fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Świat

I pamięć, i pojednanie

Premier Tadeusz Mazowiecki i kanclerz Helmut Kohl w Krzyżowej w 1989 r.
Fotorzepa, Anna Brzezińska AB Anna Brzezińska
Gotowość do zrozumienia cudzych nieszczęść świadczyłaby o sile narodu, który jest dziś na tyle spokojny o swój byt, że może bez lęku dyskutować o przeszłości – pisze publicysta Wojciech Pięciak
Mówienie o pojednaniu z Niemcami wyszło w polskiej polityce z mody. Dominujący trend neguje to, co kiedyś osiągnięto w relacjach polsko-niemieckich, a czasem wraca do retoryki sprzed 1989 r. Tymczasem przekonywanie, że wysiedlenie Niemców po 1945 r. było uzasadnione moralnie, świadczy nie o naszej sile, ale o słabości.
Podejmując na łamach „Rzeczpospolitej” (z 2 czerwca) kwestię ostatniego sporu polsko--niemieckiego, Ryszard Bugaj – społeczny doradca prezydenta RP – stwierdził, że „powinniśmy Niemcom powiedzieć jasno: Polska uważa, że przesiedlenia [ludności niemieckiej po 1945 r.] były historycznie i moralnie uzasadnione”. Bugaj przyznaje wprawdzie, że „historyczna i etyczna ocena wysiedleń musi respektować trudne do pogodzenia racje moralne” i ubolewa, że „doszło do zbędnej przemocy”.
Jednak zasadnicza teza brzmi: „Powinniśmy powiedzieć jasno: Polska uznaje przesiedlenia za historycznie i moralnie w pełni uzasadnione”. Tekst zaś kończy konstatacja, że chyba mamy w Polsce „problem z elementarną lojalnością części intelektualnych elit wobec społeczności narodowej”.
[srodtytul]Gotowość wybaczenia[/srodtytul]
Swoją tezę Ryszard Bugaj formułuje jakby przy okazji – na marginesie rozważań z jednej strony nad ostatnim sporem wywołanym włączeniem do kampanii wyborczej CDU/CSU w Niemczech „wątku wypędzeń” i z drugiej strony włączeniem do kampanii wyborczej PiS wątku „zagrożenia niemieckiego”. Tymczasem jest ona na tyle poważna, że warto się oderwać od bieżącej awantury (w jakiejś mierze rytualnej, zresztą po obu stronach Odry) i zastanowić – nad nią samą i nad jej skutkami.
Twierdząc, że wygnanie Niemców z przyznanych Polsce w 1945 r. ziem niemieckich było uzasadnione historycznie i moralnie (a kto uważa inaczej, nie jest patriotą), Ryszard Bugaj stawia w ogóle pod znakiem zapytania paradygmat pojednania. Wprawdzie to nie pierwszy taki głos w ostatnich latach, ale chyba pierwszy poruszający się tak kategorycznie na płaszczyźnie moralnej (wcześniej argumentowano raczej na płaszczyźnie politycznej, np. że idea pojednania skutkowała „polityką prowadzoną na czworakach”).
Co to jest paradygmat pojednania? To idea, którą od lat 60. część polskich elit – początkowo tych wywodzących się ze środowisk działających w PRL legalnie, ale mniej lub bardziej niezależnych od władz, potem, w latach 80., także z podziemnej opozycji – wprowadzała do relacji polsko-niemieckich (wielu z tych ludzi było zresztą uczestnikami wojny).
Jak rozumieli oni słowo „pojednanie”? Większość zgodziłaby się chyba z opisem Aleksandra Smolara: „Jeśli pojednanie coś w ogóle znaczy, poza retoryką religijnych czy państwowych obrzędów, to właśnie zdolność rozumienia innych, wyrozumiałość, gotowość wybaczenia w imię wspólnie przeżywanej prawdy o przeszłości, w imię podzielanych ideałów wolności, demokracji i sprawiedliwości”.
Dlaczego ci ludzie uważali, że pojednanie jest w relacjach z Niemcami potrzebne? Czy byli – jak twierdzi dziś wielu intelektualistów i polityków – szlachetni, ale naiwni?
Bynajmniej. Oddajmy głos Jerzemu Turowiczowi. Wieloletni redaktor naczelny „Tygodnika Powszechnego” nigdy raczej nie polubił Niemców. Obserwując go przez wiele lat, wolno chyba powiedzieć, że choć miał wśród nich przyjaciół, to – inaczej niż jego współpracownicy, np. Stanisław Stomma czy Mieczysław Pszon (w czasie wojny oficer AK) – do końca życia zachował emocjonalną powściągliwość wobec Niemców.
Zarazem tak tłumaczył (już w latach 90., podczas jednego z wystąpień) motywy, którymi on i jego środowisko się kierowali , stawiając na paradygmat pojednania: „Po pierwsze była to chrześcijańska wiara, ewangeliczny nakaz przebaczenia i miłości bliźniego – nawet jeśli ten bliźni jest odwiecznym wrogiem. Po drugie był to polityczny realizm i świadomość, że, Polacy i Niemcy na zawsze pozostaną sąsiadami”.
[srodtytul]Debaty o tożsamości[/srodtytul]
I rzeczywiście, paradygmat pojednania zaprocentował po 1989 r.: ułatwił normalizację relacji ze zjednoczonymi już Niemcami, a potem pomógł w wejściu Polski do zachodnich struktur. Mimo to – a może dlatego, że osiągnięto cele strategiczne – od końca lat 90. paradygmat pojednania zaczął ustępować paradygmatowi pragmatycznej współpracy, a potem współpracy w klimacie sporu.
I tak to trwa do dziś. Objęcie rządów przez PO nie wprowadziło nowej jakości; wydaje się, że ani jedna, ani druga strona nie ma pomysłu, jak taka nowa jakość może wyglądać (to także temat na osobny tekst).
Dlaczego warto to przypomnieć w kontekście tekstu Ryszarda Bugaja? Konstatacja, że Bugaj wchodzi w „buty” komunistów, skoro w PRL temat niemiecki był instrumentalizowany, byłaby prostacka. Chodzi o coś poważniejszego niż zabawa w analogie historyczne: debaty, prowadzone zresztą nie tylko w Polsce, których tematem jest na pozór tylko historia – także np. o lustracji, interpretacji roku 1989, relacjach polsko-żydowskich podczas II wojny itd. – są również, a może przede wszystkim, debatami o tożsamości współczesnych ludzi.
Prof. Manfred Wilke, jeden z najlepszych w Niemczech znawców historii NRD i rozliczeń z komunizmem po 1989 r. (był też konsultantem filmu „Życie na podsłuchu”), mówi: „Istota sporów historyczno-politycznych po 1989 r. w krajach Europy Środkowej sprowadza się do tego, że chodzi w nich nie tylko o interpretację przeszłości i o to, jak obchodzić się z tym dziedzictwem.
Chodzi tu głównie o tożsamość współczesnych. W takich sporach stawką jest zawsze przyszłość. I wartości, które mają być dla nas punktami odniesienia, gdy tę przyszłość kształtujemy, także w wymiarze polityki i kultury” („Tygodnik Powszechny” nr 23).
Każdy chyba naród ma skłonność do konstruowania wyższych uzasadnień (historiozoficznych, moralnych) dla swej historii. Może to przybierać różne formy – od amerykańskich filmów, gdzie roi się od herosów, po próbę narzucania przez Rosję „jedynie słusznej” interpretacji historii nie tylko własnym obywatelom, ale też innym krajom.
[srodtytul]Racja stanu[/srodtytul]
Wracając do spraw polsko-niemieckich, pytanie brzmi: jak dziś oceniamy powojenne wygnanie ludności niemieckiej i towarzyszące temu wydarzenia (Bugaj określa je mianem „zbędnej przemocy”)? Jak interpretujemy je dziś na nowo? Co jest naturalne: każde kolejne pokolenie tworzy swój obraz przeszłości, często irytując tym zresztą „pokolenie świadków”, którzy chcieliby, aby to ich interpretacja była obowiązująca.
Mówiąc inaczej: czy chcemy (musimy?) szukać także moralnych i historycznych uzasadnień dla wygnania ludności niemieckiej? („wygnanie” – tak również można tłumaczyć niemieckie „Vertreibung”, pozbawiając je irytującego balastu politycznej instrumentalizacji).
Idąc dalej: czy dziś, w 2009 r., nie wystarczą uzasadnienia polityczne i pragmatyczne, że po zagarnięciu Kresów przez ZSRR i „przesunięciu” granic Polski (w tym momencie było obojętne, że była to Polska komunistyczna) wygnanie ludności niemieckiej ze Śląska, Pomorza itd. było polską racją stanu. Że było to koniecznością – z punktu widzenia pragmatycznego, politycznego, a także ludzkiego.
Oddajmy jeszcze raz głos Turowiczowi, który w latach 90. stwierdził: „Jedna z przeszkód na drodze do pojednania wiązała się z faktem, że zwycięskie mocarstwa ustaliły między sobą tzw. przesunięcie Polski na zachód. Skutkiem tego po 1945 r. dawne tereny niemieckie na wschód od granicy na Odrze i Nysie zostały przyznane Polsce, poniekąd jako odszkodowanie za ziemię, którą Polska musiała oddać Sowietom.
W oparciu o decyzje poczdamskie ludność niemiecka tych, teraz polskich, terenów została wysiedlona i byliśmy świadomi, że Niemcom trudno będzie pogodzić się z tą stratą. Ale mieliśmy też świadomość, że jest to proces nieodwracalny, że granica na Odrze i Nysie pozostanie granicą ostateczną, a wygnanie Niemców było nie do uniknięcia”.
Turowicz mówił dalej: „Po okropnościach, dokonanych przez Niemców podczas okupacji Polski, nie sposób było wyobrazić sobie po 1945 r. pokojowego współżycia Polaków i Niemców w Gdańsku czy Wrocławiu. (...) Odpowiedzialność za cierpienia Niemców podczas wojny i po wojnie w pierwszym rzędzie obciąża III Rzeszę, gdyż pierwotną przyczyną obu tych faktów – włączenia dawnych niemieckich ziem wschodnich do państwa polskiego oraz wysiedlenia z nich ludności niemieckiej – był Adolf Hitler i jego polityka”.
[srodtytul]Polityka i ewangelia[/srodtytul]
Wygnanie po 1945 r. Niemców z ich rodzinnych domów – niezależnie od ich indywidualnej winy (wygnano także tych represjonowanych przez gestapo) – było więc uzasadnione politycznie i społecznie. Ale czy było moralne? Przywołajmy postać kardynała Augusta Hlonda. To, co ówczesny prymas Polski zrobił w 1945 r. jest przykładem, jak działanie w imię racji stanu może się rozbiegać z moralnością.
W sierpniu i wrześniu 1945 r., organizując polski Kościół na Ziemiach Odzyskanych, Hlond usunął z Warmii i Śląska biskupów ordynariuszy niemieckich diecezji. Żądając od nich zrzeczenia się urzędu, powoływał się na uprawnienia dane mu 8 lipca 1945 r., przez papieża Piusa XII. Tyle że dotyczyły one terytoriów polskich, a w lipcu konferencja poczdamska miała się dopiero odbyć (zresztą nawet potem minęło sporo czasu, nim Watykan ustanowił stałą administrację kościelną na Ziemiach Odzyskanych).
Hlond zadziałał więc jak klasyczny polityk, w imię polskiej racji stanu. Stworzenie polskiej administracji kościelnej na tych terenach było ważne dla ludzi zaczynających tam nowe życie po wygnaniu z Kresów albo po tym, gdy ich domy w Polsce centralnej zniszczyli wcześniej Niemcy. Aby to się udało, trzeba było usunąć niemieckich duchownych – podwójnych struktur być nie mogło. A więc i biskupów, i księży; przybywający na Śląsk czy Mazury polscy duchowni często wyrzucali za drzwi parafii swych niemieckich braci w kapłaństwie.
Hlond działał na rzecz swego narodu. Ale czy było to moralne, zgodne z ewangelią? Czy ten wielki Polak jest dobrym kandydatem na świętego dla Kościoła powszechnego? Choć minęło ponad 60 lat, pytanie wraca co jakiś czas – choć nie na pierwszych stronach gazet. Ocena postaci Hlonda jest przedmiotem cichego sporu między Kościołem w Polsce i w Niemczech – i chyba jedną z przyczyn tego, że otwarty w 1992 r. w Polsce proces jego beatyfikacyji ciągnie się w nieskończoność.
[srodtytul]Trzeba pamiętać[/srodtytul]
Mówiąc w latach 90. o pamięci i pojednaniu, Jerzy Turowicz polemizował z... listem biskupów polskich do biskupów niemieckich z 1965 r., w którym padło słynne zdanie „Wybaczamy i prosimy o wybaczenie” (wtedy, podczas PRL-owskiej nagonki na Kościół, bronił biskupów; w latach 90. mógł sobie pozwolić na polemikę). W przemówieniu na 30. rocznicę listu mówił: „Niech wolno mi będzie sformułować jedno zastrzeżenie do jego treści. Otóż biskupi napisali do swych niemieckich współbraci i takie zdanie: »Spróbujmy zapomnieć! Nie prowadźmy już dalszej polemiki, dalszej zimnej wojny, rozpocznijmy dialog...«. Dlaczego mam zastrzeżenie do tego zdania? Oczywiście, biskupi mieli rację, wzywając do zakończenia zimnej wojny i do dialogu. Ale wezwanie »Spróbujmy zapomnieć!« nie jest ani realistyczne, ani słuszne. Pokolenie Polaków, którzy przeżyli wojnę i niemiecką okupację, to pokolenie nie może zapomnieć. Sądzę zresztą, że to samo dotyczy chyba także niemieckiego pokolenia wojennego. Dopiero kolejne generacje, dla których wojna i jej okrucieństwa staną się historią (albo już są historią) będą mogły zapomnieć. Choć, z drugiej strony, może w ogóle nie powinno się zapomnieć, a przeciwnie, powinno się przechować pamięć, po to, aby to się już nigdy nie powtórzyło”.
W istocie paradygmat pojednania nie kłóci się wcale z postulatem zachowania pamięci – o polskich cierpieniach czy o polskim wysiłku w walce o wolność. Więcej nawet: gotowość do zrozumienia cudzych nieszczęść może świadczyć o sile narodu, który jest dziś na tyle spokojny o swój byt i na tyle świadomy swych zalet i wad – że może bez lęku dyskutować o przeszłości.
Paradygmat pojednania nie wyklucza też, aby pamiętania o ciągu przyczynowo-skutkowym oraz o historycznych kontekstach oczekiwać od niemieckiego partnera.
[i]Autor relacjonował w 1989 r. w polskiej prasie Jesień Ludów w NRD; od 1991 r. jest redaktorem „Tygodnika Powszechnego”.
Autor m.in. książek „Jak obalano mur. Niemcy 1988 – 1996” (1996) i „Niemiecka pamięć. Współczesne spory w Niemczech o miejsce III Rzeszy w historii, polityce i tożsamości 1989 – 2001” (2002). Przygotowuje książkę o rozliczeniach z komunizmem w byłej NRD[/i]
[ramka][srodtytul]Pisał w Opiniach[/srodtytul]
[b]Ryszard Bugaj[/b]
Niezdolni do obrony interesów narodowych Powinniśmy Niemcom powiedzieć jasno: Polska uważa, że przesiedlenia były historycznie i moralnie uzasadnione. Nie uznajemy żadnych praw wypędzonych „do stron ojczystych”
[i]2 czerwca 2009[/i][/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA