fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Media

Polityka – afrodyzjak dziennikarza

Tomasz Lis: – 150 razy mówiłem, że w żadnych wyborach nie zamierzam startować
Fotorzepa, Jerzy Dudek JD Jerzy Dudek
W dziennikarstwie zrobiłam wszystko, co mnie interesowało – mówi Kluzik-Rostkowska. – Zostając posłem, przekroczyłem Rubikon – wtóruje jej Siwiec
Czy Tomasz Lis będzie startował w wyborach prezydenckich? Ta spekulacja – podobnie jak przed poprzednimi wyborami – elektryzuje media i polityków. W ostatnim prezydenckim sondażu „Gazety Wyborczej” Lis uzyskał niezły wynik – 9 proc. poparcia. – Jest pan poważnym dziennikarzem, o poważnych aspiracjach, jak niektórzy mówią, nie tylko dziennikarskich – powiedział niedawno w programie „Tomasz Lis na żywo” Jarosław Kaczyński. Prowadzący nie zareagował.
Z dziennikarza polityk? Stałoby się to nie pierwszy raz. Ale nigdy nie był to transfer bezpośrednio na najwyższy urząd w państwie. I nigdy nie poprzedziły go aż tak głośne spekulacje.
Osobą, która nim trafiła do polityki, miała największe osiągnięcia w dziennikarstwie, był z pewnością Wiesław Walendziak. Ostatni poważny transfer z mediów do polityki to Joanna Kluzik-Rostkowska, dziś jedna z medialnych twarzy PiS.
[srodtytul]Sufit przemówił[/srodtytul]
Kluzik-Rostkowska: – Skończyłam 40 lat, urodziłam trzecie dziecko i uznałam, że muszę w życiu robić już coś innego. Bo w dziennikarstwie zrobiłam wszystko, co mnie interesowało. Pływając na plecach i patrząc na szklany sufit warszawskiego basenu Polonez, pomyślałam: a może bym została posłanką.
– Tak nagle?
– Przemówił do mnie ten szklany, zaśnieżony sufit.
Było to rok 2004, gdy wszyscy byli przekonani, że najbliższe wybory wygra Platforma i będzie rządzić razem z PiS. – Udałam się do Jarosława Kaczyńskiego, który powiedział, że nie może mi obiecać dobrego miejsca na liście, byłam z zewnątrz.
Kluzik trafiła najpierw do biura prasowego stołecznego ratusza, którym rządził Lech Kaczyński. – Spadłam wtedy z pozycji wicenaczelnej „Przyjaciółki” do pozycji majtka pokładowego. Nudziłam się tam strasznie.
[wyimek]Kiedy zderzyłem się z czystą polityką, powrotu do dziennikarstwa już nie było - Wiesław Walendziak były prezes TVP[/wyimek]
Potem było już lepiej. Wymyśliła, że w Warszawie musi być pełnomocnik ds. rodziny. I nim została. Ale do Sejmu w 2005 r. nie udało jej się wejść. Została za to wiceministrem, a potem ministrem pracy w rządzie Kaczyńskiego. Od 2007 r. jest posłanką PiS.
[srodtytul]Typowy przypadek PRL[/srodtytul]
W PRL przejście z fotela redaktora naczelnego gazety do polityki było czymś normalnym. Wszak naczelnymi byli zaufani towarzysze z PZPR. Klasyczne przykłady to Mieczysław F. Rakowski, wieloletni szef „Polityki”, później premier, i Aleksander Kwaśniewski.
Droga tego ostatniego wiodła od naczelnego pism młodzieżowych „ITD”, „Sztandaru Młodych”, przez ministra sportu w rządzie kolegi po fachu – Rakowskiego – i doprowadziła do dwukrotnej prezydentury. Ludzi lewicy, którzy po 1989 r. z dziennikarzy stali się politykami, było wielu: Andrzej Urbańczyk (tragicznie zmarły poseł), Dariusz Szymczycha, Kazimierz Zarzycki (baron SLD na Śląsku), Marek Siwiec, Aleksandra Jakubowska.
– Na początku okresu transformacji korzystanie z dziennikarzy, którzy zostawali politykami, było mechanizmem dowartościowania SLD – tłumaczy prominentny działacz lewicy Krzysztof Janik. – Dziennikarze świetnie się sprawdzają w polityce – uważa.
[srodtytul]Z duszą polityka[/srodtytul]
W PRL dla wielu niepokornych dziennikarstwo było formą działalności opozycyjnej, najczęściej w drugim obiegu. Antoni Macierewicz pisał w „Głosie”, Michał Boni w „Tygodniku Wola”, Donald Tusk w „Samorządności”.
W wolnej Polsce ci, którzy czuli, że mają większy temperament polityka niż dziennikarza, mogli już wybierać. Prawdziwą kuźnią polityków był „Tygodnik Solidarność”. Wyszło stamtąd wielu najważniejszych polityków początków III RP. Tadeusz Mazowiecki, pierwszy solidarnościowy premier, Waldemar Kuczyński, szef zespołu jego doradców. Oraz kolejni członkowie kierownictwa „Tysola”: Jarosław Kaczyński, Krzysztof Wyszkowski (doradca premiera Bieleckiego i Olszewskiego), Andrzej Urbański i inni.
[srodtytul]Kreować, nie opisywać[/srodtytul]
– Dobry dziennikarz opisuje polityczną rzeczywistość i w pewnym momencie zaczyna go korcić. Ocenia, że lepiej rozumie meandry polityki niż ci, których opisuje. I robi następny krok, staje się politykiem – mówi Wiesław Walendziak, dziś biznesmen. Był laureatem Nagrody Kisiela, prowadził budzące emocje programy TV: „Bez znieczulenia”, „Lewiatan”. Pełnił funkcję dyrektora generalnego Polsatu.
Marek Siwiec, dziś eurodeputowany lewicy, do polityki trafił na początku lat 90. Już w wolnej Polsce był naczelnym „Trybuny”. – Było mi w dziennikarstwie dobrze, ale uznałem, że być wybranym w demokratycznych wyborach to potężny afrodyzjak – mówi. Do polityki wszedł jako poseł Sejmu I kadencji. Potem był m.in. szefem BBN.
Nieco inaczej sprawę widzi Jarosław Sellin, w latach 80. członek Ruchu Młodej Polski, w 90. szef programów informacyjnych i publicystycznych Polsatu: – Gdy dostałem propozycję zostania rzecznikiem rządu Buzka, uznałem, że jest atrakcyjna ze względu na moją dalszą karierę. Namawiali go i Buzek, i jego polityczny promotor Walendziak. Sellin uważa, że władza dziennikarza jest trwalsza niż polityka. – W dziennikarstwie nie ma wodza, praca jest bardziej zespołowa, a jeśli ktoś chce, również indywidualna. Nie spotkałem się w działalności dziennikarskiej z politycznymi naciskami – twierdzi. Innego zdania jest Siwiec: – Dzisiaj bycie dziennikarzem jest poddane prawom rynku, liniom redakcji i właściciela. A polityk właściciela nie ma.
[srodtytul]Umarł dziennikarz[/srodtytul]
– Doskonale pamiętam ten dzień, 19 listopada 1995 r., drugą turę wyborów prezydenckich. Komentowałem w telewizyjnym studio ich wyniki. Jeden z ważnych dziennikarzy powiedział: „Umarł Kurski dziennikarz, narodził się polityk” – opowiada Jacek Kurski, poseł PiS. Jego zdaniem to symboliczna scena.
Kurski przez lata był wziętym dziennikarzem. Pisał w podziemiu. Potem zrobił film „Nocna zmiana”, z Piotrem Semką wydał książkę „Lewy czerwcowy”, razem prowadzili w TVP program „Refleks”. W połowie lat 90. został rzecznikiem Ruchu Odbudowy Polski i głównym twórcą kampanii prezydenckiej Jana Olszewskiego.
Gdzie jest granica, po przekroczeniu której dziennikarz staje się politykiem? – Gdy zostałem prezesem TVP, zderzyłem się z czystą polityką, powrotu do dziennikarstwa już nie było – ocenia Walendziak. – Przejście z dziennikarstwa do polityki to krok tylko w jedną stronę, zostając posłem, przekroczyłem Rubikon – sekunduje mu Siwiec.
[srodtytul]Trampolina do zmiany[/srodtytul]
By z dziennikarza stać się politykiem, potrzebna jest trampolina. Dla Aleksandry Jakubowskiej był nią jeden telefon od premiera Józefa Oleksego. Gdy do niej zadzwonił, właśnie pisała powieść, harlequina. Propozycję zostania rzecznikiem SLD-owskiego rządu przyjęła natychmiast. Nazywano ją lwicą lewicy. Dzisiaj przeciwko niej prokuratura prowadzi kilka śledztw. Pracuje w domu, redaguje teksty. I ma poczucie, że polityczni koledzy ją zostawili.
Droga Michała Kamińskiego, ministra w Kancelarii Prezydenta, była inna. Najpierw w Sejmie kontraktowym jako 19-latek nosił teczkę za Ryszardem Czarneckim, wówczas rzecznikiem ZChN. Potem jego polityczna kariera potoczyła się szybko, aż do połowy lat 90., gdy został rzecznikiem prezydenckiej kampanii Hanny Gronkiewicz-Waltz. Po jej sromotnej klęsce zajął się dziennikarstwem. Współpracował z kilkunastoma regionalnymi rozgłośniami. Jego trampoliną do polityki okazało się szefowanie Radiu Łomża. Właśnie z tego okręgu zdobył mandat poselski w wyborach w 1997 r.
Z kolei Walendziak, kiedy był prezesem telewizji polskiej, stał się jednoosobową ostoją prawicy (rządziła wówczas koalicja SLD – PSL). Skupił wokół siebie środowisko młodych dziennikarzy nazywane pampersami. Nie uczynił z niego politycznej siły, choć miało ono na to niezłe zadatki. Część z „pampersów” pozostała dziennikarzami, część – jak Sellin – politykami. Inni – jak Adam Pawłowicz i później sam Walendziak – biznesmenami.
[srodtytul]Zmiana kapelusza[/srodtytul]
– To tylko zmiana kapelusza. Dobry dziennikarz, który jest osobą publiczną, gdy zostaje politykiem, pamięta siebie po tej drugiej stronie – ocenia Czarnecki, dziś europoseł, kiedyś dziennikarz. – Takiemu politykowi jest łatwiej i nie uderza mu woda sodowa do głowy z powodu pojawiania się w mediach.
Podobnego zdania są politycy dziennikarze. Ale widzą też niebezpieczeństwa, głównie zbytnie uleganie PR, zamiast zajmowania się rzeczywistością. – Świeżo upieczony polityk może ulec pokusie manipulacji opinią publiczną, bo wie, jak to jest po drugiej stronie – mówi Walendziak. I zaznacza: – Najważniejsze, żeby być konsekwentnym w roli, którą się wykonuje, nie może być żadnego „światłocienia”.
Właśnie ów „światłocień”, czyli nietransparentność odgrywanej obecnie roli, zarzucają Lisowi niektórzy.
– Całe środowisko dziennikarskie wie przecież, że chciałby kandydować w wyborach prezydenckich. A zatem dla mnie jest politykiem, a nie dziennikarzem. Każdy ma do tego prawo, on też, ale trzeba się zdecydować – przekonywał Sławomir Siwek, zawieszony wiceprezes zarządu TVP. – Nie widziałem żadnego powodu, aby z pieniędzy publicznej telewizji robić mu kampanię wyborczą.
„Dziennik”, który toczy zażarty personalny spór z Lisem, zarzucił mu wprost wykorzystywanie dziennikarskiego autorytetu do kariery politycznej.
– 150 razy mówiłem, że nie mam żadnych planów politycznych i że w żadnych wyborach nie zamierzam startować. Sugestie „Ciennika”, pardon „Dziennika”, są równie niepoważne jak ta gazeta – powiedział „Rz” Lis. Nie zdecydował się jednak na formułkę „nigdy nie wystartuję w wyborach prezydenckich”. Takiej deklaracji nie złożył też kilka lat temu kierownictwu TVN, mimo że był to warunek pozostania w tej stacji.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA