Nowe technologie

Żaglówka bez żeglarza

Łodzie, jakie znamy z polskich jezior, przechodzą powoli do historii
Fotorzepa, Seweryn Sołtys Seweryn Sołtys
W pełni zrobotyzowane jachty ruszą wkrótce na regaty przez Atlantyk. Przez trzy miesiące będą nimi sterowały komputery – bez udziału ludzi
Regaty International Microtransat Challenge mają się rozpocząć pod koniec tego roku. Wezmą w nich udział całkowicie automatyczne żaglówki przygotowywane przez kilkanaście zespołów z całego świata. Jeszcze żadnej zrobotyzowanej łódce z takim napędem nie udało się pokonać Atlantyku. Trasa wyścigu będzie wiodła od wybrzeży Irlandii do Karaibów. W sumie ok. 7 tys. kilometrów.
[srodtytul]Co w tym trudnego[/srodtytul] – Jesteśmy w stanie ustanowić rekord świata – mówi Gion-Andri Busser kierujący szwajcarskim zespołem SSA. Ich łódź „Avalon”, zbudowana przy udziale firm projektujących jachty startujące w Pucharze Ameryki, przechodzi właśnie testy na Jeziorze Zuryskim.
W zależności od pogody i prędkości osiąganej przez jednostki regaty mogą trwać dwa – trzy miesiące. Przez ten czas inżynierowie będą mogli tylko się przyglądać. I na tym polega problem. Cały sprzęt ma być niezawodny, odporny na słoną wodę – a przede wszystkim musi dopłynąć do celu. Organizatorzy nie są wymagający – sami zawodnicy muszą wybrać punkt docelowy, a później „trafić” w niego z dokładnością do 50 kilometrów. Ale w odróżnieniu od autopilotów w łodziach motorowych sztuczny sternik na żaglówce musi brać pod uwagę nie tylko cel, ale także wiatr i zmiany pogody. Jak to ma działać? Inżynierowie z francuskiego Instytutu Aeronautyki i Przestrzeni Kosmicznej opracowali system komputerowy, który ma naśladować decyzje człowieka. Program Nawigator ustala drogę do celu. Program Sternik bierze pod uwagę kierunek wiatru i robi zwroty. W razie potrzeby omija inne jednostki. Program Trymer ustawia odpowiednio żagle. Największy problem jest ze Strategiem, który musi zaplanować trasę, uwzględniając dane satelitarne o pogodzie. [srodtytul]Hi-tech na wodzie[/srodtytul] Większość zautomatyzowanych żaglówek to przerobione małe łodzie. Tak jest w przypadku Roboat, austriackiej jednostki, która już trzykrotnie wygrywała regaty maszyn. Rumpel steru, liny do obsługi żagli (grota i foka) zostały podłączone do elektrycznych siłowników. Miejsca dla ludzi na pokładzie zajęły baterie słoneczne, które muszą dostarczyć prądu komputerom, czujnikom i podzespołom mechanicznym. Szwajcarski „Avalon” ma kadłub wykonany tak jak w jachtach regatowych. Maszt i bom są z włókien węglowych. Zastosowano w nim też oryginalne rozwiązanie ożaglowania – tzw. aerorig – praktycznie obywający się bez skomplikowanego i awaryjnego olinowania. Jako zasilanie awaryjne przewidziano nowoczesne ogniwa paliwowe. Komputer zamknięto w wodoodpornym przedziale kadłuba. Po co to wszystko? Takie samodzielne jednostki będą mogły prowadzić badania oceanograficzne. Rozwiązania techniczne trafią zaś do zwykłych jachtów żaglowych, zapewniając większy komfort i bezpieczeństwo załogom. Ale wszystko wskazuje na to, że jeszcze nieprędko zrezygnujemy z prawdziwego sternika. Organizatorzy regat robotów sami przyznają, że zapewne żaden jacht nie ukończy wyścigu. Natomiast „Avalon” dziewiczy rejs zakończył na mieliźnie. Ale to może się zdarzyć każdemu. [i]Masz pytanie, wyślij e-mail do autora: [mail=p.koscielniak@rp.pl]p.koscielniak@rp.pl[/mail][/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL