fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sylwetki

Polska w euro: konieczny dobry kurs wymiany

Kazimierz Pazgan, współtwórca Wyższej Szkoły Biznesu w Nowym Sączu, prezes zarządu grupy Konspol
Fotorzepa, Radek Pasterski RP Radek Pasterski
- Nic nam nie da tylko zmiana nazwy złotego na euro - mówi Kazimierz Pazgan, współtwórca Wyższej Szkoły Biznesu w Nowym Sączu, prezes Konspolu
[b]"Rz": Czy Polska powinna dążyć do jak najszybszego przyjęcia euro?[/b]
Nic nam nie da tylko zmiana nazwy złotego na euro. Zanim wejdziemy do strefy powinniśmy uporządkować nasze wewnętrzne sprawy gospodarcze a przede wszystkim wyliczyć jaka powinna być wartość złotego z chwilą wejścia. Od tego zależy, ile Polacy będą w przyszłości zarabiać i czy będzie opłacało się u nas produkować. Jeśli wejdziemy ze zbyt mocnym złotym, czyli np. euro będzie kosztowało 4 zł, to musimy liczyć się z tym, że Polacy będą zarabiać 300-400 euro miesięcznie a emeryci dostaną 200 euro miesięcznie. Przy tym kursie wejścia nie jesteśmy też w stanie wytwarzać konkurencyjnych produktów. [b]Ile zatem powinno zatem kosztować euro w chwili wejścia Polski do strefy?[/b]
Krajowa Izba Gospodarcza prawie 3 lata temu zleciła naukowcom takie wyliczenie. Zapytaliśmy, ile powinna kosztować nasza waluta, by Polacy mogli zarabiać 500 euro miesięcznie, a jaki powinien być parytet przy założeniu, że będą zarabiać 2 tys. euro miesięcznie. Warunkiem było też, by koszty wytwarzania produktów były takie, aby nasze wyroby były pod względem ceny konkurencyjne do niemieckich. Zwróciliśmy się wówczas do kilkunastu ekonomistów naukowców. Wówczas z badań wynikało, że kurs równowagi przy zarobkach 500 euro miesięcznie powinien wynosić 4,2 — 4,3 złotego za euro, a przy założeniu, że płacimy naszym pracownikom 2 tys. euro miesięcznie - 7,5 zł. Gdyby od dwóch lat temu taki parytet był zachowany, nie mielibyśmy dziś do czynienia z aferami takimi jak opcje walutowe. Nikt, by nie wszedł w tego typu transakcje bo by mu się to nie opłacało. Byłby w stanie wytwarzać produkty, które przy obecnych kosztach płac byłyby konkurencyjne na rynkach zagranicznych. Teraz należało by ponownie wykonać takie wyliczenia w kilku ośrodkach naukowych, w oparciu o aktualne wskaźniki. [b]A jednak problem opcji istnieje.[/b] My, jako przedsiębiorcy od kilku lat pisaliśmy do różnych władz, że gdy euro kosztuje poniżej 4 złotych nie jesteśmy w stanie produkować ani na rynek krajowy ani na eksport. Eksport jest nieopłacalny, musimy dopłacać i nie jesteśmy konkurencyjni. Różnego rodzaju eksperci, których my nazywamy showmanami, bo wydaje im się, że na wszystkim się znają, twierdzili, że eksporterzy przesadzają, że na pewno sobie poradzą. Eksporterzy nie widząc żadnego ratunku, szukali innych możliwości, by przetrwać, by firma nie padła. [b]Rozwiązaniem miało być wejście w opcje z elementem spekulacji?[/b] Jeśli nasza waluta w ciągu pół roku umacnia się o 30 procent, to nie ma takich cudów, by ktoś mógł to przetrzymać. Jak pojawiła się propozycja opcji i spekulacyjnego zarabiania, to te firmy nie tylko ubezpieczały wartość przychodów z eksportu, ale brały więcej, by mieć lepszy wynik i pokazać akcjonariuszom, że dobrze zarządzają. [b]Okazało się, że to była ogromna fikcja.[/b] 40 milionowy naród nie może sobie pozwolić, by jego gospodarka była oparta na spekulacyjnych instrumentach. Powinniśmy zbudować system, który pozwoliłby nam godnie żyć, a do tego potrzebny jest odpowiedni budżet. W tej chwili jesteśmy prawie najbiedniejszym krajem w Unii Europejskiej. Jeśli nie stworzymy systemu, który szybko pozwoli nam zwiększyć budżet, to będziemy państwem uzależnionym od dwóch krajów: Niemiec i Rosji. [b]O jakich zmianach pan mówi?[/b] Powinniśmy zmienić system podatkowy. W Niemczech przedsiębiorcy mają do wyboru, albo naliczony podatek dochodowy przeznaczą na inwestycje, albo muszą go przekazać do urzędu skarbowego. Oczywiście każdy człowiek czy przedsiębiorcy wolą inwestować dla siebie np. w kolejną linię produkcyjną. Gdy nie ma już pomysłu w co zainwestować, stawiają na innowacyjność. Kupują od naukowców, instytutów naukowych najnowocześniejsze pomysły, technologie i rozwiązania pozwalające obniżać koszty. Kolejny krok to inwestycje poza granicami - w ten sposób Niemcy opanowują gospodarczo świat. [b]Niemcy są dla nas problemem? Przecież trafia tam znaczna część naszego eksportu.[/b] Dla naszej gospodarki tak. To dlatego, że dziś w Polsce nie ma przemysłu. 80 proc. polskiego przemysłu to kilka międzynarodowych koncernów (7-8 jest w zasadzie montowniami) i to one tworzą PKB i eksport. Tylko 20 proc. eksportu pochodzi z firm polskich. Nie mamy własnych branż, nie mówiąc o bankach. Z kolei wszyscy inwestorzy przyszli do Polski do specjalnych stref ekonomicznych. Trzeba być idiotą, by tu nie zainwestować. Nie tylko nie płacą podatków, rząd daje im infrastrukturę i jeszcze dopłaca za stworzenie nowego miejsca pracy. To chore. Gospodarka kraju nie może być budowana na tego typu mechanizmach. Musimy odbudować polski przemysł. Jedyny sposób, to dać firmom i ludziom prywatnym szansę na inwestowanie swoich pieniędzy. Dlatego powinien istnieć katalog ulg inwestycyjnych, np. na ubezpieczenia zdrowotne, przyszłą emeryturę, budowę lub remont domu itp. W Niemczech ci, którym się nie chce wysilać, a mają naliczony wysoki podatek, co roku zmieniają auto i odliczają ulgę od podatku dochodowego. Ale mogą też za podatek urządzić apartament, kupić garnitury i krawaty. A my mamy słabe państwo i szarą strefę ocenianą na nawet 50 procent. Budżet tworzony przez inwestycje ma pieniądze na wszystko, bo jeśli ja zainwestuję w zakup maszyn, odprowadzam VAT, jeśli inwestuję w moje zdrowie, to instytucja u której kupuje usługi odprowadza VAT. Jeśli zostanie mi trochę pieniędzy, to może kupię puszkę farby, odprowadzę VAT do budżetu. W Polsce należałoby wprowadzić tzw. podatek rozwojowy, np. 1 proc. od przychodów dla wszystkich firm, także tych w specjalnych strefach ekonomicznych i zagranicznych. [b]Rządząca dziś Platforma Obywatelska obiecywała wprowadzenie podatku liniowego.[/b] Tak, a teraz radzi oszczędzanie. Ani jedno ani drugie nie buduje budżetu. Dziś każdy kto zarabia ok. 10 tys. zł może nie płacić nic, poprzez spółki komandytowe np. na Cyprze lub innych krajach. I jest już bardzo dużo takich firm. Rząd ustalił sobie podatki dla osób z najwyższymi dochodami na poziomie 32 proc., a może ustalić sobie nawet na poziomie 100 proc. ale oni i tak nic nie zapłacą przy aktualnie obowiązującym prawie w Polsce. Jeśli naród nie inwestuje to państwo po prostu jest słabe, nie ma kapitału. Tymczasem rząd opowiada bajki, że tym, którzy stracą pracę pomoże w spłacie kredytów. Nie ma na to pieniędzy. Jeśli mamy np. 100 mld dolarów długu zagranicznego a nasz budżet wynosi 70-80 mld dolarów to my jesteśmy bankrutem. Niemcy z uśmiechem na ustach lobbują byśmy jak najszybciej nawet po parytecie 3 złote za euro weszli do strefy euro, przekonując, że będzie to dla nas ratunkiem. Niemcy już kilka lat temu powiedzieli, że im by bardzo odpowiadało, gdyby Polska weszła na parytecie 3,5 zł bo wtedy zlikwidują swoje problemy z bezrobociem i uruchomią wolne moce produkcyjne i z powodzeniem będą konkurowali z przemysłem polskim. Ale to oznacza, że polscy emeryci będą otrzymywać może 200 euro miesięcznie podczas, gdy emeryci Niemieccy dostają prawie 2 tys. euro miesięcznie. Strategia Niemiec, zresztą całej starej Unii Europejskiej, jest taka, by te kraje miały rynki zbytu i tanią siłę roboczą. W ich interesie jest, by w momencie naszego wejścia nasza waluta była jak najmocniejsza. Najlepszy przykład, że jest wręcz przeciwnie mamy w ostatnich tygodniach, gdy złoty mocno się osłabił. Proszę przyjechać na południe Polski, zobaczyć jakie jest oblężenie sklepów przez Słowaków. Wykupują wszystko, a nam przy kursie ponad 4,5 zł za euro, przy naszych aktualnych pensjach, już się opłaca wszystko produkować. W gospodarce światowej występują pewne ceny rynkowe na poszczególne dobra – pewne przedziały cenowe przy których znajdzie się na globalnym rynku nabywcę na produkt tzn. cena 1kg mięsa, statku, okna itd. Gdybyśmy przyjęli wartość euro na poziomie 7 zł – nie mielibyśmy żadnych problemów z rozwijaniem w Polsce przemysłu stoczniowego, górniczego, rolno-spożywczego i innych, ponieważ wytwarzane praktycznie we wszystkich branżach produkty przy płacach na poziomie 2000 euro byłyby konkurencyjne. Mieliśmy już w przeszłości taki przykład – chodzi mi o reformę Grabskiego, który rozwój gospodarczy zaczął od wyliczenia parytetu złotego w stosunku do dolara. Kurs ten wynosił 1 dolar – 5,18 zł. [b]Zwolennicy jak najszybszego wejścia do euro, często przywołują Słowację jako przykład dla Polski.[/b] Słowacja będzie klepać biedę a oni mają i tak budżet w przeliczeniu na obywatela trzykrotnie wyższy niż my. Najlepszym przykładem jak to działa, jest przykład Grecji czy Portugalii. Tam można zarobić maksymalnie 700 euro i koniec. Nie ma przemysłu, nie ma rozwoju, jest bezrobocie. Natomiast na dobrym parytecie weszli do strefy euro Niemcy. Wchodząc do strefy jako ostatni wyliczyli parytet i decyzją polityczną osłabili swoją walutę o prawie 100 proc. 1 euro kosztowało 1,96 marki. Podobnie zrobili Holendrzy i te dwa kraje mają najlepszą sytuację w regionie. Niemcy mają nadwyżkę eksportu nad importem. W innych krajach produkcja jest mało opłacalna. [b]Dlaczego u nas tak trudno przekonać polityków, by nie wprowadzali nas w pośpiechu do strefy euro?[/b] To wina lobby kapitału zagranicznego. Najważniejsze byśmy wyliczyli jaki ma być docelowy kurs naszej waluty, by po wejściu do strefy euro emeryci dostawali minimum 1 tysiąc euro, a pracownicy w przemyśle zarabiali minimum 2 tys. euro miesięcznie. W Niemczech w przemyśle pracownicy zarabiają ok. 3600 euro miesięcznie. Aby do tego dojść należy jak najszybciej dokonać zmiany systemu podatkowego na taki, który zmuszałby nas do inwestowania dla siebie tworząc równocześnie budżet w wysokości minimum 400-500 mld dolarów. Pozwoliłoby nam to usztywniając kurs naszej złotówki na poziomie 7 zł za euro, w przeciągu 3-5 lat, zrealizować nasz cel i wtedy przystąpić do strefy euro.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

REDAKCJA POLECA

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA