Film

Samotnie przez okrutny świat

Sudan
Materiały Promocyjne, Monika Bułaj m.bu. Monika Bułaj
Fotografie Moniki Bułaj. Do końca sierpnia w Pałacu Dożów w Genui można oglądać zdjęcia autorstwa polskiej reporterki
Ciekawią ją wielkie religie monoteistyczne, a właściwie ich pogranicza: schizmy i herezje. Na zdjęciach i w reportażach utrwala rytuały. "Prowokuje tych, którzy święcie wierzą w uznane prawdy" – napisał o jej pracach recenzent "Suddeutsche Zeitung". – "Fotografuje bez flesza, bo szuka światła. Nawet tam, gdzie panuje cień, a detale i kontury są zatarte". U źródeł jej zainteresowań znajduje się filozofia Jerzego Nowosielskiego. Dzięki niemu odkryła prawosławie, które nazywa teraz skarbnicą pamięci dawnych religii. Z czasem zaczęła zgłębiać świat islamu i judaizmu.
Dziennikarz "La Stampy" stwierdził, że oglądającego jej zdjęcia "najmocniej uderza uniwersalizm tradycji, na pozór tak niezwykłych. Bogactwo pejzaży, ludzi i ich opowieści". Wysłannik "La Repubblica" ocenił: "Jeżeli podejrzewasz, że ostoją wiary nie są marmurowe katedry i metropolie, ale raczej peryferia, zapomniane wioski na rubieżach imperiów, powinieneś zobaczyć prace Moniki Bułaj". Teraz zajmują ją również kulty opętania – zar w Etiopii, santeria na Kubie czy wudu na Haiti, a także egzorcyzmy chrześcijan koptyjskich.
– We Włoszech, gdzie mieszka i pracuje, jest niezwykle ceniona – powiedział "Rz" Jarosław Mikołajewski, szef Instytutu Polskiego w Rzymie. – Jej książki, tak jak ostatnia "Boże dzieci", są szeroko komentowane. Widać je na witrynach księgarni w całym kraju. Zdumiewające, że w Polsce nie jest nawet w ułamku tak popularna jak tu. [srodtytul] Szukając podziemnej rzeki [/srodtytul] By spotkać znienawidzonych przez talibów islamskich mistyków, Monika Bułaj wyruszyła samotnie do ogarniętego wojną Afganistanu. Zapytana, dlaczego zdecydowała narazić się na niebezpieczeństwo, odparła: – Ktoś przecież musiał opowiedzieć o ludziach, którzy tam żyją. Do tej pory widzieliśmy tylko obrazy wojny i zła. Nie mamy pojęcia, jak wygląda codzienność Afganistanu. Nie wiemy, że w Kabulu 5 milionów ludzi mieszka w rozmieszczonych na wzgórzach chatkach z gliny. Żyją jak przed tysiącami lat, pośród rynsztoków, w ciemnościach. Twierdzi, że w Afganistanie pomimo szerzącej się przemocy i grozy istnieje świat dawnych tradycji. – Talibowie walczą nie tylko z umiarkowanymi muzułmanami, spokojnymi, pięknymi ludźmi – mówi. – Usiłują także zniszczyć nurt mistyczny. Przypomina on podziemną rzekę karmiącą islam i przekracza wewnętrzne granice, nawet tę między szyitami a sunnitami. W Afganistanie poruszała się samotnie. Twierdzi, że to wcale nie było tak bardzo ryzykowne. – Najniebezpieczniejszy moment wiązał się z podróżą samochodem z pancernymi szybami – wspomina. – Jechaliśmy z jednej bazy organizacji humanitarnej do drugiej. Mogliśmy zginąć, bo w deszczu nie zostaliśmy rozpoznani przez żołnierzy z sił międzynarodowych. [srodtytul]Aparat daje pretekst [/srodtytul] Zdaniem reporterki w Afganistanie najbardziej ryzykują tubylcy, którzy – by wyżywić rodziny – decydują się współpracować z ludźmi z Zachodu. Wobec kryzysu i braku miejsc pracy oferty Europejczyków czy Amerykanów są jedyną szansą na zatrudnienie. Ale można za nie zapłacić głową. – Życie cudzoziemców mierzy się inną miarą niż życie Afgańczyków – twierdzi Monika Bułaj. – W razie porwania ktoś się za nami wstawi i wyłoży pieniądze. Losem afgańskich cywilów porwanych przez talibów nikt nie będzie się przejmował. W drogę zabiera ze sobą jak najmniej: mapy, słowniki, zmianę ubrania, śpiwór i aparat. – Każdego ranka uczę się fotografowania od początku – mówi. Podróżuje z leicą, tak jak Robert Capa, ceniony przez nią reporter wojenny. Najchętniej używa obiektywu 35 mm, rzadziej 21 i 50. Zoom, jak powiada, ma "w nogach". – Fakt, że mogę robić zdjęcia, uważam za przywilej – wyjaśnia. – Aparat jest narzędziem poznania, daje dobry pretekst. Jako fotograf mogę być bliżej ludzi w sytuacjach, w których normalnie nie odważyłabym się do nich podejść. Jednocześnie moja leica okazuje się czasem ochroną przed zbyt intensywnymi doznaniami. Twierdzi, że fotografując, porozumiewa się z ludźmi bez słów. Zdarza się wprawdzie, że długo rozmawia ze swymi bohaterami (włada włoskim, niemieckim, francuskim, angielskim, rosyjskim, hiszpańskim, uczy się arabskiego i perskiego), ale wtedy nie robi zdjęć. – Ludzie muszą zaakceptować moją obecność, ale nie mogą poświęcać mi uwagi – tłumaczy. – Czekam, aż po rozmowie powrócą do zajęć, zapomną o mnie i dopiero fotografuję. Podkreśla, że zdjęcie musi się bronić samo, bez objaśniającego tekstu. – Jednocześnie za każdym zdjęciem kryje się historia – mówi. – Dotyczy spotkania z innym i nie sposób utrwalić jej na kliszy. Dlatego piszę reportaże. W każdej podróży towarzyszy jej książka. Dobiera ją zawsze z wielką starannością, musi pasować do tematu. Na Kaukaz wzięła "Czas utracony" Andrieja Tarkowskiego i haiku Kobayashiego Issy. Obie pozwalały ćwiczyć spojrzenie, przypominały, że sztuka ma przygotować nas do śmierci, zwrócić w stronę dobra. Do Afganistanu zabrała "The Light Garden of the Angel King" – książkę Petera Levi, jezuity i archeologa, towarzysza wypraw Bruca Chatwina, jednego z pisarzy, których podziwia. Jej podróże nie trwają dłużej niż dwa miesiące. Potem wraca do Triestu, gdzie mieszka z trzema synami. Uważa, że czasem to powrót okazuje się najtrudniejszy. Tak było, gdy dobiegła końca wyprawa do plemienia Dinka z Sudanu. Zobaczyła świat po wojnie, która trwała 26 lat. Epidemie i bieda sprawiły, że jako 40-latka była jedną z najstarszych osób w okolicy. – Potem w Europie patrzyłam na eleganckich ludzi spacerujących po pięknych placach i przesiadujących w drogich restauracjach – mówi. – Zastanawiałam się, jak można tak żyć, w nadmiarze wszystkiego i poczuciu całkowitego bezpieczeństwa? Wspominałam taniec trędowatych dziewczyn na sawannie. Słyszałam ich śmiech i śpiew. Myślałam, że choć są tak ubogie, współczują tym, którzy mają jeszcze mniej.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL