fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Bangkok, miasto przyszłości

Bogusław Chrabota
Fotorzepa, Raf Rafał Guz
Azja Wschodnia - centrum nowego świata: zadufana w sobie, uwiedziona własnym sukcesem.
Przekonana, że już nie powoli, ale w nadzwyczaj szybkim tempie staje się biegunem gospodarczym świata. Upewniają ją w tym politolodzy, ekonomiści, spece od studiów cywilizacyjnych. Upewnia najważniejszy człowiek świata Barack Obama, anonsując, że jego administracja właśnie tam widzi splot najważniejszych globalnych interesów. Europa, ba, Ameryka zostają gdzieś z tyłu. Zresztą już dziś lądują na marginesie cywilizacji; na produkowanych w Chinach mapach Pacyfik jest pośrodku; Niemcy, Anglia, Francja ledwo mieszczą się w lewym kącie mapy.
Jaki naprawdę jest potencjał tego świata? Czy kwestia populacyjna podlana tradycjami konfucjanizmu wystarczy, by wygonić europejskie uniwersum na prowincję? Czy w istocie rolę motorów postępu przejmą Hongkong, Szanghaj i Bangkok? Czy ów fascynujący świat architektonicznej gigantomanii stworzy typ człowieka, który podoła odpowiedzialności za przyszłość globu? Trudne pytania i wciąż brak odpowiedzi. Zostają intuicje, obserwacje, strzępy myśli i obrazów z podróży na tamten koniec świata.
Bangkok, moloch. Oficjalnie mieszka tu 10 milionów ludzi. Nieoficjalnie 15 albo więcej. W Tajlandii, jak zresztą wszędzie, wielkie ośrodki miejskie wysysają demograficznie prowincję. Błyskawicznie puchną, bo łatwiej w nich żyć, lżej znaleźć pracę, założyć mikroskopijny interes, jak choćby jednoosobową uliczną garkuchnię. Pełno tego na wschodzie. Rowery z doczepionym straganem zajmują strategiczne pozycje na chodnikach tuż po świcie. Potem, w ciągu dnia, trudno się przecisnąć między handlującymi i klientami. Czasem potrzeba do tego akrobatycznych umiejętności.
W mieście łatwiej żyć. Wszystkim. Urzędnikom, biznesmenom, handlowcom, rybakom, robotnikom budowlanym, może tylko kierowcom ciężko, bo ulice zapchane samochodowym złomem i milionami motorowerów. To w Bangkoku najpopularniejszy środek transportu. Skutery i motocykle rządzą. Co chwila trzeba uskakiwać, by nie dostać się pod koła. Miasto oddycha motoryzacją. Wszędzie pełno spalin. Miasto? Czy można jeszcze mówić „miasto"? A może monstrualny kompleks urbanistyczny z wyrastającymi tu i ówdzie wyspami wieżowców? Beztroskie przemieszanie centrów z przedmieściem?
Brzydkie miasto. Zatłoczone, bezduszne, chaotyczne. Królestwo betonu z przyczepionymi bezładnie neonami i obłażącymi pleśnią tablicami reklam. Wokół plątanina kabli. To lokalny fenomen. Na każdym ze słupów tysiące drutów. Tony przewodów. Prąd, telefon, kablówka. Można mieć wrażenie, że wszystko to prędzej czy później runie na chodniki. Słupy nie wytrzymają, zginą ludzie. Duchota i tłok. Ciżba przepychających się ludzi. O każdej porze dnia i nocy. Ulica nie milknie przez całą dobę. Chodniki nie pustoszeją. Nawet ulewny deszcz nie wygania ludzi z ulic. Wkładają przeciwdeszczowe płaszcze z cienkiej folii i dalej posuwają na tych swoich skuterach. Gdzie? Trudno powiedzieć. Każdy w swoją stronę.
Jeśli akurat nie pędzą, to jedzą, kupują owoce, zatrzymują się przy straganach pełnych szmiry, skarpetek, latarek, podkoszulków, kwiatów, owoców, suszonych ryb, smażonych parówek, pieczonych kurczaków, ryżu z curry, bananów w cukrze, śmierdzących skorup owoców durian. Wokół brudno. Wilgotno. Snujące się senne koty i przemykające między kupami śmieci szczury. Z kanalizacji śmierdzi jak z nieczyszczonego chlewu.
Tu tak zawsze.  Obok kanał z wiszącymi tuż nad wodą chatkami. Królestwo blachy falistej i dykty. Poniżej mętna, żółta woda rzeki. Slums? W centrum miasta? Obok szklany wieżowiec. Bangkok znosi takie przeciwieństwa. Przecież tu wszędzie centrum miesza się z przedmieściem. Ten sam pośpiech. Ten sam beton. Bezduszny. Bezosobowy. Ponadnarodowy.
Tylko świątynie są inne. I pałac królewski w środku miasta. Tu z kolei disnejland. Pozłacane kopuły. Wyrzyg kolorów. Chaotyczna, przesadna ornamentyka. Rzeźby demonów i wszechobecny, zwielokrotniony w milionowych powtórzeniach Budda. Złoty zwykle, skonwencjonalizowany. Sztuczny. Wokół cała dzielnica sklepów z lokalną dewocją, przy których częstochowskie stragany są jak z prowincjonalnego odpustu. Budda siedzący, leżący, stojący, mały, średni i duży. A nawet bardzo duży. Większy i cięższy od Chrystusa ze Świebodzina. Swoją drogą jak to jest, że prorok systemu filozoficznego wolnego od zinstytucjonalizowanego bóstwa stał się centralnym obiektem antropomorficznego świata sakralnego? Tylko Azja może znać odpowiedź...
Trudno tu nie wyczuć chaosu. Zagubienia. Schizofrenii. Czy ten świat udźwignie przyszłość? Czy jego gęstość i intensywność przełoży się na nowe wartości? Czy odnajdzie swoją ścieżkę? Bo na razie dubluje ścieżkę amerykańskich miast z początku wieku. Tu nie widać dylematów socjalnych. Nie wyczuwa się atmosfery konfliktu klas. Nie ma bezrobocia ani bezwładu. Wszystko się kręci, dzieje, zagęszcza. To kompletna machina życia i dziania się. Jednak kłuje w oczy wtórność. Czy dziedzictwem dawnego Wschodu ma być tylko tłum, bezduszność i wigor? Społeczne mechanika i masa? Czy ten świat wytworzy wartości, które podtrzymają cywilizację? Czy dadzą szansę na rozwój idei humanizmu i humanitaryzmu, które przesuwały do przodu cywilizacje Zachodu? Czy wyzwolą aksjomat solidarności społecznej? Trudno powiedzieć. A może zastąpią je czym innym? Nowym, ciągle nieznanym katalogiem? Czy będzie lepszy? Czy gorszy? Zostają tylko intuicje, obserwacje, obrazy, które przywozimy ze Wschodu.
Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA