fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Jankowski: Wyroki ze Strasburga czekają na szeryfa

Andrzej Jankowski
archiwum prywatne
Minister sprawiedliwości powinien wziąć na siebie pełną odpowiedzialność za szybkie wykonywanie wyroków Trybunału w Strasburgu – pisze publicysta prawny.
Śledztwo w sprawie więzień CIA w Polsce, o którym pisze adwokat Ireneusz Kamiński, pokazuje, że nasz rząd zbyt często zapomina o  prawnym elementarzu. Sędziowie ze Strasburga, którzy rozpoznają skargę Saudyjczyka al-Nashiriego przeciwko Polsce, zwrócili się do Polski kilka miesięcy temu z prostym pytaniem: czy skarżący przetrzymywany był w tajnych więzieniach CIA na terenie Polski?

Dyplomatycznie nie znaczy wymijająco

Polska odpowiedziała Trybunałowi dyplomatycznie, czyli wymijająco. Uraczyła sędziów takimi samymi okrągłymi zdaniami, takimi samymi truizmami,  jakimi cały czas karmiona jest opinia publiczna w kraju. A więc, że sprawa ta jest priorytetowa, że  prokuratura w naszym kraju jest niezależna od rządu, że sprawa jest tajna, że  przesłuchano  już 64  świadków, że akta sprawy liczą 21 tomów,  a śledztwo prowadzi Prokuratura Apelacyjna w Krakowie. W każdym razie sędziowie Trybunału nie dali się oczarować  gładkim słówkom i niejako rewanżując  się urzędnikom z Ministerstwa Spraw Zagranicznych, odtajnili dokumenty w sprawie  tajnych więzień CIA w Polsce. W końcu doszli też do wniosku, że nic nie stoi na przeszkodzie, by również rozprawa była jawna.
Z pewnością nie jest to otwarte wypowiedzenie wojny, ale decyzja Trybunału w Strasburgu pokazuje irytację sędziów stylem komunikacji, który urzędnicy z Warszawy  usiłowali narzucić sędziom.
Trybunał wysłał do polityków z Warszawy jasny sygnał: nie damy się zwieść odpowiedziom pisanym językiem baśni Andersena.  Kiedy na stole sędziowskim leżą prawa człowieka,  kończą się truizmy,  a do głosu dochodzą twarde  procedury prawne.

Twitterowy język nie dla sędziów

Sprawa z więzieniami CIA w tle pokazuje, że  im więcej będziemy rozmawiali z Trybunałem w Strasburgu takim twitterowym językiem, tym więcej punktów karnych będziemy zbierać. A przecież i bez tego nasz wymiar sprawiedliwości uzbierał ich  co niemiara. Od kiedy tylko pamiętam, nie nadążamy z wykonywaniem strasburskich wyroków (ponad 800 wyroków czeka, a segregator wciąż pęcznieje).
Na naszych oczach zaczyna utrwalać się bardzo niepokojąca tendencja:  im więcej spraw wygrywają nasi obywatele w Strasburgu, tym więcej zaległości egzekucyjnych ma państwo. Jeszcze nie jesteśmy czerwoną latanią tej klasyfikacji, ale wśród sygnatariuszy europejskiej konwencji praw człowieka wleczemy się wśród  takich krajów jak Ukraina, Rosja, Włochy i bodajże Turcja. W praktyce więc indywidualne sukcesy Alicji Tysiąc, właścicieli przedwojennych kamienic czy mienia zabużańskiego nie przekładają się na sukces tych wszystkich osób, które  znalazły się w podobnej lub jakże często w identycznej sytuacji prawnej.  Co więcej, nasze prawo procesowe jak diabeł święconej wody obawia się instytucji wznowienia postępowania. W ten sposób zwycięzca w Strasburgu nie staje się od razu zwycięzcą w Warszawie.

Nieodrobiona lekcja prawa

To prawda, Polska stosunkowo szybko wypłaca skarżącemu zasądzone zadośćuczynienie za krzywdy wyrządzone decyzjami pojętymi z naruszeniem prawa. Trudno się nawet temu dziwić. Przyznawane pokrzywdzonym zadośćuczynienie jest raczej symboliczne i dla mało odpowiedzialnej administracji nie jest przykładną nauczką.
Ale pieniądze to nie wszystko. One zapalają płomyki w sercach skarżących, ale to zaledwie cząstka wyroku. Większe nauki  dla prawa krajowego płyną  z  zaleceń generalnych, w których Trybunał wskazuje, co należy w naszych ustawach  zmienić, by uniknąć podobnego bezprawia w przyszłości.
Wyroki ze Strasburga niczego nie zmieniają w naszym prawie. One jedynie sygnalizują niedoróbki rozwiązań prawnych, wytykają błędy urzędników, wskazują palcem luki w prawie i na tym w zasadzie rola sędziów ze Strasburga się kończy. Żeby tę miękką sygnalizację wprowadzić w życie potrzebna jest twarda, zdecydowana ingerencja naszego ustawodawcy. O taką legislacyjną mobilizacje nie jest wcale łatwo. Ani Sejm, ani rząd, który dzierży w swoich rękach prawo inicjatywy ustawodawczej, nie spieszą się, by lekcja prawa, którą dostaje nasze państwo w Strasburgu, znalazła odbicie w przygotowywanych ustawach.

Raporty niczego nie zmienią

Sprawy w Strasburgu ma na głowie pełnomocnik ministra spraw zagranicznych. To on reprezentuje państwo polskie przed Trybunałem. Skończyłem właśnie czytać jego „Raport z wykonywania wyroków Europejskiego Trybunału Praw Człowieka przez Polskę za 2012 r.". W raporcie tym jest niby wszystko, co powinno zawierać takie opracowanie.  Jest więc słówko o koordynacyjnej roli Ministerstwa Spraw Zagranicznych, dwa słówka o współpracy resortów.  Jest akapit o rozwijaniu współpracy z parlamentem. Jest wreszcie duży fragment o „środkach podejmowanych przez rząd w celu wykonania poszczególnych wyroków". Powstał nawet, jak się dowiedziałem, międzyresortowy Zespół do spraw Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, który zidentyfikował najważniejsze problemy, a rząd „stale pracuje nad ich rozwiązaniem".
Dlaczego, pomimo tak optymistycznego zakończenia raportu, nie mogę odpędzić myśli, że opracowania takie, choćby były pisane do 2055 r., niczego nie zmienią. Po pierwsze, dlatego że w raporcie pełnomocnika nie dostrzegłem śladu determinacji w dążeniu do  wykonania wyroków ze Strasburga. Zamiast determinacji raport usiłuje przerzucić ciężar odpowiedzialność za tłok w poczekalni egzekucyjnej na inne instytucje. Winni są ci, którzy odpowiadają za naruszanie konwencji, ich niska świadomość, małe zaangażowanie w usuwanie skutków naruszeń. Winny jest nawet Komitet Ministrów Rady Europy, który dokonuje oceny  wykonywania wyroku przez państwo.
Najbardziej niepokoi jednak w tym raporcie ton dziwnego samouspokojenia. „Skarżący otrzymali zasądzone kwoty, a ich prawa nie są już naruszane. Tym samym sprawy te można uznać za wykonane" – pisze pełnomocnik. To nie jest postawa szeryfa, który stawia wszystko na jedną kartę, by  doprowadzić do wykonania wyroku sądu. Pamiętam, jak przed kilku laty zaimponował prawnikom ówczesny senator  Krzysztof Kwiatkowski, który jak źrenicy w oku pilnował wykonywania wyroków Trybunału Konstytucyjnego. Dzisiaj sytuacja dojrzała, by takim oczkiem w głowie stały się wyroki Trybunału w Strasburgu.
Nie wiem, być może na przykład minister sprawiedliwości powinien rozważyć wzięcie na siebie pełnej odpowiedzialności za szybkie wykonywanie wyroków Europejskiego Trybunału Praw Człowieka.
Dlaczego akurat minister sprawiedliwości? Otóż dlatego, że nie wystarczy  wypłacić szybko zadośćuczynienia – konieczne jest wprowadzenie takich zmian w prawie czy zmian w praktyce stosowania prawa, by podobne naruszenia nie zdarzały się w przyszłości. Trybunał wytyka Polsce bardzo konkretne i szczegółowe sprawy: przewlekłość postępowań sądowych (blisko 400 wyroków niewykonanych), przewlekłość tymczasowych aresztów (blisko 200 wyroków ). Upomina się o standardy świadczenia pomocy prawnej z urzędu, przypomina o zbyt wysokich kosztach sądowych, o niewykonywaniu konwencji haskiej w sprawie uprowadzania dzieci.
Wszystkie te sprawy są solą w oku wymiaru sprawiedliwości, a nie resortu spraw zagranicznych.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA