fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Depeche Mode zagra w Warszawie

materiały prasowe
50 tysięcy fanów będzie w czwartek oglądać na Stadionie Narodowym w Warszawie największy koncert roku – pisze Jacek Cieślak
Najnowsza, znakomita płyta „Delta Machine" potwierdziła, że zespół konsekwentnie wychodzi poza ramy hedonistycznego electropopu – proponując bluesy czy ballady, bywa, że o religijnym charakterze. Ten album stał się sumą dramatycznych doświadczeń muzyków.
– Pomimo wieloletniej kariery, pomimo wielu wydanych albumów i zagranych koncertów jesteśmy pesymistami i czujemy się niepewnie – powiedział Martin Gore w wywiadzie dla „Guardiana". Od czasu „Black Celebration" w 1986 r. nikt z nas nie jest w stanie zagwarantować, że spotkamy się nagrać kolejny album. Lata mijają, a my wciąż nie potrafimy się dobrze komunikować. Jesteśmy przynajmniej delikatnie dysfunkcyjni, ale może to nas właśnie łączy i ostatecznie daje szansę na wzajemne porozumienie.

Wódka na śniadanie

Paradoks funkcjonowania jednego z najsłynniejszych zespołów świata polega na tym, że jego członkowie nie są już facetami z sąsiedztwa. Martin Gore przeniósł się do Santa Barbara w Kalifornii, Dave Gahan wybrał Nowy Jork i tylko Andy Fletcher mieszka w Anglii – w Londynie. Może dlatego się nie pozabijali, a każde spotkanie staje się początkiem muzycznego święta. – Teksty, które pisał dla mnie Martin, dały nam szansę na nietypowy dialog – mówi Gahan. – To okazja do śpiewania o tym, jak się w życiu upada i powstaje. Pomogło mi rozpoznać samego siebie. W czasach największych życiowych problemów zyskiwałem nadzieję, że możemy przetrwać razem, że się uratuję z największych opresji.
Najgorsze były lata 90., gdy Gahan uzależnił się od heroiny. Gore zaprzecza jednak, że pisząc o najciemniejszych stronach ludzkiego życia, opisywał wyłącznie problemy wokalisty. – Obserwowałem siebie – tłumaczy. – Sam miałem z sobą wiele problemów. Już na początku kariery zauważyłem, że mam zbyt dużą skłonność do alkoholu. Potem przez lata byłem strasznym alkoholikiem.
Gore zauważa, że tolerancja dla uzależnionych gwiazd jest większa niż dla zwykłych ludzi. – Jakie to zabawne zobaczyć pijanego idola śpiewającego w barze! – ironizuje. – Na początku dobrze bawiliśmy się taką rolą. Ale jest cienka linia, po przekroczeniu której zaczyna się koszmar. Kiedy na śniadanie musisz wypić dwa kieliszki wódki, zaczyna być niedobrze.
Najgorszy był czas rozwodu Gore'a, który przypadł na okres nagrywania albumu „Playing the Angel" w 2005 r.
– Martin przychodził do studia lekko pijany – wspomina Gahan. – Wiedzieliśmy, że mamy tylko kilka godzin, bo potem będzie za późno na cokolwiek. Producent Ben Hillier wieszał mu gitarę na szyi i nagrywaliśmy, ile się da i co się da.

Kłopoty z guzem

Gahan przejął wtedy część obowiązków kompozytorskich. Zdecydował się na karierę solową. To z pewnością podziałało na ambicje Gore'a, który nie chciał tracić pozycji kompozytora-lidera.
Od tego czasu obaj połączyli swoje talenty. Ale gdy uwolnili się od nałogów, w 2009 r. podczas tournée u Gahana odkryto guza.
Nie było wyjścia: Gahan musiał przerwać koncerty, by poddać się leczeniu. – To był czas, kiedy byłem bliski wezwania menedżera i zakomunikowania mu, że już nigdy nie wrócę na scenę – wspomina dzisiaj. – Cały czas spędzałem z żoną i dziećmi. Przyszła przepiękna nowojorska wiosna. Było piękne słońce, kwitły drzewa i ogrody. Zobaczyłem, ile traciłem, koncertując, i co mogę stracić, jeśli umrę.
Jednak strach minął i Gahan przekonał onkologa, żeby kontynuować terapię w przerwie między występami.
– To było strasznie trudne – dodaje. – Ciągle dopadały mnie jakieś choroby, byłem osłabiony, skręciłem nogę. Na szczęście chemioterapia ograniczyła postępy dolegliwości. Mogłem się cieszyć koncertami, tak jakby były ostatnie w moim życiu. – Wszystkie te dramaty sprawiły, że sesja nagraniowa „Delta Machine" była przyjemnością jak żaden z wcześniejszych pobytów w studiu. – Wygląda na to, że dojrzewamy do optymizmu – mówi Gore. – Po ponad 30 latach bycia razem przestajemy się bać muzycznej katastrofy.

Pięć bisów

Repertuar obecnego tournée potwierdza, że Depeche Mode są zadowoleni z najnowszych piosenek. Wykonują ich aż siedem. Grupa zaczyna show tak jak album – od „Welcome to My World" i „Angel".
Z najnowszej płyty pochodzą również „Secret to the End", „Child Inside", „Should Be Higher", „Heaven" i „Goodbye", które kończy główną część występu. Fani mogą liczyć na pięć bisów. Wiadomo też, że przygotowali zespołowi szczególne powitanie.
Podczas „Welcome to My World" muzycy zobaczą napisy „Welcome to Poland". Po zakończeniu „Just Can't Get Enough", gdy Gahan przedstawia kolegów – zaplanowano skandowanie nazwiska Andy'ego Fletchera, basisty i klawiszowca Depeche Mode. Szczegóły akcji polskiej publiczności dostępne są na stronie www.akcjadm.pl.
Sprzedaż biletów szła tak dobrze, że już zaplanowano kolejny koncert, tym razem halowy. Odbędzie się 24 lutego 2014 r. w łódzkiej Atlas Arenie. Obecne tournée potrwa bowiem do marca przyszłego roku, ale sądząc po powodzeniu, jakim się cieszy – można się spodziewać, że zostanie przedłużone.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA