fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Historia

Bezpieka, narzędzie terroru

Zamek w Lublinie, gdzie już od końca 1944 roku więziono, torturowano i zabijano Polaków wiernych prawowitemu rządowi
IPN
Torturom poddawano niewinnych ludzi, aby wymusić na nich fałszywe zeznania dające pretekst do katowania kolejnych ofiar
„Przywiązanie do munduru polskiego żołnierza, pęd najszerszych mas Polaków do walki zbrojnej o wolną i demokratyczną Polskę usiłują wykorzystać wrogie elementy, często związane z niemiecką agenturą. […]
Nie należy dawać posłuchu jakimkolwiek nakazom mobilizacyjnym nie pochodzącym od Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego, a tych, którzy te rozkazy wydają, należy przetrzymywać i oddawać do dyspozycji władz PKWN”.
Ten dokument, datowany 28 lipca 1944 roku, zatytułowany „Zarządzenie Kierownika Resortu Bezpieczeństwa Publicznego”, rozplakatowany w Lublinie i okolicznych miasteczkach, a wzywający do wyłapywania i wydawania na śmierć żołnierzy Państwa Podziemnego, był pierwszym publicznym dokumentem polskiej bezpieki. Rozkaz jego rozpowszechniania już dwa dni po zajęciu miasta przez Armię Czerwoną wydał Stanisław Radkiewicz, szef instytucji, której nazwa nic jeszcze nie mówiła mieszkańcom terenów, na których kilka dni temu toczyły się zażarte walki.
[srodtytul]W „harmoszkach” na czele UB[/srodtytul]
Radkiewicz był synem poleskiego chłopa i w 1920 roku zaciągnął się do bolszewików zamierzających podbić jego kraj. Później uczył się w szkole Kominternu i konspirował w Komunistycznej Partii Polski w Zagłębiu. Stalinowskie czystki w końcu lat 30. przeczekał w polskim więzieniu, ale w czasie wojny zaciągnął się do Armii Czerwonej. W Biełomotach pod Moskwą nadzorował formowanie Samodzielnego Batalionu Szturmowego, elity późniejszego UB. Zbierał pod swoim dowództwem szkolonych przez NKWD kursantów z Aleksandrowska i Kujbyszewa. W Lublinie jego podwładni wyróżniali się grubiaństwem i charakterystycznym umundurowaniem, na które składały się granatowe spodnie i tzw. harmoszki, czyli buty z miękkimi, marszczącymi się cholewami.
W tych pierwszych miesiącach tworzący się resort bezpieczeństwa korzystał z parasola ochronnego wojsk NKWD, którymi dowodził gen. Iwan Sierow. To on już po kilku miesiącach pobytu w Lublinie meldował do Moskwy, że razem z polskimi podwładnymi aresztował „ponad 5450 członków AK i innych przestępców”. Tymczasem trwał werbunek do „polskiej” bezpieki. O ile do MO i Wojsk Wewnętrznych (w końcu 1944 roku – 17 tysięcy funkcjonariuszy) młodzi ludzie trafiali z przymusowego poboru, to do aparatu bezpieczeństwa (wówczas 3 tysiące funkcjonariuszy) przyjmowano głównie ochotników z armii Berlinga i z AL.
W ślad za zimową sowiecką ofensywą w głąb kraju ruszyły grupy operacyjne, których zadaniem była budowa struktur Urzędu Bezpieczeństwa. Funkcjonariuszom UB często towarzyszyli oficerowie Informacji Wojskowej oraz aktywiści PPR. Wprawdzie największe sukcesy w „oczyszczaniu” terenu z wrogich elementów nadal odnosiło NKWD, jednak członkowie kolaboranckich formacji służyli za przewodników i tłumaczy, pozyskiwali donosicieli, udawali partyzantów, organizowali kwatery i zaopatrywali w szaber. Bez przerwy odbywały się aresztowania, zapełniały się więzienia i obozy przejściowe, kolejne transporty odjeżdżały do Rosji. Od marca 1945 roku działał też Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego (KBW), liczący ponad 20 tysięcy żołnierzy.
Nie sprawdziły się słowa pieśni, w tym czasie chętnie śpiewanej podczas szkoleń i na nocnych popijawach:
To dudni nasz krok,
Krokiem mrok nocy pruj,
O inną dziś Polskę idziemy na bój,
O Polską Republikę Rad.
Ale chociaż UB formalnie nie stało się częścią NKWD, funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa, a później Służby Bezpieczeństwa, zawsze stali na straży interesów komunistycznej partii, zapewniającej satelicką podległość wobec Związku Sowieckiego.
[srodtytul]100 tysięcy konfidentów[/srodtytul]
Rozbudowa Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego i jego terenowych struktur trwała nieprzerwanie, podczas gdy komuniści realizowali swój scenariusz sowietyzacji kraju. Główną rolę odgrywała w nim bezpieka, która walczyła z partyzantką i podziemiem, niszczyła legalną opozycję, likwidowała prywatną własność w mieście i na wsi, a wreszcie podjęła bezwzględną walkę z Kościołem.
W hierarchii władzy Radkiewicz zajmował dopiero czwarte miejsce (po Bierucie, Bermanie i Mincu), ale rola bezpieki rosła z każdym rokiem. Ubeckie państwo w państwie wyciągało swoje macki po kolejne obszary życia społecznego. W 1948 roku ponad 50 tysięcy konfidentów gorliwie dostarczało potrzebnych bezpiece informacji, a w ciągu następnych pięciu lat liczba ta uległa podwojeniu. Rozbudowywano „resortową” armię, czyli KBW, nieustannie zwiększano siły milicji i jej ochotniczej rezerwy (ORMO), powoływano specjalne komórki w zakładach pracy, założono X Departament zajmujący się śledzeniem partyjnych towarzyszy, infiltrowano Kościół i środowiska akademickie, do współpracy pozyskiwano dziennikarzy i artystów.
Konfidenci mnożyli donosy, prowokatorzy tropili przeciwników komunizmu, ale najskuteczniejszą bronią bezpieki okazał się ból zadawany w okrutnych śledztwach, podczas których funkcjonariusze UB stawali się panami życia i śmierci. Większość ich ofiar była gotowa na wszystko, żeby tylko uniknąć nadludzkich cierpień. Ubecy bili, a później wrzucali zimą do nieopalanej celi, całymi dniami kazali siedzieć na nodze od taboretu i tygodniami nie pozwalali zasnąć, kopali leżącego, a gdy tracił przytomność, oblewali go wiadrem lodowatej wody. Najbardziej wyrafinowanym torturom poddawano niewinnych ludzi, aby wymusić na nich fałszywe zeznania dające pretekst do katowania kolejnych ofiar. Bezpieka ustalała przebieg procesów, dyktowała wyroki i nadzorowała ich wykonanie. Społeczeństwo żyło w przekonaniu o wszechwiedzy i wszechwładzy UB. W takich warunkach wygasał opór, ale bezpieka nadal nie ustawała w tropieniu rzekomych wrogów reżimu.
[srodtytul]„Za wierną służbę”[/srodtytul]
Gdy przyszła odwilż 1956 roku, komunistyczna partia postanowiła ukrócić ubecką butę i zrzuciła na UB winę za „błędy i wypaczenia” stalinizmu. Ale aparat bezpieczeństwa był potrzebny także kolejnym namiestnikom Moskwy, więc – po krótkim okresie rozliczeń i redukcji – bezpieka znów stała się podporą władzy Gomułki, Gierka, Jaruzelskiego. Gdy nie powiodła się próba odwetu za październik 1956 roku i doznane wówczas upokorzenia i gdy Moczar nie zdołał ubeckiej kariery ukoronować najwyższym stanowiskiem w partii i w państwie – Służba Bezpieczeństwa znów stała się lojalnym narzędziem sprawowania władzy w rękach komunistycznej dyktatury.
I tak było aż do wiosny 1990 roku, gdy jej funkcjonariusze przemianowali się na obrońców demokratycznego państwa lub odeszli na „zasłużone” emerytury i renty. W chwili gdy się rozpadało (a raczej zapadało pod ziemię, aby spokojnie przetrwać najtrudniejsze chwile), imperium gen. Kiszczaka, ostatniego szefa resortu bezpieczeństwa, liczyło
25 tysięcy funkcjonariuszy SB, 62 tysiące milicjantów, 33 tysiące żołnierzy Nadwiślańskich Jednostek Wojskowych (dawne KBW) i Wojsk Ochrony Pogranicza, 13 tysięcy zomowców (Zmotoryzowane Odwody MO, używane do walk ulicznych), wreszcie 30 tysięcy pracowników cywilnych i ponad 20 tysięcy członków ORMO. Na swoich usługach bezpieka miała 85 tysięcy tajnych współpracowników (nie licząc konfidentów milicji), a ponadto tysiące informatorów zarejestrowanych jako „kontakty obywatelskie”, „kontakty służbowe” czy rozmaici „konsultanci” itp.
Odradzająca się Rzeczpospolita nie umiała poradzić sobie z tą ponurą spuścizną, a większość prób pociągnięcia do odpowiedzialności zarówno funkcjonariuszy UB i SB, jak i służących im donosicieli najczęściej kończyła się niepowodzeniem.
[i]Ryszard Terlecki – profesor historii, poseł na Sejm RP VI kadencji.
W latach 2000-2007 pracownik Instytutu Pamięci Narodowej Oddział w Krakowie.
Autor m.in.: „Miecz i tarcza komunizmu.
Historia aparatu bezpieczeństwa w Polsce 1944-1990”
Na zdjęciach wysocy funkcjonariusze aparatu bezpieczeństwa[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA