fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Strzeliliśmy malowniczego samobója

Większość ekonomistów nie ma złudzeń – polską gospodarkę ciągną w dół konsekwencje światowego kryzysu finansowego. Banki podjęły złe decyzje inwestycyjne, nie mogą odzyskać pieniędzy, nie mają więc za co pożyczać. A że gospodarka żyje w gruncie rzeczy na kredyt, firmy mniej produkują, a więc często zwalniają, przez co coraz mniej ludzi może płacić za ich produkty.
Z jednej więc strony spada polski eksport, z drugiej popyt wewnętrzny, bo w Polsce zachodzi ten sam proces. Pytanie jednak brzmi, czy Polska sama nie dołożyła sobie dodatkowej cegiełki (a nawet cegły) do naszej własnej traumy gospodarczej? Wygląda na to, że strzeliliśmy sobie malowniczego samobója, reformując bez głowy rynek energii elektrycznej.
Dzisiejsza „Gazeta Wyborcza” donosi o negocjacjach rządu ze związkowcami w sprawie cen prądu. Związkowcy zgodziliby się na uwolnienie cen prądu dla gospodarstw domowych, w zamian za co najbiedniejsi (czyli zużywający najmniej prądu) będą płacili najmniej.
W dzisiejszych czasach prąd jest jak woda – bez niego nie ma cywilizowanego życia, bo zdążyliśmy się przez ostatnie 100 lat uzależnić od lodówek, pralek, telewizorów czy komputerów, że o świetle elektrycznym nie wspomnę. Tymczasem koncentracja branży energetycznej, której początki przypadają na lata rządów PiS (2006-2007), doprowadziła do stworzenia koncernów, które kierując się (słusznie) rachunkiem ekonomicznym, są zdeterminowane by ceny prądu podwyższać. I to nie o 5-15 proc. rocznie. W przypadku stawek dla firm ceny w ciągu roku skoczyły dwukrotnie! Dla wielu przedsiębiorstw to pętla na szyje. Ile miejsc pracy zlikwidowaliśmy w ten sposób sobie sami nikt nie jest w stanie policzyć. Lada chwila podwyższymy sobie znacznie koszty życia.
Teraz koncerny prywatyzujemy. Na pierwszy rzut poszła Enea, choć jej poprzednikiem sprzed lat był warszawski Stoen. I choć jestem zwolennikiem prywatyzacji, w tym przypadku mam poważne wątpliwości. Z kilku powodów. Jednym z pierwszych etapów uwolnienia rynku energii, była możliwość wyboru przez Polaków i firmy dostawcy prądu. Zdecydowały się na to promile odbiorców. Po części dlatego, że dostawcy energii wcale nie pchali się by ze sobą wzajemnie konkurować. Opłaca im się bowiem walczyć głównie o kontrakty dla dużych firm. Znam jeden bardzo duży zakład energetyczny z południa Polski, gdzie w ciągu dwóch lat zdobyto JEDNEGO klienta indywidualnego z innego regionu kraju. W ten sposób na żywym organizmie dowiedliśmy, że każdy z tych koncernów jest w gruncie rzeczy monopolistą na swoim terenie. A prywatyzowanie monopolistów zawsze źle się kończy dla gospodarki.
Tani prąd, a więc nie kryjmy – dotowany pośrednio z budżetu, był elementem przewagi konkurencyjnej polskich firm. Teraz zżera również siłę nabywczą Polaków. Gdyby policzyć koszty całej operacji mogłoby się okazać, że to, co państwo dokładało do niewydolnego ekonomicznie segmentu rynku, jest kwotą znikomą porównaniu z tym, ile dopłacić muszą teraz firmy i obywatele, z liczbą miejsc pracy, które znikły, bo prąd zawyżał firmom koszty czy z wpływami podatkowymi od upadłych dziś spółek. Socjalny gest państwa w tej sytuacji nie wystarczy. Jak wyliczyło URE, już w ubiegłym roku na prąd nie było stać 800 tys. rodzin. Gdyby w ciągu dwóch lat ceny dla gospodarstw domowych wzrosły np. o 50 proc., mogłoby się okazać, że takich rodzin jest 1,5-2 mln. A to oznacza wysoki koszt społeczny.
To zresztą ciekawy paradoks. Bo jeśli dla rządu pobór prądu jest miernikiem zamożności, to krajowi, który goni zachodni standard życia powinno zależeć na dobrobycie swoich obywateli. A nie tworzeniu kolejnej przepaści między biednymi i bogatymi.
[link=http://blog.rp.pl/salik/2009/04/29/prad-jest-jak-woda/]Skomentuj[/link]
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA