fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Specjaliści od emocji

Dziś w polityce kwestie merytoryczne mają znaczenie trzeciorzędne. Liczą się tylko emocje. A w zarządzaniu nimi Platforma Obywatelska jest nie do pokonania – pisze Joanna Lichocka, publicystka „Rzeczpospolitej”
Rok 2008 politycy PO mogą zaliczyć do udanych. Udało się utrzymać wysokie poparcie dla partii, a ukryć niepowodzenia rządu i niewielką liczbę jego sukcesów. Platforma prócz kilku ustaw, za które należy jej się uznanie – odebranie przywilejów emerytalnych oficerom służb specjalnych PRL oraz udoskonalenie i podniesienie do rangi sztandaru programu budowy boisk w każdej gminie (odziedziczonym zresztą po PiS) – nie ma się czym pochwalić.
Reformy zdrowia nie ma. Nie widać nawet, kiedy może do niej dojść i na czym, prócz prywatyzacji placówek służby, ma ona polegać. Budowa autostrad nie ruszyła z kopyta, a minister infrastruktury jest jednym z najmniej widocznych członków rządu. Zapowiadana rewolucja podatkowa jest wyłącznie ironicznym wspomnieniem, a obniżenie stawek podatkowych, jakie obowiązywać będą od przyszłego roku, przygotowała nie Platforma, ale PiS. [srodtytul]Marketingowe cuda[/srodtytul]
Można wymieniać wiele tych zaniechań, ale można też uznać, że po roku rządzenia zbyt wcześnie jest rozliczać ze spełnienia programu wyborczego. Wydaje się przy tym, że kwestie merytoryczne mają dziś na scenie politycznej znaczenie trzeciorzędne, żeby nie powiedzieć żadne. Z praktyki strategii PO wynika, że nie ma najmniejszego znaczenia, ile kilometrów autostrad zbudował rząd. Znaczenie mają nie fakty, a emocje. I w zarządzaniu nimi Platforma jest dziś nie do pokonania. Sprawuje rządy, a wcześniej była tak skuteczna w opozycji, bo odwołuje się do uczuć i wrażeń, a nie do faktów. PiS i jego konserwatywny w sposobie uprawiania polityki lider wydają się zaś – i trwa to już bardzo długo – zupełnie wobec tej taktyki bezradni.
Politycy PO kilka razy na wielką skalę dali pokaz techniki, która wymaga sporej dozy cynizmu, znacznej ignorancji dla faktów i dystansu do merytorycznej strony problemów, z jakimi się musieli zmierzyć. Istotne są wyłącznie emocje i wrażenie, jakie ma otrzymać wyborca.
Najsłynniejszym przykładem tej techniki były łzy posłanki Beaty Sawickiej w czasie ubiegłorocznej kampanii wyborczej. Polityk PO przyłapany na gorącym uczynku brania łapówki i opowiadający, że jak wygra Platforma, „biznes na służbie zdrowia będzie robiony” – to, wydawało się, śmiertelny cios w kampanii. Ale szybko się okazało, że nic podobnego – Platforma w ogóle nie tłumaczyła się z działań Sawickiej, po prostu postawiono ją przed kamerą: kobieta najpierw rozdzierająco szlochała, a potem spektakularnie zemdlała. W tle politycy Platformy zasmuceni jej nieszczęściem wytykali „podłe metody PiS”.
Żenujące? Być może. Ale skuteczne (choć niemające nic wspólnego z rzeczywistością). W tej samej kampanii zaproszenie Nelly Rokity na listę PiS było komentowane chóralnie przez polityków PO jako rozbijanie rodzin. Ale już wypchnięcie z list Platformy Jana Rokity przedstawiono jako poświęcenie się tego polityka miłości małżeńskiej i rodzinie.
[srodtytul]Podsycanie negatywnych wrażeń[/srodtytul]
Podobnych historii, choć może nie aż tak spektakularnych, jest mnóstwo. Można przypomnieć na przykład sytuację, gdy urzędnik prezydenta zwrócił uwagę w swoim wystąpieniu w Sejmie, że minister, która referowała w czasie debaty projekt ustawy o pomostówkach, od kilku godzin stoi, choć jest w zaawansowanej ciąży, a premier i członkowie rządu obojętnie siedzą w ławach. I że nikt nie zadba o to, by ustąpić kobiecie miejsca bliżej mównicy, lub choćby dostawić krzesło. A pamiętają państwo przekaz, jaki do nas dotarł? Otóż urzędnik prezydenta drwił z kobiety w ciąży, chcąc ją w ten sposób poniżyć. Było to oczywiście „skandaliczne” i „podłe”.
Skołowany minister przepraszał, ale Donald Tusk wyszedł ze skandalu bez szwanku. Wiadomo, ciąża nie choroba, a sama pani minister twierdziła, że żadnego krzesełka nie potrzebowała – ale, że odwołam się do osobistego doświadczenia czytelników, czy właśnie tak myślimy, gdy widzimy stojącą kobietę w ciąży w tramwaju czy autobusie?
Budowanie poparcia Platforma oparła na nieustannym podsycaniu negatywnych emocji wobec PiS i prezydenta. Gdyby tych dwóch podmiotów nie było na scenie politycznej, to politycy PO musieliby chyba je stworzyć.
[wyimek]Manipulowanie emocjami, budowanie łatwego przekazu odwołującego się do sentymentu, a nie intelektu, jest kluczem do sukcesu politycznego [/wyimek]Metoda jest skuteczna od trzech lat. Prawdopodobnie takie same wnioski wysnuwają politycy Platformy, choć przynajmniej raz zaprowadziło ich to na manowce – wtedy gdy Donald Tusk postanowił uniemożliwić Lechowi Kaczyńskiemu udział w szczycie Unii Europejskiej i nie pozwolił mu skorzystać z rządowego samolotu. Prawdopodobnie politycy PO uznali, że stan negatywnych emocji wobec Kaczyńskiego jeszcze się podniesie, a rząd na tym zyska. Zapomnieli jednak o wyczuleniu Polaków na podkopywanie prestiżu polskich władz na zewnątrz. Mogą nie znosić Kaczyńskiego, ale publiczne upokarzanie prezydenta poza granicami raczej im się nie podoba. Spin doktorzy partii zaordynowali więc złagodzenie kursu wobec Lecha Kaczyńskiego, zwłaszcza że znaczna część wyborców zdradzała już zmęczenie atakami na prezydenta podkopującymi prestiż tego urzędu, co dało się zauważyć w spadku notowań PO w niektórych sondażach.
[srodtytul]PiS ogrywane na każdym kroku[/srodtytul]
Jednak w sukurs PO przyszedł wtedy lider PiS Jarosław Kaczyński. Oczywiście mam na myśli jego pamiętną wypowiedź na temat „sypania” Stefana Niesiołowskiego w śledztwie. Tych kilka zdań (sprowokowanych zresztą przez samego Niesiołowskiego) podczas debaty w Sejmie kosztowały lidera PiS znacznie więcej, niż gdyby powiedział je ktokolwiek inny.
Potwierdzały bowiem tak starannie budowany przez przeciwników wizerunek lidera PiS jako polityka bezustannie sięgającego do przeszłości i mściwego. Politycy PO tylko na to czekali. Słowa „podłość” i „hańba” były odmieniane przez wszystkie przypadki. Przy tym, jak zwykle w takich sytuacjach, nie miała najmniejszego znaczenia strona merytoryczna – mianowicie taka, że w pierwszym przesłuchaniu twórców Ruchu Niesiołowski zamiast milczeć, zeznawał, co sam zresztą przyznawał i za co posypywał głowę popiołem w 1989 roku.
Kaczyńskiemu tą jedną wypowiedzią udało się odwrócić negatywną dla PO tendencję. Zastanawiające, że Jarosław Kaczyński i jego partia zdają się wobec metod Platformy zupełnie bezradni. Wydaje się, że dopóki lider PiS nie zda sobie sprawy z tego, że wszystko zawsze zostanie bezwzględnie wykorzystane przeciw niemu, że znacznie mniej mu wolno i że nie liczą się fakty, tylko wrażenie, tak długo będzie przez PO ogrywany.
[srodtytul]Gdy rozum śpi[/srodtytul]
Front antypisowski nie słabnie bowiem ani na chwilę i jest konsekwentnie budowany przez spin doktorów Platformy. Charakterystyczne dla tego podziału jest właśnie to, że budują go emocje, a nie sprawy merytoryczne. Gdyby było inaczej, to ustawa o pomostówkach – niedopracowana i niesprawiedliwie dzieląca pracowników na bardziej i mniej uprzywilejowanych w ramach tej samej grupy zawodowej – zostałaby poddana miażdżącej krytyce. Podobnie zapowiedź, że premier będzie omijał proces legislacyjny i rządził rozporządzeniami. Gdyby w sferze publicznej dominowało racjonalne rozumowanie, od razu podniosłyby się głosy w obronie zagrożonych procedur demokratycznych.
Podobnie byłoby po niedawnym esemesie Janusza Palikota do moich redakcyjnych koleżanek, które umawiając się na wywiad z tym politykiem, dowiedziały się od niego, że mają „przyjść nago i po dwóch winach”. Gdyby na taki skandaliczny tekst zdobył się polityk PiS, Platforma umiałaby rozpętać wokół tej sprawy akcję masowego oburzenia na chamstwo, agresję i prostactwo.
Wydawać by się mogło, że zbudowanie emocji anty-PO wokół tego wydarzenia jest dziecinnie proste. Tyle że PiS ani środowiska z nim związane tego nie potrafią, ani nie mają takich jak PO narzędzi, czyli sprzyjających jej akcjom mediów.
[srodtytul]Rządy szamanów[/srodtytul]
Zabawne, że emocjonalny podział na PiS i anty-PiS udało się wprowadzić Platformie nawet do SLD. Liderzy lewicy zostali postawieni przed faktem – jeśli nie popierają projektów PO w Sejmie, to znaczy, że współpracują z PiS i Lechem Kaczyńskim. Politykom PO udało się wmówić działaczom lewicy, że tak jest istotnie. Narzucony podział na proplatformerskiego Wojciecha Olejniczaka i sprzeciwiającego się popieraniu PO, a zatem propisowskiego Grzegorza Napieralskiego funkcjonuje, gdyż politycy SLD uwierzyli, że znajdują się w klinczu między PO a PiS.
O podziale decydują zatem antypisowskie emocje, a nie kwestie merytoryczne. Lewica związana z Olejniczakiem wie, że „po pierwsze nie z PiS” i… kropka. Jak gdyby to było dziś najważniejszym wyznacznikiem lewicowego światopoglądu, a szantaż – to w takim razie jesteście z PiS – jest tyleż surrealistyczny, co skuteczny. Interesujące będzie, czy politycy SLD będą umieli wyrwać się z tego kręgu, jaki zakreślili specjaliści od zarządzania emocjami z PO.
Znacznie ciekawsze wydaje się jednak co innego: jak długo ta metoda okaże się skuteczna w naszej rzeczywistości politycznej? Czy niechęć lub nieumiejętność PiS do stosowania tych samych pozamerytorycznych działań oznaczać będzie, iż partia ta pozostanie w defensywie przez całe lata? A może Polacy dostrzegą, że Platforma umiejętnie gra na ich wrażeniach, w zamian nie oferując zbyt wiele?
Podobno na tym właśnie polega nowoczesny marketing – liczy się uczucie, nie analiza. Manipulowanie emocjami, budowanie łatwego przekazu odwołującego się do sentymentu, a nie intelektu, ma być kluczem do sukcesu politycznego. Najciekawsze jest zatem pytanie – czy ta metoda okaże się skuteczna na dłuższą metę? Czy manipulowanie emocjami rzeczywiście wystarczy? A jeśli tak, to czym w istocie stanie się uprawianie polityki? Czy historia nie zatacza wielkiego koła i z powrotem nie wtrąca nas w ramiona wyspecjalizowanych w przekazie medialnym plemiennych szamanów i magów?
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA