fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Referendum, czyli jak podzielić Polaków

W ostatnim czasie coraz częściej wspomina się o referendum jako o narzędziu, za pomocą którego rozwiąże się polskie problemy. Prezydent zaproponował, aby w ten sposób podjąć decyzję w sprawie prywatyzacji szpitali.
[ul][li][link=http://blog.rp.pl/blog/2008/10/08/marek-migalski-referendum-czyli-jak-podzielic-polakow/]Skomentuj[/link][/li][/ul]
Wcześniej zarówno premier, jak i prezydent nie wykluczyli możliwości przeprowadzenia referendum w sprawie wprowadzenia w naszym kraju euro. Jestem zdecydowanym tego przeciwnikiem. Bo jestem w ogóle przeciwnikiem demokracji bezpośredniej.
[srodtytul] Pośrednia jest lepsza [/srodtytul]
Nie chodzi mi więc o to, że decyzję o przyjęciu euro już podjęliśmy w tzw. referendum europejskim w czerwcu 2003 roku i dziś jedyne, co mogą zrobić politycy, to zdecydować, w którym roku wprowadzimy u siebie europejską walutę. Nie chodzi mi też o rzekomo wysokie koszty przeprowadzenia referendum – to czysto populistyczny argument i niegodny poważnej debaty na temat Polski. Demokracja kosztuje i jeśli uznawalibyśmy konieczność zastosowania instytucji referendum, to bez względu na to, ile wyniosłoby jego zorganizowanie, nie kasa powinna decydować o tym, czy będzie ono mieć miejsce, czy też nie. Kwestie finansowe nie powinny w tego typu debacie odgrywać żadnej roli, zwłaszcza że w skali budżetu państwa są to koszty znikome.
Jestem przeciwnikiem przeprowadzania referendum w obu wymienionych powyżej sprawach, jak zresztą także w innych, z powodów zasadniczych. Uważam bowiem demokrację pośrednią za lepszą od demokracji bezpośredniej.
W dzisiejszych czasach pozostały nam dwie formy tej drugiej demokracji – referendum i tzw. inicjatywa ludowa. Z tą ostatnią mieliśmy do czynienia niedawno, gdy obywatelski projekt ustanowienia wolnego dnia w Święto Trzech Króli był dyskutowany w Sejmie po tym, jak zebrano pod nim kilkaset tysięcy podpisów. W ostateczności jednak głos będzie należał do parlamentu, bo to jego członkowie zdecydują, czy będziemy mieć nowy wolny dzień, czy też nie.
Zasadniczym przejawem demokracji bezpośredniej we współczesnym świecie jest jednak referendum. Odmiennie podchodzi się do niego w różnych krajach demokratycznych – w Szwajcarii jest ono stosowane nagminnie, podczas gdy np. u naszych południowych sąsiadów zostało użyte jedynie raz w całej historii niepodległej Czechosłowacji i Republiki Czeskiej. Stało się to na podstawie specjalnej ustawy zastosowanej ekstraordynaryjnie w kwestii przyjęcia Czech do Unii Europejskiej. Tamtejsza klasa polityczna zrobiła to niechętnie i tylko dlatego, że takie były wymogi Brukseli.
[srodtytul] Demos na agorze[/srodtytul]
Pierwotnie pojęcie demokracji było nieodłącznie związane z jej bezpośredniością. Ale rozwój demograficzny i terytorialny państw uczynił w pewnym momencie niemożliwym zebranie się całego demos na agorze. Wymyślono więc demokrację pośrednią – obywatele wybierali swych przedstawicieli do rządzenia i podejmowania decyzji i co jakiś czas głosowali, czy przedłużyć im mandat, czy też zastąpić ich innymi reprezentantami. Rozwiązanie to bodajże Giovanni Sartori, włoski politolog, przyrównał do wynalezienia koła – tak było rewolucyjne. Dziś powrót do podejmowania decyzji przez demos staje się na powrót możliwy dzięki Internetowi i coraz powszechniejszej komputeryzacji. Można sobie w nieodległej przyszłości wyobrazić stan, gdy dostęp do Internetu będą mieli już wszyscy obywatele i możliwy stanie się, jak w starożytnej Grecji, powszechny i stały ich udział w podejmowaniu wszystkich decyzji politycznych. Czy jednak takie rozwiązanie byłoby dobre? Czy czyniłoby to naszą demokrację lepszą? Uważam, że nie.
Pierwszym argumentem przeciwko demokracji bezpośredniej, w tym przede wszystkim przeciwko referendum, jest brak kompetencji poszerzonego demosu. Argument ten zastosowany został po raz pierwszy przez Platona i skrytykowany po wielokroć, najostrzej chyba przez Karla Raimunda Poppera. Jest on jednak zasadny – czy możemy bowiem twierdząco odpowiedzieć na pytanie o kompetencje większości obywateli współczesnych demokracji w decydowaniu o coraz bardziej skomplikowanej materii rządzenia? Bo to, że rządzenie państwem staje się z każdym dziesięcioleciem bardziej złożonym procesem, jest rzeczą oczywistą.
[srodtytul] Palikot i Kowalski[/srodtytul]
Czy naprawdę większość z nas jest kompetentna, by sensownie wypowiedzieć się w sprawie traktatu lizbońskiego, prywatyzacji służby zdrowia czy też zalet i wad wprowadzenia w Polsce euro? Przecież jasne jest, że są to tak skomplikowane zagadnienia, iż wyborcy w swych decyzjach nie będą się kierować wiedzą na ten temat (bo jej mieć nie będą), ale wskazaniami swoich ulubionych polityków i mniemaniami wypracowanymi na podstawie swych politycznych sympatii. Zwolennik PO zagłosuje więc za przyjęciem euro, bo będzie wierzył Donaldowi Tuskowi, że jest to rozwiązanie dobre dla naszego kraju, a wyborca PiS zagłosuje przeciw, jeśliby Jarosław Kaczyński obwieścił, że przyjęcie euro zagraża naszej suwerenności. Po co więc organizować referendum, jeśli i tak biorący w nim udział będą się kierować swymi afiliacjami politycznymi? Czy nie lepiej zostawić to parlamentowi i zasiadającym tam politykom?
Tych 460 posłów jest o wiele bardziej kompetentnych niż 30 milionów Polaków uprawnionych do głosowania. Ponad 90 proc. parlamentarzystów ma wykształcenie wyższe (podczas gdy jedynie 10 proc. całej populacji może to o sobie powiedzieć), z czego duża część to ekonomiści i prawnicy. Ich decyzja, wsparta dodatkowo opiniami pracujących dla nich ekspertów, będzie o niebo bardziej sensowna niż decyzje przeciętnych obywateli. Lepiej – mówiąc bardzo obrazowo – oddać swój los w ręce Janusza Palikota niż Jana Kowalskiego.
Zarzut, że jest to ograniczanie demokracji, jej elitarystyczna forma, można zbijać tym, iż populizmem jest twierdzenie, że na skomplikowanych kwestiach współczesnej gospodarki i rządzenia obywatele znają się lepiej niż ich polityczne elity. Przeciętny człowiek na pewno lepiej wie, co jest lepsze dla niego, i w tym politycy nie powinni go wyręczać, ale czymś innym jest decydowanie o tak niełatwych sprawach, jak traktaty międzynarodowe, zagadnienia walutowe czy reforma zarządzania opieką zdrowotną.
Poza tym argumentem dodatkowym za ograniczeniem prawa do referendum jest to, że przecież partie polityczne w kampaniach do parlamentu prezentują swoje programy i w tym momencie wyborca może zdecydować, czego chce. Głosując na Platformę, wiedział, że będzie ona raczej przyśpieszać proces przyjęcia euro, wybierając PiS mógł podejrzewać, że w tym przypadku będzie odwrotnie. Tak samo jak w kwestii prywatyzacji służby zdrowia – zwolennik PO mógł się spodziewać, że jego partia będzie za tym rozwiązaniemi, podczas gdy wyborca PiS miał prawo sądzić, że jego partia nie będzie orędowniczką komercjalizacji szpitali.
Dlatego nie można zastosować argumentu, iż rezygnując z referendum, ogranicza się demokrację. Nie, tak nie jest – przesuwa się jedynie moment podejmowania przez demos decyzji z chwili samego referendum na moment wyborów parlamentarnych, w których to partie prezentują swoje programy wyborcze.
[srodtytul] Bez kompromisu[/srodtytul]
Drugi argument przeciwko demokracji bezpośredniej jest następujący – jest ona konfrontacyjna, zero-jedynkowa, podczas gdy demokracja pośrednia jest konsensualna, dośrodkowa. Zwracali na to uwagę teoretycy demokracji – wspomniany już Sartori, ale także Roald Dahl, Samuel Huntington, Seymour Martin Lipset czy Joseph Schumpeter. Referendum jest w istocie narzędziem podziału społeczeństwa, a nie jego integracji. Bo przecież w czasie jego trwania następuje trwała polaryzacja wyborców na zwolenników i przeciwników danej kwestii, na tych, co są za, i na tych, co są przeciw. Nie ma tu pola na kompromis, negocjacje, wzajemne ustępstwa. Jest jedynie podział na zwycięzców i pokonanych. Ci pierwsi świętują wygraną, ci drudzy liżą rany po porażce.
Zupełnie inaczej jest w demokracji pośredniej – tutaj jest pole w parlamencie na kompromis, uwzględnienie racji strony słabszej, przyjęcie jej poprawek i uwag. Stanowiska mogą ulegać stopniowemu zbliżeniu, tak by w konsekwencji zadowolić wszystkie strony sporu. Tak wypracowany kompromis spaja zatem strony konfliktu, pozwala im na zachowanie twarzy, radość z osiągniętego efektu.
Referendum niczego takiego nie gwarantuje – jest to binarny, dwuwartościowy system, w którym jedni przegrywają, a inni wygrywają. Ostateczne pokonanie którejś ze stron poprzedzone jest zresztą wielotygodniową kampanią, w której nie szczędzi się przeciwnikom razów i obelg, pomówień i oszczerstw. Społeczeństwo poddane stałemu działaniu referendów byłoby społeczeństwem niezwykle podzielonym i posegmentowanym. Demokracja bezpośrednia pokazałaby swoje złe oblicze – antykonsensualne, odśrodkowe, nietolerancyjne, niekompromisowe.
Warto o tym pamiętać, nawołując co rusz do przeprowadzania ogólnonarodowych referendów. Choć wiem, jak kontrowersyjnie to zabrzmi, ale oddajmy sprawy rządzenia w ręce polityków – zrobią to bardziej kompetentnie i mniej konfrontacyjnie. My zaś, jako demos, bacznie się im przypatrujmy, kontrolujmy i głosujmy w wyborach na najlepszych.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA