fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kraj

Ofiar transformacji nie było aż tak wiele

ROL
Paweł Majewski
W wywiadzie był spokój – przekonuje najsłynniejszy agent PRL Marian Zacharski.
„4 czerwca 1989 roku skończył się w Polsce komunizm". A kiedy nastąpiło to dla pana?
Marian Zacharski: Gdy w mediach pojawiły się pierwsze ataki na mnie. Byłem dla, nazwijmy to, nowej władzy przykładem człowieka, który działał w USA, a więc przeciwko nowemu sojusznikowi, a z drugiej strony dostał, jak to nazywano, nagrodę w postaci stanowiska, bo byłem wtedy szefem Peweksu.
W jakim to było okresie?
Krótko po powołaniu rządu Tadeusza Mazowieckiego. RSW Prasa sprzedawało wtedy tytuły. Spędziłem całe życie zawodowe w systemie kapitalistycznym, a po powrocie do kraju tak samo prowadziłem Pewex. Odnosiłem wrażenie, że w tej rzeczywistości powinienem czuć się jak ryba w wodzie, a było na odwrót. Pomysł zakupu gazety miał uzasadnienie ekonomiczne. Przy okazji miałbym dostępne narzędzie, by móc publicznie bronić się przed atakami. W imieniu firmy złożyłem więc ofertę na zakup „Expressu Wieczornego". Odwiedziło mnie wtedy dwóch polityków, sugerując, abym wycofał swój wniosek. Krótko potem gazeta znalazła się w rękach firmy bliskiej tej opcji. Zdałem sobie wtedy sprawę, że nie zawsze ekonomiczne, a niekiedy polityczne czynniki będą (przynajmniej w pierwszej fazie) decydowały o kształcie rzeczywistości.
Równocześnie znamy wiele historii, np. z Centrali Handlu Zagranicznego, gdzie państwowy majątek służył do uwłaszczenie starej nomenklatury.
Nie uwłaszczałem się. Po prostu zrezygnowałem z pracy w Peweksie.
Ale zna pan takie historie?
Słyszałem o nich, ale nie znam szczegółów. Oczywiście, czytałem to, co wypływało do prasy. Przypominam sobie jedynie wtedy dla mnie niewiele znaczącą wizytę. Było to w 1988 r., gdy byłem dyrektorem handlowym i zastępcą dyrektora naczelnego. Przyszedł wysoki urzędnik Ministerstwa Finansów, by pożegnać się z moim szefem, bo odchodził, by utworzyć bank. Dla mnie jako człowieka, który spędził życie na Zachodzie, było to rzeczą normalną.
Przecież od powrotu z amerykańskiego więzienia był pan w środowisku służb. Tam nie zdawano sobie sprawy, jak przebiega transformacja?
Pracowałem w wywiadzie naukowo-technicznym. Nie zajmowałem się sprawami politycznymi. Faktem jest, że w wywiadzie pracowali bardzo inteligentni ludzie i dla nich nie było tajemnicą, że gospodarka długo nie wytrzyma. Potem były zmiany w Rosji, czyli na scenę wkroczyła geopolityka. W wywiadzie była pełna świadomość, że trzeba coraz szybciej myśleć o nowych rozwiązaniach nie tylko gospodarczych, ale także politycznych. I takie informacje słano na różne szczeble. Decyzje należały do polityków.
Wrócił pan do kraju w 1985 r. Już wtedy było wiadomo, że coś się szykuje?
Kiedy kilku najgorliwszych towarzyszy doszło ostatecznie do wniosku, że na współpracę z Amerykanami jednak nie poszedłem, to mogłem zacząć toczyć różne swobodne i ciekawe rozmowy, np. z szefem wywiadu i innymi kolegami, którzy zdawali sobie sprawę, że jest jakiś limit tego systemu. I my go osiągnęliśmy. Na szczęście transformacja w Polsce przebiegła w miarę pokojowo. Ofiar nie było aż tak wiele, a przynajmniej uniknięto ich w tym przełomowym momencie.
Były ofiary transformacji? Panuje przekonanie, że była bezkrwawa. Mówi pan o niewyjaśnionych śmierciach księży: Stefana Niedzielaka, Stanisława Suchowolca i Sylwestra Zycha?
Dla mnie pierwszymi ofiarami transformacji byli górnicy z Wujka. Wtedy pomimo tylu doświadczeń: Poznania, Wybrzeża, ponownie pojawił się wariant siłowy.
A czym były sprawy tych księży?
Trudno mi je osądzać. Nie znam ich. Musieliby się wypowiedzieć kompetentni ludzie z policji, kontrwywiadu, a przede wszystkim prokuratury. Jeżeli więc były jakiekolwiek ofiary, to one były minimalne, i to jest ważne. Proszę porównać, co działo się w Rumunii.
A gdy komuniści ponieśli klęskę w wyborach czerwcowych, w wywiadzie nie zapanował niepokój, że transformacja zbytnio przyspieszyła?
W wywiadzie był spokój. Poza jedyną naturalną obawą. Chodziło o to, aby zmiany, cokolwiek mówić, rewolucyjne, nie spowodowały zdrady agentury. Oficer wywiadu musi bronić tajności źródeł. Wśród kolegów panowało przekonanie, że władza wiedziała, iż pewien etap się skończył i trzeba przekazać pałeczkę. W Rumunii nie chciała pogodzić się z tym faktem. U nas uznała, że trzeba przyszłość budować zupełnie inaczej.
Jako gwiazda wywiadu miał pan dostęp do ludzi ze szczytów władzy, do generałów Czesława Kiszczaka i Wojciecha Jaruzelskiego. Wie pan, kiedy uznali, że trzeba dogadać się z opozycją?
Gen. Jaruzelskiego poznałem późno, a z ministrem Kiszczakiem rozmawiałem tylko kilka razy. Dziś wiem, że oni sobie zdawali sprawę wcześniej, iż należy szukać innych rozwiązań. Rozmowy z opozycją są w takiej sytuacji czymś normalnym. To była jednak przede wszystkim kwestia geopolityki, czyli sytuacji w Rosji i na świecie. W pierwszej fazie zmian w Europie nie wszystkie mocarstwa były za zjednoczeniem Niemiec. Uważam, że rozgrywki geopolityczne decydowały w największym stopniu o tempie i głębi naszej transformacji.
Służby miały bardzo precyzyjne rozpoznanie podziemia. Głębia tej penetracji była znacząca, ale, na szczęście, rządzący doszli do wniosku, że dalsze trwanie w swoistym marazmie jest bez sensu.
Ta inwigilacja miała wpływ na Okrągły Stół, przebieg wyborów?
Nie sądzę. Moim zdaniem były próby zachowania jakichś drobnych fragmentów władzy przed zbyt gwałtownym ich przejęciem. Ale jak to bywa w czasach rewolucyjnych, szybko okazało się, że to jest niemożliwe, choć rekordu Ukrainy w tempie zmian nie pobiliśmy. Oni podpisali porozumienie, a chwilę potem przy użyciu helikopterów i ciężarówek rozpoczęła się ewakuacja najwyższych władz.
Podczas poprzedzających Okrągły Stół rozmów w Magdalence wykorzystano wiedzę operacyjną przeciw liderom opozycji?
Tego typu wiedza zawsze odgrywa istotną rolę, nawet w obecnych czasach. Prezydent czy premier dostają informacje wywiadowcze przed spotkaniami z innymi przywódcami. Z pewnością gen. Kiszczak miał portrety psychologiczne rozmówców, ale nie wiem, czy je wykorzystano, bo nie było mnie tam.
Sądzi pan, że Rosjanie byli w stanie kontrolować transformację?
Zarówno Rosja, jak i USA prowadzą wywiad globalny. Trudno sobie wyobrazić, żeby któreś z nich opuszczało kraj, w którym odgrywało ważną rolę, i pozostawiało wolne pole, np. bez utrzymania przynajmniej agentury wpływu.
Na jaką skalę Rosjanie zrobili to w Polsce?
Nie mam tak głębokiej wiedzy, ale były pewne sygnały, które wskazywały, że ich agentura była obecna.
W tamtym okresie zmieniali się sojusznicy naszych służb. Jak Amerykanie przyjęli człowieka, który odsiadywał u nich wyrok za szpiegostwo?
Ludzie CIA, którzy nawiązali z nami pierwszy kontakt na początku lat 90., zażądali nawet spotkania ze mną. Doszło do niego w Magdalence. Oficerem nawiązującym kontakt był ten, który kilka lat wcześniej był wśród eskortujących mnie ze Stanów do punktu wymiany w Berlinie. W obecności szefostwa naszego wywiadu pochwalili profesjonalizm mojej operacji. „Zatargi" miałem z FBI, czyli, jak mówili oficerowie CIA, z ludźmi z „biura".
Zanim doszło do ocieplenia stosunków, nie było obaw, że Amerykanie zrobią czystkę w służbach?
Spodziewałem się, że będę wyrzucony. Tym bardziej że do szefów UOP zgłosił się przedstawiciel jednej z demokratycznych służb i przyniósł kartkę z nazwiskami oficerów do natychmiastowego wyrzucenia. Byłem na czele tej listy.
Służby amerykańskie jakoś sprawdzały waszą lojalność?
Mieli dobre źródła w Polsce oraz szacunek dla pracy polskiego wywiadu. Wierzyli nam. Nie mieli też powodów do narzekań.
Jak pan patrzył wtedy na postulaty lustracji?
Lustracja osób zaangażowanych w pracę w służbach to pewnie w takich burzliwych czasach rzecz normalna. Co innego sprawa ochrony źródeł osobowych. Lepiej jest, gdy w tej drugiej sprawie postępuje się tak jak Anglicy, czyli trzyma się dokumenty przez określony czas pod zamknięciem. Wywiad musi chronić swoje źródła niezależnie od tego, kto jest aktualnie u władzy.
W UOP zawrzało 4 czerwca 1992 r., gdy w Sejmie pojawiła się „lista agentów"?
To dla wszystkich było bardzo burzliwe wydarzenie. Nie powinno się ujawniać nazwisk agentów, nawet po latach. Oczywiście, nie należy zapominać, że władza i decyzje leżą po stronie polityków.
Zasłynął pan, gdy wskazał pan na urzędującego premiera Józefa Oleksego jako agenta rosyjskiego wywiadu.
To nie służby ujawniły tę informację. Proszę przypomnieć sobie wystąpienie premiera w telewizji. Był pierwszym, który mówił na ten temat. Służby broniły interesów państwa. Niefortunne było to, że władza znalazła się wówczas w rękach jednej formacji.
Może pan nie miał racji. Bałby się pan wrócić teraz do Polski, gdyby za Oleksym rzeczywiście stali Rosjanie.
A może jednak miałem. Nie było mnie w Polsce prawie ?18 lat. Powody wyjazdu opisałem w „Rosyjskiej ruletce". Przyjechałem do Polski na prośbę wydawcy.
Nie pytał pan ludzi służb, czy będzie bezpieczny?
O zagrożeniu wspominał mi wiele lat temu były dostojnik służb wojskowych. Nawet podkreślał, że nie żartuje.
W ostatniej książce „Krwawiąca granica" pisze pan o wywiadzie II RP. Był lepszy od tego, który zbudowaliśmy po 1989 r.?
Z punktu widzenia procedur lepiej poradziliśmy sobie w III RP. W 1930 r., po 12 latach istnienia suwerennego państwa i jego służb, trzeba było wysłać pismo, żeby powiadomić oficerów udających się na tajne operacje w delikatnych rejonach, że nie powinni mieć ze sobą w kieszeniach tajnych dokumentów.
—rozmawiał Paweł Majewski

Bohater w PRl, Banita w III RP

Marian Zacharski był jednym z najsłynniejszych funkcjonariuszy Departamentu I MSW (część Służby Bezpieczeństwa), czyli komunistycznego wywiadu. W 1981 r. został aresztowany w USA i skazany na dożywocie za szpiegostwo. Działając pod przykrywką pracownika centrali handlu zagranicznego Metalexport, od pracownika jednej z amerykańskich firm zbrojeniowych pozyskał m.in. dokumentację rakiet typu Hawk, systemów radarowych bombowca dalekiego zasięgu, samolotów myśliwskich i sonarów okrętów atomowych.
W 1985 r. został wymieniony wraz z dwiema innymi osobami za 25 osób więzionych w bloku wschodnim. Potem zrobił karierę w Peweksie, pozostając w służbach. W III RP trafił do Urzędu Ochrony Państwa. Miał zwerbować funkcjonariusza rosyjskich służb Władimira Ałganowa i dowiedzieć się od niego o agencie o pseudonimie Olin. Zacharski twierdzi, że był nim premier Józef Oleksy, czego dochodzenie nie potwierdziło.
W 1996 r. wyjechał z kraju (jak twierdzi, zmuszono go do tego), mieszka w Szwajcarii. Od 2009 r. wydaje książki wspomnieniowe ?o pracy w służbach.     —pmaj
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA