmiały, chodziłam z nim do klasy.
[srodtytul]Znaczek z zajączkiem[/srodtytul]
Krystynę N., wdowę, właścicielkę sklepiku we wsi, wybrał, bo pomyślał, że “ona ma pieniądze”. Zażądał 3 tys. zł.
– Traktowałem to jak grę w totolotka, ktoś da, ktoś nie da – Dawid tłumaczył później policji. W liście zagroził wdowie, że coś się może stać jej córce i że nieznani sprawcy powybijają jej okna w sklepie.
List wysłał z poczty w Krakowie, nakleił świąteczny znaczek z zajączkiem. Pisał drukowanymi literami, żeby nie zdradzić charakteru pisma. Dopiero później kupił dwa laptopy i zaczął drukować anonimy.
– Przestraszyłam się, bałam się o dzieci, że im się coś stanie, dowoziłam dzieci – powiedziała Krystyna N. policji. Funkcjonariusze przygotowali zasadzkę, do koperty wsadzili pocięte gazety. Ale Dawid tego dnia po pieniądze nie przyszedł. Rzadko przychodził od razu. Dlatego tak długo nie mogli go złapać.
[srodtytul]Osaczyć księdza[/srodtytul]
Marian M., proboszcz z Białego Kościoła, pierwszy list dostał od “parafianki”. Że zniszczyła w pracy komputer, że nie ma z czego oddać, że ją zwolnią, jak nie odkupi. – Najpierw na litość księdza brałem – opowiadał Dawid. W kopercie pod ławką na miejscowym przystanku proboszcz zostawił 300 zł i list. Napisał, że jeśli czegoś potrzebuje, to ma przyjść. I że to ostatni raz tak anonimowo. – Wspieram ludzi w potrzebie, parafian, nawet na alkohol dam, ale szczerość cenię – mówi dziś proboszcz.
Drugi list już nie był na litość. – Od lat krążą opinie, że ksiądz ma syna i że lubi się rozglądać za kobitkami. Postanowiłem wykorzystać te plotki – przyznał Dawid. W kolejnym anonimie napisał: “Gdy nie dostanę pieniędzy, ośmieszę księdza”. Straszył ujawnieniem informacji o synu. Zażądał tysiąca złotych. Ksiądz miał je zostawić pod ławką w parku. – Zostawił 500 zł i napisał, że to są ostatnie pieniądze i że dowie się, kim jestem. Napisałem do niego, że go przepraszam – zeznawał Dawid.
Ale przeprosiny nie były szczere. “Czy ksiądz nie ma wyrzutów sumienia?” – zarzucał w kolejnym anonimie. Wytykał, że ma pieniądze, a innym ludziom ich brakuje. Że “przecież bierze za pogrzeby i śluby”. W ciągu czterech lat wysłał do proboszcza kilkanaście anonimów. – Były wulgarne, obelżywe – ocenił je ksiądz. Dowodem w sprawie jest tylko jeden. Pierwszy. Resztę ksiądz spalił.
Zostawiał raz 200 zł, raz 50, potem kolejne 200 zł. Ile w sumie? Trudno dokładnie zliczyć. Do pieniędzy zawsze dołączał listy. Dawid ich nie czytał, żeby “nie mieć wyrzutów sumienia”. W 2008 r. wyłudził od księdza 200, może 300 zł. Dawid nie wie dokładnie, zapamiętał tylko, że raz w kopercie było 160 zł w banknotach po 20 zł. W 2009 r. wysłał do proboszcza cztery anonimy. – Widocznie miał coś na sumieniu, skoro płacił – stwierdził w rozmowie z policjantami.
Dlaczego proboszcz dawał się szantażować? – Dawałem jako duchowny, by uniknąć niesławy wśród parafian i utraty dobrego imienia – tłumaczy.
Dawid słucha miejscowych plotek. Przekuwa je w argumenty, którymi szantażuje swoje ofiary. W busie jeżdżącym do Krakowa słyszy, że inny ksiądz – z Będkowic – ma romans z córką gospodyni. Pisze. Żąda 100 zł za milczenie. – List był napisany składnie i konkretnie – ocenia ksiądz.
Od Andrzeja J., lekarza, chce aż 3 tys. zł. Grozi, że ujawni, iż ten przyjmuje pacjentów pijany. – Szok, znam go od urodzenia – mówi później policji J. Twierdzi, że listu nie dostał.
[srodtytul]Limit dobroci się kończy[/srodtytul]
Tysiąca złotych Dawid żąda od księdza z Bolechowic Stanisława K. – za nieujawnienie tego, że ma kochankę i dziecko. Ksiądz zgłasza szantaż policji.
Alinie S., sprzedawczyni, grozi ujawnieniem, że oszukuje pijanych klientów na reszcie. Każe zostawić 500 zł na przystanku w Murowni. Kobieta też zawiadamia policję.
Zbigniewowi Ł., byłemu sołtysowi z Wierzchowia, wytyka, że przejął nielegalnie dom od starszej pani, którą później umieścił w domu starców. I że ujawni fakty o dwóch wypadkach, w których Ł. brał udział. 5 tys. zł miało być w słoiku przy słupku na skrzyżowaniu. “Nie będziesz znał ani dnia, ani godziny. Zaczniemy się mścić. Wcześniej czy później i tak zapłacicie. Limit dobroci się kończy, morda w kubeł” – pisał. Również Zbigniew Ł. zgłasza szantaż policji.
Funkcjonariusze znów organizują zasadzkę. Ale nikt po pieniądze nie przychodzi. Pod wskazaną ławką przy przystanku autobusowym policjanci znajdują za to kopertę z 50 zł. To prawdopodobnie nieodebrany łup od innej osoby. Od kogo? Nie wiadomo.
Dawidek pisze dalej. Do Ewy M., że wycina drzewo z lasów państwowych: “Nieładnie okradać lasy z drewna, wywozić drzewo do domu. Od dawna was obserwuję. Robicie to tak bezczelnie, że udało mi się uzbierać dowodów na was. Jeśli nie chcecie kłopotów, proszę tysiąc złotych w kopercie przypiąć pinezkami pod ławką w Wierzchowiu, na zakręcie przy działkach”. Kobieta zgłasza sprawę w komisariacie w Zielonkach. – Poczułam się zbulwersowana – mówi policjantowi. – Nie przestraszyłam się, bo i czego. To głupota, nieprawda.
6 kwietnia 2009 r. o godz. 6 funkcjonariusze wydziału kryminalnego wchodzą do domu Marka N., mieszkańca wsi Bębło niedaleko podkrakowskiej wsi Wierzchowie. To on był widziany, kiedy “dyskretnie lustruje przystanek” w miejscu, gdzie jedna z szantażowanych osób miała złożyć pieniądze. N. jest bezrobotny, mieszka z konkubiną, wyszedł z więzienia. Ale nie ma komputera. – Ostatni list pisałem z więzienia dziesięć lat temu – mówi. To nie on. W maju prokuratura umarza śledztwo w sprawie szantażowania Zbigniewa Ł., Aliny S. i ks. Stanisława K. Powód? Nie wykryto sprawcy.
[srodtytul]Wydał go telefon[/srodtytul]
Dawid znów atakuje proboszcza Mariana M. Żąda osiem razy po 500 zł. Miejsce przekazania pieniędzy – ławka w ogródkach działkowych. W liście podaje numer komórki. Ksiądz ma zadzwonić z parafii i odłożyć słuchawkę, żeby się tylko numer wyświetlił. Znak, że pieniądze są. “Żebym nie jeździł po darmo do Wierzchowia” – tłumaczy Dawid ofierze. Jeśli ksiądz nie spełni żądania, to on zawiadomi kurię, a potem wszystkich. Wstyd na całą Polskę.
Ks. Marian M. 22 czerwca 2009 r. dzwoni jednak na policję w Krakowie. Zasadzka znowu się nie udaje, choć operacyjni siedzą w krzakach aż 19 godzin. Aspirant Józef B. idzie jednak tropem numeru komórkowego. Ustala, że był aktywny od 25 lutego do 4 maja. Ale w tym czasie nie wykonano żadnego połączenia... Jest jednak zgłoszenie do gry na numer RMF FM.
Policjant ustala numer aparatu, do którego włożona była karta szantażysty. Okazuje się, że z tym aparatem współpracowała inna karta SIM. Telefon jest zarejestrowany na Krzysztofa M., kierowcę busa, który jeździ między Olkuszem a Krakowem.
Trzy dni później policja zatrzymuje Krzysztofa M., następnego dnia Dawida D. – 25-letniego mieszkańca Wierzchowia, studenta piątego roku zarządzania Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie.
15 lipca prokuratura w Krakowie wznawia umorzone śledztwo i łączy wszystkie sprawy w jedną, uznając, że są dowody na to, iż sprawca wszystkich czynów to jedna i ta sama osoba.
Dawid D. od razu się przyznaje. Z jego domu policja zabiera kopertę z wypisanym nazwiskiem Lesława G. i przygotowany do wysłania kolejny list do księdza Mariana M. A także dowody: zeszyty: A5 60-kartkowy oraz A5 32-kartkowy, dwa laptopy, pendrive, kopertę z pieniędzmi (1,7 tys. zł) i telefon komórkowy.
– To, że wpadłem na pomysł żądania pieniędzy od ludzi, to była taka głupota. To, że oni mnie nie znają, mnie ośmielało – tłumaczy policjantom Dawid. – Jestem spokojną osobą, nawet przewrażliwioną. Wybierałem ich przypadkowo, część tych gróźb to był zwykły blef, ludzie na wsiach różne rzeczy mówią. Ja uważam, że każdy człowiek ma coś na sumieniu.
Twierdzi, że jest mu przykro. Po przesłuchaniu prokuratura wypuszcza go do domu. Grozi mu do dziesięciu lat więzienia.
Ks. Marian M. ma żal do Dawida. Komunię mu dawał, chrzcił, bierzmował. – To w pewnym sensie moja osobista przegrana – przyznaje ze smutkiem. – Człowiek przecież serce wkłada w wychowanie. Dlaczego tak zrobił, nie wiem, chyba z głupoty, bo z czego?
Zbigniew Ł.: – Podejrzewaliśmy, że to ktoś od nas, ze wsi. Myśleliśmy, że to może być on, taka rodzina trudna. My jakąś dalszą rodziną jesteśmy. Gdyby ojciec jego żył, toby mu tyłek sprał i tyle. To zdolny chłopak. Nie wiem, co mu strzeliło do głowy. Z domu nic dobrego nie wyniósł. Może w tym Krakowie widział, że mają te gadżety elektroniczne, telefony, też chciał mieć? Nas nie przeprosił. Unika nas, po krzakach się chowa. Sam wstyd jest największą karą. Człowiek musi wybaczać.
Ewa M.: – Ja nie mam żadnych roszczeń, chcę ten temat zamknąć. Dziwię się, że ludzie płacili. Kara dla niego? Musi być, może jakby prace społeczne dostał, toby zrozumiał, jak ciężko się na chleb zarabia.
Krystyna N.: – On się tym szantażowaniem rozwydrzył, tyle lat to ciągnął. A mnie się wydaje, że z biedy nie można się posunąć do takiego przestępstwa. Kara powinna być. Sprawiedliwa.
[srodtytul]W oczy nie patrzył[/srodtytul]
Dawid D. mieszka w Wierzchowiu w małym, starym, zniszczonym domu z matką, siostrą, ciotką, czwórką jej dzieci i jej mężem. Jego ojciec zmarł kilka lat temu. Z matką mają po nim rentę, w sumie 1,4 tys. zł. Spomiędzy pustaków wyskakuje mały pies na łańcuchu. Z szopy obok domu wychodzi Dawid. O tym, co zrobił, nie chce rozmawiać. W ręce ma siekierę. – Jak sobie stąd nie pójdziecie, to zadzwonię na policję, że mnie nachodzicie – mówi spokojnie i odchodzi za dom.
Ks. Marian wzdycha: – Poprosiłem go po tym wszystkim, jak się wydało, tu, do siebie. Przepraszał mnie, w oczy nie patrzył. Ale nie była to szczera skrucha.
[i]masz pytanie, wyślij e-mail do autorki [mail=i.kacprzak@rp.pl]i.kacprzak@rp.pl[/mail][/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA