fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Media

Z polityka dziennikarz

O liczbie cyfr w kontrakcie, jaki Jan Rokita zawarł z „Dziennikiem”, krążą legendy
Fotorzepa, Pio Piotr Guzik
Jan Rokita chwali sobie bycie publicystą. – Można znów praktykować zwykłe cnoty: roztropność, prawdomówność, umiarkowanie. Czyli wszystko inaczej niż w prawdziwej polityce – mówi
To nie musi być droga w jedną stronę. Polityk, który staje się dziennikarzem, może wrócić do polityki. Zdarza się też przeplatanie się obu ról, tak jak w przypadku Marka Markiewicza i Jerzego Marka Nowakowkiego. Ale to wyjątki.
Większość byłych partyjnych działaczy, którzy dzisiaj są publicystami, deklaruje w rozmowie z „Rz”, że do polityki za nic nie chce wrócić. Przekonują, że teraz są niezależni. Nie mają wodza, którego musieliby słuchać z nabożeństwem, nie dostają siódmych potów na myśl o zbliżających się wyborach.
W takim duchu wypowiadają się Jan Rokita i Witold Gadomski, w mniejszym stopniu na przykład Waldemar Kuczyński i Mirosław Czech. Ale czy rzeczywiście pozbyli się bakcyla polityki?
[wyimek]Są dziennikarze, którzy bywają politykami. To takie dziennikarsko-polityczne wańki-wstańki[/wyimek]
[srodtytul]Legendarny kontrakt[/srodtytul]
Najbardziej znany z tego grona Jan Rokita kilka miesięcy temu stał się kontraktowym publicystą „Dziennika”. Był jednym z kilku posłów, którzy zasiadali w Sejmie nieprzerwanie od 1989 roku. I lubił to podkreślać. Był też prominentnym działaczem PO i niedoszłym premierem z Krakowa. I jednym z rozmówców najchętniej wybieranych przez dziennikarzy. Nawet wtedy, gdy był już w Platformie marginalizowany. Stał się bezrobotny, kiedy zrezygnował ze startu w ostatnich wyborach do Sejmu, bo z konkurencyjnej listy PiS kandydowała jego żona Nelli.
Dlaczego został publicystą? – Bo umiejętności, jakie w życiu posiadłem, nie ma tak wiele. A pisać o polityce umiem – tłumaczy. – Miałem to szczęście, że gdy przez prawie pół roku nie mogłem się zdecydować, szefostwo „Dziennika” regularnie mnie agitowało, wymyślało coraz to nowe argumenty i stawiało przy okazji dobre obiady. No więc w końcu uległem i nie żałuję.
Nie żałuje także ze względów finansowych. O liczbie cyfr w kontrakcie, jaki zawarł z „Dziennikiem”, krążą legendy.
[srodtytul]Niewierna polityka[/srodtytul]
Takiego szczęścia finansowego nie mieli najprawdopodobniej ani Mirosław Czech, ani Witold Gadomski zatrudnieni przez „Gazetę Wyborczą”. – I w jednej, i w drugiej pracy nie najgorzej zarabiałem – ocenia Czech.
Publicysta „GW”, historyk z wykształcenia, był posłem przez dwie kadencje i sekretarzem generalnym Unii Wolności. Jest uważany za jednego ze sprawców wyjścia liberałów z UW pod koniec 2000 roku. Na partyjnym kongresie skłaniał delegatów do wycinania w pień ze składu kierownictwa polityków związanych z Donaldem Tuskiem.
Z polityki odszedł po kolejnych przegranych przez jego partię wyborach i przekształceniu w 2005 roku UW w Partię Demokratyczną. – To nie ja zrezygnowałem z polityki, tylko polityka zrezygnowała ze mnie – mówi. I przekonuje, że nieprzypadkowo został dziennikarzem, bo był redaktorem w Zakładzie Wydawniczym Tyrsa (zajmującym się problematyką ukraińską, Czech jest pochodzenia ukraińskiego).
Twierdzi, że i w jednej, i w drugiej roli się odnajduje. – Czuję się wolny, bo jestem wolnym człowiekiem – to jedno z bardziej konkretnych stwierdzeń, jakie wypowiedział w rozmowie z „Rz”. Za nic nie chciał na przykład powiedzieć, kto z kierownictwa „Wyborczej” złożył mu ofertę pracy.
Nieufność Czecha w mówieniu o swoim dziennikarstwie może się brać stąd, że przez inne media jest uważany za głównego ideologa „GW”. Sam krytykuje „Rz” i jest na jej łamach krytykowany. Jego redaktor naczelny Adam Michnik formalnie zrezygnował z polityki w 1991 roku. Nie chciał już startować do Sejmu. Ale z „Wyborczej” uczynił narzędzie wyrażania ideologii, którą wyznawał. W środowiskach prawicowych panuje opinia, że Michnik tak naprawdę politykiem nigdy nie przestał być.
Kolega Czecha z „Gazety” Witold Gadomski należy do tej dość licznej grupy osób, które w PRL i na początku transformacji traktowały politykę i dziennikarstwo jako wspólną aktywność.
Ekonomista z wykształcenia. Zaczynał na początku lat 80. w miesięczniku „Niepodległość”, w którym główną rolę odgrywał Jerzy Targalski (twórca określenia „ubekistan”). – Później pętałem się po mało ważnych pracach, jak spółdzielnia zegarmistrzów i złotników – opowiada. Dopiero dzięki pracy w czasopiśmie „Ład”, w którym szefem jego działu był Krzysztof Czabański, stał się publicznie rozpoznawalny. – Moje teksty głównie ekonomiczne, ale i polityczne, były cytowane w Wolnej Europie – zaznacza.
Flirt z polityką rozpoczął w 1988 roku, gdy przystąpił do gdańskiego Kongresu Liberałów, wówczas jeszcze stowarzyszenia. A w pierwszych wolnych wyborach do Sejmu został posłem Kongresu Liberalno-Demokratycznego. Jego pozycja była na tyle silna, że dostał dobre miejsce na liście krajowej. I był jednym z głównych ekspertów ekonomicznych tej partii. Jednocześnie pełnił funkcję zastępcy redaktora naczelnego „Gazety Bankowej”, a następnie naczelnego gazety „Nowa Europa”.
– Pamiętam, że wstając ze swojego miejsca na sali sejmowej, podchodziłem z dyktafonem do ministra z prośbą o wywiad – wspomina Gadomski. – Szybko stało się dla mnie jasne, że był to oczywisty konflikt interesów. Dzisiaj byłaby to sytuacja niedopuszczalna.
Gdy został publicystą „Gazety Wyborczej”, pytał przypadkowo spotkanych znajomych na ulicy: – Co, myślicie, że zwariowałem?
Być może dla niego samego wybór tego miejsca pracy był wtedy zadziwiający.
[srodtytul]Świadek historii[/srodtytul]
To polityka zrezygnowała z Gadomskiego, podobnie jak później z Czecha, czy nawet Rokity, który sam o sobie mówił, że w Klubie PO „jest szarą myszką”. Gdy Gadomski, dzisiejszy publicysta „GW”, startował z list KLD do Sejmu w następnych wyborach w 1993 roku, jego partia nie przekroczyła 5-proc. progu. Ale Gadomski zapewne i tak by się nie dostał. – Zostałem karnie skierowany do województwa ciechanowskiego, o najwyższym poziomie bezrobocia – ujawnia. Jako sztandarowy liberał nie miał w tym okręgu większych szans. – Wtedy nie miałem już entuzjazmu do polityki. Potem ani ja, ani koledzy nie staraliśmy się nawiązać kontaktu. Choć cieszę się z tego politycznego epizodu w moim życiu, bo zobaczyłem ją od wewnątrz, miałem wrażenie, że jestem świadkiem historii – tak kwituje ten etap życia.
[wyimek]To polityka zrezygnowała z Gadomskiego, podobnie jak później z Czecha czy nawet Rokity[/wyimek]
Podobną ocenę wygłasza Waldemar Kuczyński. – Jestem publicystą, który rykoszetem trafił do polityki – mówi.
Ale jego związki z polityką były znacznie dłuższe i głębsze. Kluczowa w nich była znajomość z Tadeuszem Mazowieckim. Wcześniej jednak, bo już na przełomie lat 50. i 60., zaczął pisywać, choć jeszcze sporadycznie, gdzie się dało. – Po 1968 roku bardziej się uaktywniłem, umieszczałem swoje teksty, najczęściej ekonomiczne, w „Gromadzie Rolnik Polski”, „Życiu Gospodarczym”, „Chrześcijanie w świecie” – przypomina sobie Kuczyński.
W tym ostatnim czasopiśmie umieścił tekst o rewolucji Salvadore Allende w Chile: – „Masz duży talent publicystyczny”, powiedział mi Michnik. Zapamiętałem to zdanie, choć wtedy uważałem go raczej za młokosa.
Później jak większość opozycjonistów współpracował z prasą drugiego obiegu. Uważa, że najwięcej dała mu współpraca z „Robotnikiem”: – Dziewczyny, które redagowały tam teksty, ostro się z nimi obchodziły, by mogły być strawne także dla robotników. W ten sposób nauczyły mnie pisać w miarę prosto i zrozumiale.
Mazowieckiego, który podczas Sierpnia ,80 zaprosił Kuczyńskiego do powstającego właśnie „Tygodnika Solidarność”, poznał w latach 70. w Towarzystwie Kursów Naukowych. Potem razem siedzieli w obozie internowania. Gdy powstawał rząd Mazowieckiego, Kuczyński przyjechał właśnie z Paryża, gdzie przez kilka lat był na emigracji. Wrócił z powodu choroby matki. Zapytany przez pierwszego niekomunistycznego premiera, czy jest gotów pomóc, powiedział, że tak. – Mazowiecki przez dłuższą chwilę nie odpowiadał, myślałem, że dostałem kosza – wspomina.
Tak jednak nie było. Kuczyński został szefem zespołu doradców premiera Mazowieckiego, a potem ministrem przekształceń własnościowych. Niczego w tym czasie nie publikował. – Byłem na służbie – mówi. Gdy Mazowiecki przegrał wybory prezydenckie, Kuczyński przekonał go, by zaapelował do swoich zwolenników: – Nie rozchodźcie się.
Krótko potem powstała Unia Demokratyczna. – Uważam siebie trochę za akuszera tej partii – ocenia nieskromnie. Kiedy Mazowieckiego na stanowisku szefa Unii Wolności (już po połączeniu UD z KLD) zastąpił Leszek Balcerowicz, Kuczyński zaczął się powoli wycofywać z partyjnej polityki, był jeszcze jednym z tzw. strategicznych doradców Jerzego Buzka.
[srodtytul]Albo wódz, albo klient[/srodtytul]
Kuczyński od kilku lat pisze teksty dla „Gazety Wyborczej” i „Rzeczpospolitej”. Miał też propozycję bliskiej współpracy z „Polityką”. – Nic z tego nie wyszło, głównie z mojej winy. Na etacie jestem w ZUS – tak wyjaśnia swój status zawodowy. Jest emerytem.
Nosi się z zamiarem wydania politycznych dzienników. – Mam ponad tysiąc stron notatek, to byłby materiał nie do obejścia przez historyków – uważa. Na razie wstrzymuje się z publikacją. – Może jest jeszcze za wcześnie? – zastanawia się.
Znaczenie własnych bieżących tekstów publicystycznych określa tak: – Wyrwałem chwasta pod nazwą IV RP. Teraz chcę go wyrwać do końca.
Od wszelkich afiliacji z polityką odcina się Gadomski. Jak mówi, skończył z nią raz na zawsze: – Byłem zniesmaczony. Nie lubiłem podlizywania się wyborcom. Nie znosiłem też bycia klientem partyjnych władz, wiszenia u ich klamki, szczególnie, gdy tworzone są listy wyborcze. Bo w polityce jest się albo wodzem, albo klientem – ocenia.
Zdecydowanie bardziej ceni zawód dziennikarza. – W dziennikarstwie znacznie więcej ode mnie zależy, nikomu nie muszę się podlizywać – zaznacza.
Podobnie mówi Rokita: – Niebo a ziemia w porównaniu z polityką. Spokój, samodzielność, pełna niezależność, nikt cię nie szarpie i nie opluwa, z nikim się nie trzeba szarpać, można pisać dokładnie to, co się chce i myśli, bez tej totalnie ogłupiającej przesady, która znamionuje wszelkie oświadczenia polityków. Można więc znów praktykować zwykłe cnoty: roztropność, prawdomówność, umiarkowanie. Czyli wszystko inaczej niż w prawdziwej polityce.
[srodtytul]Meandryści i występy gościnne[/srodtytul]
Są dziennikarze, którzy bywają politykami. To takie dziennikarsko-polityczne wańki- wstańki. Najbardziej znani to Marek Markiewicz, pierwszy przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, oraz Jerzy Marek Nowakowski. Markiewicz dwukrotnie był posłem, w Sejmie pierwszej kadencji i w czasie rządów AWS. Startował nawet w 1995 roku w wyborach prezydenckich, zrezygnował tuż przed I turą. Ale pracował też przez lata dla Polsatu (ta stacja dostała pierwszą ogólnopolską koncesję, gdy szefował KRRiT). Prowadził tam programy „Sztuka informacji” i „Bumerang”, oceniające innych dziennikarzy. Nie przeszkadzało mu to startować po raz kolejny do Sejmu. Był też szefem TV Biznes, należącej do koncernu Zygmunta Solorza.
Jeszcze bardziej meandryczna jest droga zawodowa Nowakowskiego. Był doradcą prezydenta Lecha Wałęsy i premiera Jerzego Buzka, wiceministrem w jego rządzie. Należał do Ruchu Stu i PiS. Był nawet wymieniany jako następca Anny Fotygi w rządzie Jarosława Kaczyńskiego. Ta polityczna aktywność nie przeszkadzała mu pracować w publicznych: telewizji i radiu. Pełnił też funkcję zastępcy naczelnego „Wprost”. Tuż przed publikacją raportu o weryfikacji WSI został z tego stanowiska odwołany. Ostatnio pisał dla „Newsweeka”.
Większość polityków swoje pisarskie zapędy realizuje w blogach. Ale są też tacy, którzy gościnnie występują na łamach gazet. Janusz Lewandowski, europoseł PO, ma swój cotygodniowy felieton w „Gazecie Wyborczej”. Pisze o ekonomii i UE. Andrzej Person, przez dziesięciolecia dziennikarz i działacz sportowy, a od dwóch kadencji senator Platformy, też pisuje do „Wyborczej”. Tyle że w sportowych tekstach przemyca wątki polityczne, w tonacji sprzyjającej partii-matce.
[srodtytul]Co z bakcylem[/srodtytul]
Ani Gadomski, ani Czech, ani Kuczyński nie są dzisiaj członkami żadnej partii. Wyjątkiem jest Rokita, który regularnie płaci składki. Jednak Kuczyński przyznaje, że gdyby pojawiła się propozycja polityczna stosowna do jego wieku (ma 70 lat), to chętnie by z niej skorzystał: – Ale nie zanosi się, by się pojawiła, i żadne cierpienie z tego dla mnie nie wynika.
Politolog Marek Migalski (który sam zmienił rolę i przedzierzgnął się z naukowca w kandydata PiS do PE) jest przekonany, że do polityki wróci Rokita. – To tylko długi urlop, a nie polityczna emerytura – twierdzi.
Rokita, człowiek, który w wieku 33 lat został szefem potężnego Urzędu Rady Ministrów w rządzie Hanny Suchockiej, pytany co dalej, odpowiada kokieteryjnie: – Dalej zamierzam po prostu coraz lepiej pisać.
Inne zdanie ma jego żona Nelli: – Janek poszedł na krótki urlop, wykazał klasę, ale jestem przekonana, że za niespełna trzy lata do polityki wróci.
Ciekawe, które z małżonków w stadle Rokitów ma rację w ocenie siły politycznego bakcyla.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA