fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Zegar dla Rosji tyka

Fotorzepa, Piotr Nowak PN Piotr Nowak
Putin prowadzi grę, w której minimalna stopa zwrotu znajduje się na poziomie średniej rynkowej (aneksja Krymu), ale w zależności od sytuacji ?może przynieść też nadzwyczajne zyski ?(np. podważenie zobowiązań NATO wobec Polski) – pisze ekonomista.
W opublikowanym w październiku 2013 r. raporcie półrocznym Międzynarodowego Funduszu Walutowego „World Economic Outlook" przeprowadzona została analiza wrażliwości gospodarek na spadki cen surowców, w tym surowców energetycznych. W dość opasłym raporcie (249 str.) analiza ta zajmuje niecałe dziesięć stron, można ją więc przeoczyć. Zaletą jednak analiz ekonomicznych są tabele i wykresy, które wymuszają minimum uwagi. I tak też stało się w moim przypadku, gdy na str. 27 zacząłem uważniej studiować wykresy prezentujące skutki zmian spadków cen surowców dla bilansów płatniczych różnych grup krajów.
Ku mojemu zdziwieniu w grupie krajów d. ZSRR zabrakło Rosji. Ponieważ z wiekiem wzrok słabnie, a z wygody przeszukiwanie dokumentów powierza się w coraz większym stopniu komputerom, ja również zacząłem sprawdzać dokument MFW pod hasłem „Rosja" i moje zdziwienie wzrosło, gdy nie znajdowałem podstawowych informacji dla kraju, którego gospodarka jest zdominowana przez wydobycie, produkcję i eksport surowców energetycznych.
Przypomniała mi się od razu historia pewnej analizy z bliźniaczej międzynarodowej instytucji finansowej, czyli Banku Światowego, która nie została upubliczniona przed 1997 r., gdyż podważała fundamenty ekonomiczne gospodarek Azji Południowo-Wschodniej. W analizie tej wskazywano na malejącą krańcową wydajność kapitału, czyli mówiąc po ludzku, pokazano, że potrzeba coraz więcej inwestycji dla wytwarzania jednostki produkcji.  Tak zwany wskaźnik przyrostowej kapitałochłonności (ang. ICOR) wynosić miał dla większości gospodarek azjatyckich około 8, gdy dobry wynik to wskaźnik na poziomie 1–3 (w polskim przemyśle kształtuje się on na poziomie około 2, a więc rewelacyjnie).
Po wybuchu kryzysu azjatyckiego w połowie 1997 r. okazało się, że gospodarki azjatyckie były przeinwestowane, banki ukrywały złe długi, politycy zblatowali się z biznesem, a zadłużenie publiczne było wyższe, niż informowano. Oczywiście o kryzys azjatycki obwiniono spekulantów zachodnich, ale model wzrostu tygrysów azjatyckich się załamał, a przytoczona publikacja Banku Światowego mogła wreszcie ujrzeć światło dzienne.
W historii ekonomii nie występuje przykład kraju bogatego w surowce, który osiągnąłby trwały wzrost gospodarczy

Innego modelu nie było

Czasami więc ważniejsze w analizach i prognozach ekonomicznych okazuje się to, czego nie ma, a nie to, co jest szeroko publikowane i dyskutowane. W przypadku Rosji mamy właśnie do czynienia z taką sytuacją. Pierwsze publicznie dostępne analizy (amerykańskich banków inwestycyjnych) wskazujące na rosnące ryzyko ekonomiczne w Rosji zaczęły się pojawiać w styczniu 2014 roku, a już w połowie lutego prezydent Putin obwieścił koniec modelu wzrostu rosyjskiej gospodarki w oparciu o surowce energetyczne.
Problem w tym, że innego modelu w Rosji nie było, nie ma i nie będzie. W historii ekonomii nie występuje bowiem przykład kraju bogatego w surowce, zwłaszcza energetyczne, który osiągnąłby trwały wzrost gospodarczy. Przyczyną jest zbyt wysoka stopa zwrotu z inwestycji w surowce, żeby się opłacało cokolwiek innego produkować i eksportować.
Pewnym wyjątkiem od reguły jest Norwegia, która jednak znalazła ropę i gaz stosunkowo późno, gdy była już krajem rozwiniętym i dość zamożnym, co pozwoliło rozsądnie gospodarować nowym bogactwem.
Były ambasador Polski w Rosji Stanisław Ciosek ma wiele racji, twierdząc, że UE nie potrafiła czy nie chciała zaproponować partnerstwa politycznego i ekonomicznego Rosji, o które zabiegał Michaił Gorbaczow. Problem w tym, że sama Rosja nie chciała takiego partnerstwa, gdyż już w 1992 r. po upadku rządu Jegora Gajdara kolejny premier Wiktor Czernomyrdin zakończył proces rynkowych reform i skierował rosyjską gospodarkę na budowanie modelu oligarchicznego i tzw. suwerennej demokracji, który bardzo twórczo rozwinął później premier, a następnie prezydent Rosji Władimir Putin.

Nadchodzi koniec imperializmu

Rosja się nie zmieni i mrzonką jest liczenie na jakiś korzystny rozwój sytuacji, tym bardziej że fundamenty ekonomiczne Rosji będą się pogarszać z powodu wysoce prawdopodobnego spadku cen ropy naftowej.
Spadek ten będzie rezultatem szybko rosnącego wydobycia w USA tzw. ropy zamkniętej. Technologia wydobycia ropy zamkniętej jest jeszcze prostsza niż gazu łupkowego, a jej zasoby w USA są na poziomie zasobów konwencjonalnej ropy w Arabii Saudyjskiej. Po rewolucji cenowej spowodowanej przez gaz łupkowy prawdopodobna jest więc rewolucja cen ropy naftowej. A cena ropy naftowej ma dla Rosji jeszcze większe znaczenie niż cena gazu ziemnego, gdyż nawet długoterminowe kontrakty gazowe (w tym z Polską) są powiązane z cenami ropy.
Rezerwy walutowe Rosji na koniec 2013 r. w kwocie 510 mld dolarów wydają się spore, ale zadłużenie zagraniczne rosyjskiego rządu i rosyjskich firm wynosi ponad 730 mld dolarów. Interwencje na rynku walutowym w obronie rubla przez jeden dzień (3 marca) kosztowały bank centralny Rosji 11 mld dolarów i konieczność podwyżki stóp procentowych o 150 pkt bazowych, do 7 proc., żeby zatrzymać odpływ kapitału.
Jednak z Rosji wciąż odpływa więcej kapitału (w tym rosyjskiego), niż do niej wpływa, więc rezerwy walutowe się zmniejszają – prognozy banków inwestycyjnych wskazują na spadek rezerw do 480 mld dolarów na koniec 2014 r. W 2013 r. wzrost gospodarczy w Rosji pozostawał na rachitycznym poziomie 1,3 proc. w 2013 r., a najnowsze prognozy na 2014 r. wskazują na jego spadek poniżej 1 proc. przy założenie braku sankcji gospodarczych USA i UE za aneksję Krymu.
Jednak spadek cen ropy naftowej w horyzoncie najbliższych dwóch, trzech lat do poziomu 80 dolarów za baryłkę (co przewiduje Departament Energii USA) fundamentalnie zmienia sytuację rosyjskiej gospodarki. Przy takich założeniach obecnie prawie zbilansowany budżet rządu Rosji zmienia się w deficyt na poziomie minimum 2 proc. PKB, a zamiast obecnie 3 proc. nadwyżki na rachunku obrotów bieżących pojawi się deficyt na poziomie minimum 3 proc. PKB, co odpowiada kwocie minimum 60 mld dolarów (przy obecnym kursie rubla, a zwykle waluta krajowa ulega dalszemu osłabieniu, gdy rośnie deficyt handlowy).
W efekcie, obecny poziom rezerw walutowych Rosji może nie wystarczyć na dłużej niż trzy lata, a możliwości odbudowy rezerw walutowych są raczej marne (chyba że Zachód zmusi rosyjskich oligarchów do powrotu z kapitałami do Rosji). Zegar dla Rosji zaczyna więc coraz szybciej tykać i możliwości prowadzenia polityki imperialnej są ograniczone w czasie.

Czołgi czy pociski

Prezydent Putin prowadzi grę z krajami Zachodu, którą można porównać z agresywną spekulacją na rynkach finansowych, gdzie minimalna stopa zwrotu znajduje się na poziomie średniej rynkowej, ale w zależności od rozwoju warunków gra ta może przynieść nadzwyczajne zyski. Tą minimalną stopą zwrotu jest prawdopodobnie aneksja Krymu, pytanie, czy tą nadzwyczajną stopą zwrotu ze spekulacji Putina będzie „tylko" cała Ukraina, czy też na przykład podważenie zobowiązań NATO wobec nowych krajów członkowskich, w tym Polski?
Dlatego też polska klasa polityczna, zarówno rządząca, jak i opozycyjna, powinna przemyśleć niektóre ze swoich quasi-dogmatów.
Po pierwsze, potrzeba reform zwiększających efektywność administracji i ogólnie sprawność sektora publicznego, który odstaje od dokonań sektora prywatnego w Polsce. Sprawne państwo lepiej funkcjonuje (przykład tempa „wydobywania" gazu łupkowego w Polsce dobrze chyba to ostatnio zilustrował) i mniej kosztuje, a pieniądze mogą się niedługo przydać na ważniejsze cele niż wzrost wynagrodzeń biurokracji (w której już się zarabia o 1/3 więcej niż w sektorze prywatnym, a jej fundusz płac osiągnął minimum 46 mld złotych w 2012 r.).
Po drugie, kwestia przeanalizowania strategii szybkiego wejścia Polski do strefy euro (już podniesiona przez prezesa NBP Marka Belkę i prof. Andrzeja Wojtynę). Korzyści geostrategiczne z przynależności do strefy euro dostrzegli politycy estońscy i łotewscy (a niedługo litewscy), gdyż wiedzieli, że samo członkostwo w NATO może być za małą gwarancją ich bezpieczeństwa.
Strefa euro nie ma samolotów, czołgów i rakiet, ale ma wspólną walutę, co powoduje, że problemy każdego kraju członkowskiego odbijają się niekorzystnie na innych krajach, więc za wszelką cenę nie należy do nich dopuszczać. Działanie tego mechanizmu wsparcia pokazał przykład Grecji, gdy ani Niemcy, ani Francuzi nie mieli oporów przed wydatkowaniem ponad 400 mld euro (!) na ratowanie kraju członkowskiego.
Po trzecie, zmiana planów modernizacji technicznej Sił Zbrojnych. Prezydencka biała księga bezpieczeństwa narodowego prawidłowo zasygnalizowała możliwe problemy z Rosją, ale wnioski dla modernizacji armii są niesatysfakcjonujące. W strategii przezbrojenia jednym z priorytetów powinna być efektywność kosztowa. Na przykład nowoczesny czołg kosztuje ponad 5 mln euro, gdy nowoczesny taktyczny pocisk manewrujący 0,5–1 mln dol. Przy czym pierwszy typ uzbrojenia służy raczej tylko do obrony własnego terytorium, drugi typ jest nieco bardziej uniwersalny.
Kwestię prowadzenia konfliktu zbrojnego na własnym terytorium Polska przerabiała już dwukrotnie w XX w. i po raz trzeci miała doświadczyć w przypadku III wojny światowej, czemu przeciwstawił się płk Ryszard Kukliński. Skutki społeczne i ekonomiczne takiej strategii „obronnej" odrabiamy po półwieczu i dopiero dzięki członkostwu w UE. Może więc czas wyciągnąć wreszcie wnioski z najnowszej historii.
Autor jest ekonomistą, członkiem zarządu Deloitte. W latach 1995–2005 uczestniczył ?w misjach doradczych CASE ?m.in. w Rosji, na Ukrainie, w Kazachstanie, Kirgizji, na Białorusi i w Mołdawii
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA