fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Ekonomia

Całe życie na wakacjach

Ekshipis w ogródku kawiarni Freta 33 na warszawskim Nowym Mieście
Fotorzepa, Darek Golik DG Darek Golik
40 lat temu powstał pierwszy hipisowski zespół muzyczny w Polsce – Grupa w Składzie. Czasy polskich dzieci kwiatów wspomina jej muzyk Milo Kurtis, syn greckich uchodźców politycznych, instrumentalista Osjana, współtwórca Maanamu
Milo Kurtis szedł ulicą Nowomiejską na warszawskiej Starówce i spotkał trzech kolorowo wyglądających młodzieńców: Psa, Balubę i Turka. Pies to Ryszard Terlecki, obecnie krakowski poseł PiS, wcześniej szef tamtejszego IPN. Baluba – Marek Liberski, jest dziś znanym fotografikiem przyrody. Turek, Marek Garztecki, przez wiele lat był dziennikarzem i londyńskim korespondentem „Rzeczpospolitej”. Wtedy nosił na głowie turecki fez.
– Fajnie wyglądali – mówi Kurtis. – A to były czasy gomułkowskie. Organizowali ruch. Pierwszy antysystemowy ruch wolnościowy na szeroką skalę w Polsce. Koledzy w Stanach Zjednoczonych buntowali się przeciwko kulturze mieszczańskiej. My protestowaliśmy przeciwko szarzyźnie gomułkowszczyzny. O tym się niestety nie mówi. Tylko o KOR i ROPCiO. Tymczasem Milicja Obywatelska zatrzymywała hipisów.
Milo dostał wezwanie do Pałacu Mostowskich.
– Kiedy już można było, wystąpiłem o swoją teczkę do IPN. Po dwóch latach oczekiwania dowiedziałem się, że od 1971 r. mój telefon był na podsłuchu, a korespondencja kontrolowana. Na końcu teczki jest adnotacja: nie nadaje się na współpracownika żadnej kategorii, bo jest hipisem i narkomanem. Teczkę z dumą pokazałem mamie. Powiedziałem: Widzisz, jak to dobrze, że mi pozwoliłaś palić trawkę!
Tego, że był na podsłuchu, Milo od pewnego czasu się domyślał.
– Ale że zorganizowano totalną inwigilację – nie wiedziałem. Mieliśmy pewność, że milicja działa inaczej. Napuszczała na nas gitowców. Byli krótko ostrzyżeni. Ubrani na szaro albo czarno. Tak jak dziś kibole. Mentalność też mieli taką samą. Hipisi jako pacyfiści stawali się łatwym celem agresji, bo się nie bili. Poza mną. Ćwiczyłem boks. Kiedy wypiłem za dużo wina, wywołałem solówkę z Lewym, który był wodzem bandy gitowców na Żoliborzu. Umówiliśmy się na trzy rundy po trzy minuty. Gitowcy zrobili krąg. Stanęliśmy w środku. Dostałem kopa między nogi. Lekkiego, ale udałem potężny upadek, bo zrozumiałem, że walka nie będzie czysta. Lewy zachował się jednak honorowo. Podniósł mnie. Zrobił zrzutkę na taksówkę. I kazał jechać do domu.
[srodtytul]Siostry w refektarzu[/srodtytul]
Milo zaczął hipisować już w czasach technikum elektronicznego, najpierw na Długiej, potem na Zajączka. W wakacje zapuszczał brodę i długie włosy. Rosły szybko, bo jest południowcem.
– Ale wakacje się kończyły i musiałem wskakiwać w szkolny czarny mundurek. Starałem się przylizać pióra. Schować je pod koszulkę. Nie dawało rady. Raz na miesiąc przychodził na lekcje wychowawcze szkolny fryzjer. Musieliśmy pochylić głowę. Sprawdzał grzebieniem, czy włosy nie zachodzą na kołnierzyki. Jak zachodziły – natychmiast ciął. Miałem też francuską bródkę. Żeby się nie golić, kamuflowałem ją pod plastrami. W końcu zauważono, że za długo pielęgnuję rany i z bródką musiałem się pożegnać. Ale jak tylko wracałem ze szkoły – natychmiast się przebierałem. Zakładałem koszule w kwiaty, kolorowe spodnie.
Dziewczyny szyły sobie suknie z pieluszkowej tetry i farbowały. Koraliki każdy robił sam.
– Żyłkę kupowaliśmy w sklepie wędkarskim – wspomina Kurtis. – Na Kruczej był sklep ze sztuczną biżuterią czeskiego Jabloneksu. Wybieraliśmy małe ozdoby, rozwalaliśmy je i mieszaliśmy paciorki. Im kto miał więcej, tym był lepszy. Nosiliśmy też pacyfki i krzyże, bo wtedy hipisi nie mieli nic przeciwko chrześcijaństwu. Jezus był naszym bohaterem. Uważaliśmy go za pierwszego hipisa na świecie.
Nieopodal Jabloneksu była restauracja Zdrowie. Można było tam zjeść dania wegetariańskie.
– Wtedy mówiło się o nich, że są jarskie.
Ulica nie przyjmowała hipisów entuzjastycznie.
– Reagowano na nas śmiechem. Kpinami. Krzyczano na nas „Jezus”, „Ty brudasie”, „Małpo”, „Żydzie”.
Co robili?
– Nic. Byliśmy hipisami. Chodziło o to, żeby się luźno zachowywać i wyłączyć z gomułkowskiego społeczeństwa. Rozmawiało się o polityce, filozofii, chrześcijaństwie. Zajmowaliśmy się zabawą. Malowaniem. Graniem muzyki. Tańcem. Mówi się, że wśród nas dominowała
bananowa młodzież. Nieprawda. Mój tata był uniwersyteckim wykładowcą. Mama śpiewaczką operową. Tata Garzteckiego był założycielem Klubu Krzywego Koła. Ojciec Psa, czyli Ryszarda Terleckiego – pisarzem. Ale większość naszych przyjaciół pochodziła z robotniczych rodzin.
Pracowali dorywczo.
– Chodziło się zbierać jagody. Przelotnie zostałem murarzem w klasztorze żeńskim na Nowym Mieście. Kuliśmy pod sufitem w refektarzu otwory pod kable elektryczne. Było tak gorąco, że zdjęliśmy koszule. Nagle zrobiło się gęsto od zakonnic jak na Marszałkowskiej. Przeorysza poprosiła nas o założenie koszul, ale ruch w refektarzu nie malał. Z wielkim żalem, ale musiała nas pożegnać. Szkoda. Pysznie nas tam karmiono!
[srodtytul]Wypadki przy pracy[/srodtytul]
Warszawscy hipisi spotykali się w miejscu, gdzie stoi teraz odbudowany Zamek Królewski. Na Skwerku Hoovera przy Krakowskim Przedmieściu. Pod Empikiem na Nowym Świecie.
– Hipisowską knajpą było U Pana Michała przy Mostowej. Byłem wyznawcą Dionizosa. Himilsbach mówił do mnie „Zorba”.
Jednym z najważniejszych miejsc stał się Staromiejski Dom Kultury.
– Nazywaliśmy go Jajem Pełnym Muzyki. Władze zgodziły się oddać nam miejsce, bo pewnie chciały mieć nas na oku. Ale wtedy nikt o tym nie myślał. Każdy mówił, co chciał. Przynosiliśmy zachodnie płyty – Joan Baez, Boba Dylana, Grateful Dead, The Doors. Artystów, których nie dało się usłyszeć w radiu.
Do najważniejszych postaci należał Andrzej Jakubowicz. Później jego żoną została Martyna; Jacek Dobrowolski, tłumacz i poeta, a także Marek Garztecki.
– Przedstawialiśmy płyty, tłumaczyliśmy teksty, rozmawialiśmy. Trwała wojna w Wietnamie. Byliśmy przeciwko niej.
Nieodłącznym elementem kultury hipisowskiej stały się narkotyki. Doprowadziły do śmierci najważniejsze postaci ruchu: Hendriksa, Joplin, Morrisona.
– Można powiedzieć, że to katastrofa, ale w rock and rollu to był wypadek przy pracy. Przy takim trybie życia, jaki prowadziliśmy, nikt się nie dziwił. Na pewno mieliśmy w Polsce szczęście, że nie było ciężkich narkotyków. Po latach, kiedy byłem w Kalifornii, wpadłem w brown sugar. Wystarczyło zapalić raz, może dwa.
Kurtis opiekował się wtedy niepełnosprawnymi rencistami.
– Kiedy przez dragi nie poszedłem do pracy, co mogło doprowadzić do śmierci moich niepełnosprawnych pacjentów, zorientowałem się, że jest ze mną naprawdę źle. Przestraszyłem się. Zadzwoniłem do wszystkich podopiecznych i zakomunikowałem, że jestem chory. Bo byłem. I zacząłem na odtrutkę pić. Piłem i wymiotowałem. Od tamtego czasu nigdy w życiu nie dotknąłem brown sugar. To największe świństwo na świecie.
Z czasem ruch potężniał. Zaczęły się odbywać zloty.
– Nie jeździłem – ucina krótko Milo. – Zostałem hipisem po to, żeby nie być w żadnej strukturze. Śmieję się, kiedy słyszę o organizacjach anarchistycznych. Niezły oksymoron!
[srodtytul]Razem z konceptualistami[/srodtytul]
Ważnym miejscem była komuna w Ożarowie.
– Powstała w willi starszej pani, która nie brała od hipisów pieniędzy. Zawsze można było u niej coś zjeść.
Przyjeżdżali w odwiedziny Stażewski, Grotowski, Bereś, Stańko.
– A po nas wprowadzili się tam Wojciech Eichelbelger i Mirek Chojecki. Byliśmy towarzysko związani z ludźmi, którzy później tworzyli opozycję polityczną.
Właśnie w Ożarowie powstał pierwszy hipisowski zespół: Grupa w Składzie. – Saksofonistę Andrzeja Kasprzyka znałem z technikum. W komunie spotkałem gitarzystę Jacka Malickiego. Przerzucaliśmy się różnymi dźwiękami. I okazało się, że gramy. Mieliśmy zespół.
Hipisowska muzyka zawsze kojarzyła się z Grateful Dead, Jefferson Airplane, Hendriksem i Joplin.
– Różniliśmy się. Nie graliśmy popu, tylko awangardę. Muzykę intuicyjną. Właściwie nie nadawałem się do zespołu, bo chodziłem do szkoły muzycznej i umiałem grać. A chodziło o to, żeby naturalnie bawić się dźwiękiem. Improwizować muzykę w obecności publiczności.
Grupa zainstalowała się w Sigmie na Krakowskim Przedmieściu.
– To była mekka hipisów. A jednocześnie klub ZSP. Dostaliśmy sprzęt, enerdowskie wzmacniacze i salę za darmo. Graliśmy co tydzień.
Nad Sigmą mieściła się Galeria Repasaż, gdzie pojawili się pierwsi polscy konceptualiści – Zosia Kulik, Przemysław Kwiek, Jerzy Kalina.
– Robiliśmy wspólnie happeningi. Nakręciła nas Polska Kronika Filmowa. Wystąpiliśmy też w Telewizji Polskiej w 1972 r. Ale program nie został wtedy wyemitowany. Wszedł na antenę po 30 latach.
Grupa w Składzie wystąpiła na I Festiwalu Awangardy Beatowej w Kaliszu.
– Zagraliśmy nasze wariackie dźwięki i dostaliśmy prywatną nagrodę Tomasza Stańki. W następnym roku zdobyliśmy główną nagrodę jury pod przewodnictwem Zbigniewa Namysłowskiego. Ale na drugi festiwal przyjechało tylu hipisów, że się zrobił nieformalny zlot i trzeci już się nie odbył.
[srodtytul]Wolność jest w nas[/srodtytul]
– Centrum hipisizmu było w Warszawie, ale jeździło się do Krakowa.
Tam był Kantor, Jerzy Bereś i Krzysztof Niemczyk, Krzysztofory, Piwnica pod Baranami. – Wsiadaliśmy grupą do pociągu na gapę albo jeździło się autostopem. Wielu hipisów miało książeczki autostopowe. Dawało się kupony kierowcom. Pod koniec sezonu odbywała się loteria. Mogli wygrać nagrodę. Zabierali nas głównie kierowcy ciężarówek. Byliśmy dla nich dziwakami, ale fajnymi. Niebieskimi ptakami. Kiedy zmarł mój ojciec, kupiłem minimorrisa. W 11 osób dojechaliśmy z Warszawy do Sopotu. W Non Stopie, który mieścił się w namiocie, niedaleko wyścigów, grały świetne kapele z Czechosłowacji – m.in. Flamengo – i węgierska Omega. Nie pamiętam, gdzie spaliśmy. Możliwe, że w koszach na plaży.
Centralną postacią ruchu hipisowskiego w Krakowie był Ryszard Terlecki.
– Pies był bardzo łagodny. Przyjazny. Otwarty, pomocny. Świetnie wyglądał. Miał długie proste włosy, brodę.
W Krakowie, w środowisku Psa, Milo poznał też Korę, znaną później z Maanamu.
– Była prześliczna i jest. Jeszcze nie śpiewała. Nie wiedziałem, że tworzyli parę z Psem. Ale wtedy wszyscy byli ze wszystkimi. Nie było stałych związków. Tylko wolna miłość. Dziewczyna miała dzisiaj mnie, a jutro kogoś innego. Choć nigdy nie byliśmy tak rozbuchani jak hipisi w Kalifornii, gdzie pod jednym dachem mieszkało i kochało się kilka par. W porównaniu z nimi byliśmy jednak konserwatywni.
Prorok, lider ruchu, zawdzięczał pseudonim temu, że często publicznie głosił naukę.
– Słowa Chrystusa z jednej strony, komunizm – z drugiej. Wszystko się mieszało. Ukończył plastyczna szkołę Kenara w Zakopanem. Dużo czytał. Odwiedzał mnie często. Kiedy zaczynały się poważniejsze tematy, zamykał się w pokoju z moim ojcem i dyskutowali.
Teraz Prorok (Józef Pyrz) jest uznanym plastykiem i rzeźbiarzem we Francji.
– To, że starcy w moim wieku uważają, że hipisizm się skończył – jeszcze nic nie znaczy. Jest masa komun hipisowskich na całym świecie. W Polsce działa wiele squatów, w których razem mieszkają młodzi hipisi, punkowcy i rastamani. Kiedy byłem na kilkunastu koncertach Grateful Dead w Ameryce – widziałem ponad półtora miliona hipisów.
Wygląd nie jest zresztą najważniejszy.
– Liczy się stan ducha i umysłu. Wewnętrzna wolność. Kiedyś w przychodni ktoś rozpoznał, że jestem muzykiem, i zapytał mnie, kiedy mam urlop. Odpowiedziałem, że od urodzenia jestem na wakacjach. ?
[i]Koncert Grupy w Składzie odbędzie się 18 kwietnia o godz. 18 w Podkowie Leśnej na ul. Lilpopa 18. Zaplanowano panel dyskusyjny i pokazy filmowe.[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA